Dobra, dobra, już siadam. Widzisz? Możesz opuścić spluwę. Nie zamierzam uciekać. Wiedziałem, że przyjdziesz… prędzej czy później. W głębi duszy czułem, że te wszystkie zwycięstwa Himarë w ciągu ostatniego roku nie były przypadkiem. Ktoś musiał maczać palce w naszej dobrej passie. Może mafia? Może bukmacherzy? Nie wiedziałem, dopóki nie przyszedłeś. I w sumie dalej nie wiem. Nic oczekuję też, że mnie oświecisz. Ale, szczerze mówiąc, obstawiam mafię. Tylko mafia może przysłać faceta, który podczas przechadzki w parku grozi człowiekowi bronią. Bronią z tłumikiem, dodajmy. Czyżbym narozrabiał na tyle, by przysłali profesjonalistę? Rubio będzie zachwycony. Nigdy nie znaleźliśmy wspólnego języka. A przecież menedżer i asystent powinni stanowić zespół.
Boże mój, chyba oszalałem. Przecież zamierzasz mi rozwalić łeb, prawda? Powinienem się bać. Ba! Powinienem szczać ze strachu. A zamiast tego siedzę na tej cholernej ławce i trajkoczę jak popier******. Interesujące, jak w stresie działa mózg człowieczy. Kto wie, lepiej czy gorzej, na pewno inaczej. Kto wie, może amerykańscy naukowcy? Gówno prawda. Nie wierzę amerykańskim naukowcom.
Masz rację. Późno już, słońce zachodzi. Rób, co do ciebie należy.
Co? Chyba nie dosłyszałem.
Niemożliwe. Chcesz… pogadać?
***
Wszystko zaczęło się, kiedy prezes wymyślił sobie, że czas, aby do Himary zawitała zagraniczna myśl szkoleniowa.
Wiesz, jak to jest. W jednej chwili śpię sobie smacznie – śniły mi się dwie piękne bliźniaczki, pamiętam jak dziś – w drugiej: trzymam telefon i, wolną ręką trąc oczy ze śpiochów, wysłuchuję podnieconego głosu prezesa Spahy, w klubie nazywanego powszechnie Szefem. Mówił, że dwa tygodnie temu zwolniliśmy tego patałacha Bërdufiego, odtąd szukamy nowego menago. Bla bla bla, rynek albański w stagnacji, za granicą lepsi fachowcy, więc wpadliśmy z zarządem na pomysł, że zatrudnimy kogoś z obcym paszportem, co Ty na to?
No i jak sądzisz, co ja na to? O szóstej rano w sobotę, leżąc w łóżku w samych gaciach?
– Jasne – palnąłem bezmyślnie. – Nie mam nic przeciwko. Boże, ale ze mnie idiota.
– Świetnie! – Szef prawie skakał z radości. – W takim razie ubieraj się, samolot będzie na miejscu o dziesiątej.
– Samolot?! Jaki samolot?
– No jak to? Z nowym trenerem na pokładzie, oczywiście.
– Aha.
Nie mogłem nic więcej wykrztusić. Przez chwilę słuchałem – a raczej udawałem, że słucham – paplaniny prezesa: jaki numer lotu, imię, nazwisko przybysza, znak rozpoznawczy, że na lotnisku muszę stawić się odpowiednio wcześniej, a w Tiranie mogę się zgubić, więc warto zaznaczyć drogę w Google Maps lub nawigacji GPS. Nie miałem nawigacji GPS ani nie wiedziałem, czym do cholery, jest Google Maps.
– Pamiętaj, lot z Niemiec – przypomniał prezes Spaho. Szef, którego w klubie nikt prócz mnie, nie słuchał. Dlaczego? Nie powiem – każdy ma swoje tajemnice, prawda? Wyglądasz na takiego, co skrywa wiele zagadek, więc wiesz o czym mówię. Nie musisz się głupio uśmiechać. - W każdym razie, Spaho rozłączył się i zostawił mnie sam na sam z rozważaniami, jakim to debilem jestem.
Nie miałem wyboru: trzeba było ogarnąć burdel, jakim mnie obarczono, w dodatku wzorowo i szybko, bo nowy menago to nie przelewki. Wiem, co mówię, pracuję jako asystent już któryś rok, przetrwałem spadek do czwartej ligi, kompromitujące baraże o piątą i, rok temu, koncertowo spieprzoną walkę o awans na zaplecze ekstraklasy. Niemal każdego sezonu Himarë prowadził inny facet – żaden nie zadomowił się na stałe. A ja trwam dalej.
Wtedy myślałem, że przeżyję i zagranicznego trenera. Cóż, jak widać myliłem się. Nikt nie jest doskonały.
Doprowadziłem do porządku siebie i dom i wyruszyłem w drogę. Miałem mało czasu. Cztery godziny na podróż przez pół Albanii. Prowizorka zarządu porażała, jak zwykle zresztą. Jedyna nadzieja, że lot się opóźni. Inaczej nasz zagraniczny gość będzie musiał czekać. No i dobrze, niech się przyzwyczaja. W Himarze lekkiego życia na pewno mieć nie będzie. Dwa tysiące mieszkańców, niemal wioska – i każdy z nich uważa, że byłby lepszym menedżerem od ciebie. A średnia widzów na trybunach wynosi w porywach trzysta głów.
Robiłem kiedyś zakupy w sklepie, gdzie ekspedientka krytycznym tonem wyraziła opinię, że Mirsad Gruda, ten przystojny, powinien grać częściej.
Uprzejmie odpowiedziałem, że Mirsad Gruda nie może grać, ponieważ dwa lata temu został sprzedany do Laçi. Dwa tysiące ekspertów, nie przesadzam.
Dwadzieścia po dziesiątej biegłem przez hol stołecznego lotniska szukając wzrokiem tabliczki z napisem „lot 303”. Znalazłem – wejście do hali przylotów znajdowało się po lewej, zaraz obok wielkiej szyby z widokiem na pasy startowe – i przystanąłem. Dopiero wówczas zadałem sobie pytanie, dlaczego w ogóle musiałem jechać do Tirany, przecież we Wlorze, oddalonej od Himary o zaledwie pięćdziesiąt kilometrów, również znajduje się lotnisko, stare bo stare, ale zawsze. Cholerny zarząd. Nie mogli przegapić okazji, by mi dopiec. Spahy nie winiłem – choć myślał inaczej, nie miał właściwie żadnego wpływu na rozgrywkę o władzę wewnątrz klubu.
Kiedy wreszcie przybyłem, sala opróżniła się już do połowy; większość pasażerów, czyli turyści z najróżniejszych zakątków Europy, zdążyła opuścić terminal. Zostali tylko zagubieni i spóźnialscy – a wśród nich mój przyszły prześlado… tfu, kolega z pracy. Trzeba przyznać, facet wyróżniał się w tłumie.
Właściwie zachowywał się najnormalniej w świecie i – paradoksalnie - właśnie dlatego się wyróżniał. Zaczepiał wszystkich, pytał o coś, rozmawiał, śmiał się, być może żartował – a pozostali nic, tylko spoglądali co chwila w zegarki i martwili się, czy rodzina nie zapomniała, że mieli przylecieć. Może wyda ci się to głupie, ale… w przybyszu dało się wyczuć coś dziwnego. Mierziło mnie, że nie wiedziałem co. Nie pozostało mi nic innego, jak podejść bliżej. Nasze spojrzenia spotkały się.
– Himara – przeliterowałem powoli i głośno. Przybysz, nowy menedżer klubu SK Himarë, uśmiechnął się. Bardzo dziwnie.
– Hola! – Ukłonił się. – Me llamo Aidan Rubio.
Hiszpan? Zatrudnili HISZPANA?! K****.
***
Nie umiem ani słowa po hiszpańsku. Po angielsku też nie. Po francusku wiem tylko, jak powiedzieć „la dupa”. Niemiecki i rosyjski?... Nawet nie pytaj. Za moich czasów w szkołach uczono jedynie trzech języków: włoskiego, greckiego (Himara, jak pewnie wiesz, leży zaraz obok granicy z Grecją) i oczywiście albańskiego. Moda na angielski przyszła, jak wszystko co złe, z Zachodu. Że niby nie wszystko, co z Zachodu, jest złe? Rubio przybył z Hiszpanii i okazał się zły jak skur*****. Wiesz, gdzie leży Hiszpania? No właśnie.
Kiedy odbierałem Rubio z lotniska, nic nie zapowiadało późniejszych wydarzeń – a więc i twego przyjścia. Po prostu siedzieliśmy razem w samochodzie i gawędziliśmy, a w każdym razie Hiszpan gawędził. Płynnie przeskakiwał, jak mi się zdawało, z hiszpańskiego na angielski i z powrotem. Próbowałem odpowiadać: „Himara. Ja asystent. Aj… aj am… Mario Dibra”, ale kiedy przeszedłem do „You… am…”, straciłem rezon i, rzuciwszy tylko zdawkowe „f***”, skupiłem się na kierownicy. Światowiec ze mnie, nieprawdaż?
Niespodziewanie, Rubio zamilkł. Siedział w bezruchu, wpatrywał się spode łba na drogę przed nami. Znowu poczułem się nieswojo. Wiesz, w życiu natrafiamy na tak wielu ludzi… i tylko kilku z nich poznajemy naprawdę dobrze. Reszta odchodzi w cień. A przecież wszyscy niesiemy ze sobą ciekawe historie. Przypadek, nic jeno przypadek, decyduje, które z nich poznamy – i każda opowiada o innej historii, o innych historiach. Zaś ludzie, których spotykamy na drodze życia, definiują kim się stajemy.
Historii Aidana Rubio, choć pracujemy ze sobą od niemal roku, dotąd nie poznałem. I chyba już nigdy nie poznam.
Prawda?
Prawda, potwierdza broń w twoich rękach.
***
Na miejscu oczekiwał rozochocony komitet powitalny w osobie Mustafy Spaho.
– Willkommen! – zakrzyknął Szef, rozłożywszy szeroko ręce. – Wilkommen, młody człowieku. Witamy w Albanii! Witamy w Himarze! - Rubio chciał coś powiedzieć, ale co z tego, skoro nikt nie zrozumiał.
– To Hiszpan – oświadczyłem szeptem. Ciągle nie miałem pewności, czy Spaho wiedział, kogo zatrudnił. – Hiszpanie nie mówią po niemiecku. Po albańsku też nie.
– Język ludzi futbolu, mój drogi – prezes Spaho uśmiechnął się z politowaniem – jest językiem uniwersalnym. Posiedzisz na stołku jeszcze przez jakieś dwadzieścia lat, dosłużysz się srebrnej odznaki i może sam się przekonasz. - Zajmijmy się jednak naszym gościem… I, odchrząknąwszy, zaczął mówić. Nie, nie mówić: recytować. Z prędkością karabinu maszynowego. Albo geparda.
– Witamy w Himarze, piękne, przytulne miasto, zakochasz się, sam zobaczysz, a plaża leży dwieście metrów od klubowej stołówki i jeszcze kino niedaleko stadionu, chyba że zamknęli, nie wiem. Mamy nawet bary dwa, wy, młodzi, lubicie się czasem rozerwać, tylko mi tam piłkarzy nie prowadź, bo prasa wyniucha i znowu się okaże, że deprawujemy młodzież, jak w tej aferze z syropami…
Mustafa Spaho potrafił mówić długo i namiętnie, co dziwiło, bo zazwyczaj mówił też prędko, a czas rozmowy i tak nigdy nie malał, wręcz przeciwnie – rósł. Spaho wydawał się czerpać przyjemność z każdego ruchu warg, każdego słowa i każdej głoski, nie zważając na meritum całości. Na początku, zanim rozkręcił się na dobre, potok słów szło jeszcze zrozumieć i – zazwyczaj bezskutecznie – zripostować, sens gubiło się dopiero po minucie czy dwóch, kiedy natłok myśli zdawał się konfundować nawet samego Spahę. Gadatliwości Szef zawdzięczał wiele. Co prawda, w klubie wielkiej władzy nie miał, ale na stanowisku utrzymywał się od przeszło dwudziestu lat – i nic dziwnego. Mało kto mógłby przegadać Mustafę Spaho, prościej zostawić dziada w spokoju.
Dziad, wbrew pozorom, głupi nie był i zdawał się doskonale o tym wiedzieć. – …a na plażach tyle panienek, że gdybym nie miał sześćdziesiątki na karku… – Spaho gwizdnął przeciągle i, przynajmniej na razie, zakończył przemowę. Minę Aidana Rubio dało się skwitować jednym słowem: „aha”.
Takie „aha” może człowieka wpędzić w niezłe kłopoty, wypowiedziane, oczywiście, w złym czasie i miejscu. Ot, przykład z życia: przez jedno niefrasobliwe achnięcie musiałem spędzić sześć godzin w aucie, by odebrać gościa, którego widziałem pierwszy raz w życiu. Rubio musiał się jeszcze wiele nauczyć.
– Jak rozwiążemy problem bariery językowej? – zapytałem, by nieco ulżyć Hiszpanowi. Nikogo nie wolno rzucać od razu na głęboką wodę.
– Mówiłem już – Spaho parsknął niecierpliwie. – Futbol ludzi języka…
– Nie mówię o panu prezesie, ale o piłkarzach.
– Fakt – Szef podrapał się po brodzie. – Trzeba załatwić translatora. Znasz może kogoś, kto mówi po hiszpańsku? Barcelona, Real, Ronaldo, te sprawy?
– Rubio zna też angielski – wytłumaczyłem cierpliwie.
– Mi zaś noł tłumacz z Inglisza. Wspaniale! Poczekajcie chwilę, muszę zadzwonić. Zaraz dostaniecie prawdziwego fachowca! - I wyszedł. Zostaliśmy z Rubiem sami.
Dziwne uczucie. Stać w gabinecie Spahy i nie słuchać jego ględzenia. Szkoda, że nie zdążę się przyzwyczaić. Mijają minuty. Szefowi się chyba impulsy na karcie skończyły. Tyk, tyk, szepcze zegar. Puk, puk, stukają podeszwy butów Aidana Rubio, kiedy Hiszpan rozgląda się po gabinecie. BACH, BACH, puka nagle pięść i drzwi stają otworem…
Do pokoju nie wchodzi prezes Spaho. Ani tłumacz.
– Witaj – odzywa się Eleni, wysoka, o ciemnych włosach, jak zwykle chłodna, jak zwykle wyniosła. – Dawno się nie widzieliśmy.
***
Dawno się nie widzieliśmy… Och, nie, Eleni. Nie przejmuj się. Dwa lata minęły jak z bicza strzelił. Zdołałem ułożyć sobie życie bez ciebie. Już nawet nie tęsknię. Ani trochę, ani ociupinkę…
Wiesz, naprawdę wierzyłem w te brednie. Choć może raczej: naprawdę chciałem w nie wierzyć. Wystarczyło jednak, bym znów cię ujrzał, Eleni, i już wiem, jak bardzo się myliłem. Nie mogłem zapomnieć, nie miałem sił. Szczerze mówiąc, dziś, rok później, siedzę w parku ze spluwą przy skroni i dalej nie jestem w stanie zapomnieć.
Chyba pojmuję miłość zbyt klasycznie. Wiesz, czerwone róże, śniadania do łóżka, oczy jak gwiazdy, te sprawy. Chciałem znaleźć kobietę, którą mógłbym pokochać całym sobą, a nie tylko trochę. Bo dzisiaj wszystko robi się „tylko trochę”. Byle szybko, byle na czas.
Och, Eleni, byłaś ideałem, któremu mogłem przynosić czerwone róże i śniadanie do łóżka i szeptać, że ma oczy jak gwiazdy. Dopóki nie odeszłaś.
– Halo? – Ideał, który ideałem jednak nie został, wierci się niecierpliwie w drzwiach. – Jest tu kto? Patrz, kolega się przywitał, ba, ukłonił nawet, a ciebie zamurowało, zupełnie, jakbyś zobaczył ducha. Więc tak się wita kobiety w SK Himarë?
Dobra, Mario, czas wracać do rzeczywistości…
– Masz rację, ujrzałem ducha – odpowiadam szybko. – Zjawę. Upiora. Nie nawiedzał mnie przez dwa lata. A teraz wrócił. Z czego mam się cieszyć?
– Doprawdy! – Eleni mruży oczy. – Cięty mamy języczek, oj, cięty.
– Uczyłem się od mistrzyni. – Uśmiech i wdzięczny ukłon. Gram jak w teatrze.
Ciekawe, jak musiał się czuć Aidan Rubio. Nie mógł nic rozumieć – nie znał przecież albańskiego – ale wyglądał, jakby rozumiał. Może myślał o sobie jak o nieproszonym gościu na cudzym przyjęciu? A może po prostu zgubił wątek? Nie wiem.
Zapada chwila niezręcznej ciszy…
Mam tyle pytań. I każde głupie. Gdzie się podziewałaś przez taki szmat czasu? Czym się zajmowałaś? Po co przyjechałaś do Himary? Masz kogoś? I najważniejsze – dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego, Eleni? Żadnego, oczywiście, zadać nie mogę. Chcę jak najdłużej prowadzić grę, jaka się między nami wywiązała. Potrzebuję nadziei.
– Czas zająć się naszym Hiszpanem, nie sądzisz? – Eleni pierwsza przerywa milczenie.
– Naszym?
– Naszym – i nagle szczerzy ząbki w uśmiechu. – Ojciec zatrudnił mnie jako tłumaczkę.
Och, oczywiście. Ojciec. Mustafa Spaho. Mogłem się domyślić, przecież nie przyszła na pogawędkę.
– W porządku – dukam i z trudem ukrywam rozczarowanie. – Zajmijmy się naszym Hiszpanem.
Mimo wszystko, mogło pójść gorzej. Cieszę się, że cię widzę, Eleni. Naprawdę się cieszę.
***
Tap, tap, tap – krople deszczu stukały o okno.
Siedzieliśmy w budynku klubowym i czekaliśmy na trening, całą trójką. Rubio i Eleni rozmawiali głośno po angielsku; gawędę rozpoczęli jeszcze u prezesa Spahy i – cóż – najwyraźniej znaleźli nić porozumienia. Jak pewnie się domyślasz, w konwersacji udziału brać nie mogłem, a nawet gdybym mógł – i tak bym nie chciał. Wcale a wcale. W ogóle. Nic a nic. Starałem się też nie zauważać chichotów Eleni ani znaczących uśmiechów Rubia.
Co? Ja, zazdrosny?! Chyba żartujesz. I nie musisz się śmiać!
Tap, tap, tap. Na deszcz zbierało się od południa, choć w pośpiechu nie zaobserwowałem ani chmur na horyzoncie, ani dusznego powietrza. Nie pamiętałem, kiedy pogoda zaczęła się pogarszać: ranek, kiedy zadzwonił Szef, z pewnością wypełniało słońce, mnóstwo słońca, potem przychodził mi na myśl już tylko początek burzy – spotkanie z Eleni – i żadnych punktów pomiędzy.
Do szatni powoli napływali kolejni piłkarze i – wszyscy, jak jeden mąż – otwierając szafki spoglądali ukradkiem na gaworzącą w kącie parkę, a potem, powoli, na mnie, z niemym pytaniem w oczach. Żaden się nawet, do cholery, nie przywitał. Co za cyrk… Tylko słonia brakuje. Małpy już mamy.
– Eleni… – odchrząknąłem głośno. Brak reakcji. - Wiedziałem, że słyszy. I wiedziałem, że nie odwróci się, dopóki nie powtórzę.
– ELENI!
– Co? - Ciemne, brązowe spojrzenie ozdobione kaskadą rzęs…
– Chłopaki muszą się przebrać. – Pierwsza lepsza wymówka, jaka mi przyszła do głowy.
– I?
– W sumie nic – wypaliłem. – Zamierzasz iść również z nami pod prysznic po treningu?
– Nie, nie zamierzam – Eleni, wbrew pozorom, nie speszyła się. – Preferuję kąpiel w wannie, o czym zdążyłeś już, jak widzę, zapomnieć.
Pożegnała się z Rubiem, krótko, bezceremonialnie i wyszła na zewnątrz. Starałem się nie słyszeć, jak klnie szpetnie, gdy niemal natychmiast moknie aż do suchej nitki. Poczułem się głupio. Mogłem, oczywiście, poprosić, by wróciła do środka – ale wtedy musiałbym przełknąć, jak wielokrotnie przed laty, błysk złośliwej satysfakcji w jej pięknych, brązowych oczach. Cieszę się, że wróciłaś, Eleni, ale błędów z przeszłości drugi raz nie popełnię. Nigdy więcej!
Ulewa się wzmogła. Już nie tap, tap, tap, ale bum, bum, bum – waliły granaty deszczu o okna. Nadszedł czas, by wyjść na trening. Minęła chwila i nim się spostrzegliśmy, brnęliśmy po kolana w błotnistej brei, którą ktoś miał czelność nazwać boiskiem. Phi! Boisko? Bajoro raczej – po boisku nie można pływać. Nagle: krzyk i plusk! Odwracam się – Shahini, napastnik, zapadł się w grząskim gównie aż po pachy, koledzy próbują pomóc, ciągną za ręce, kaptur, głowę – wreszcie, po wielu próbach, Shahini wyczołguje się na powierzchnię. Mało brakowało.
Nagle Rubio daje znak, by się zatrzymać. Zaczyna mówić, a Eleni, która zdążyła już się przebrać w ciepłą klubową kurtkę, tłumaczy na albański.
– Do waszej wiadomości – oboje z ledwością przekrzykują burzę – nazywam się Aidan Rubio. Jeśli któryś z was, bystrzaki, jeszcze się nie domyślił, informuję niniejszym, iż szanowny zarząd klubu SK Himarë uczynił mnie waszym trenerem. Pomińmy, proszę, całą szopkę związaną z powitaniami. Mamy wiele do zrobienia... naprawdę wiele. Ostrzegam lojalnie już teraz: nie raz i nie dwa będziecie marudzić, kurw*** i zdychać ze zmęczenia. Będziecie harować jak woły! I dzięki temu będziecie ZWYCIĘŻAĆ! Pracą i tylko pracą, panowie…
Przyznam, ledwo skrywałem zdziwienie. Po Aidanie Rubio, którego poznałem na lotnisku i który wydawał się odrobinę… otumaniony, nie pozostało ani śladu. Miejsce nieporadnego Hiszpana zajął ktoś inny, ktoś nowy, zdecydowany i zdeterminowany.
– …inną drogą sukcesu nie osiągniemy. Nie oszukujmy się, nie mam przed sobą piłkarzy Barcelony. Ani nawet Espanyolu. Widzę za to wzorowych profesjonalistów, którzy mają obowiązek wypełnić swoją pracę. Naszą pracą jest futbol. Domem – boisko. Chlebem – kopanie piłki. Kopacze na łasce tłumu – oto kim jesteście. Nikim więcej. Im szybciej uświadomicie sobie własne słabości, tym lepiej. Ale póki co… póki co wszyscy startujecie z pustym kontem.
Interesujące metody motywacyjne, nie ma co.
– Nie musicie mnie kochać. Nie musicie mnie nawet lubić. Nie zatrudniono mnie, bym się wam podobał, ale żeby osiągnąć WYNIKI. Dlatego obiecuję – dam z siebie wszystko, by wyniki przyszły jak najszybciej, by zaskoczyły nawet was. A od was oczekuję podobnego zaangażowania. - Rubio skończył przemawiać. Eleni skończyła tłumaczyć. Zapadłaby cisza, gdyby nie oberwanie chmury szalejące na czarnym niebie.
Panie i Panowie, droga publiczności. Sezon 2009/2010 możecie śmiało uznać za otwarty!