Aklimatyzacja w nowym miejscu jest podstawowym, bardzo wa¿nym zadaniem dla ka¿dego, kto znajdzie siê w takiej sytuacji. Nie poradzenie sobie z ni± mo¿e prowadziæ do nieprzyjemnych konsekwencji. Prawdopodobnie tak sta³o siê w tym przypadku. Bo jak inaczej wyt³umaczyæ co najmniej dziwne zachowanie Alfonsa?
— Aaaaaa. Moja g³owa! Co to? Moja skóra oddycha? I czemu to s³yszê? Eeeee. Aaaaa. Po co ja wczoraj pi³em? I czy w ogóle by³o to wczoraj? Chcê umrzeæ! – jêcza³ jaki¶ jegomo¶æ.
— Nie chcesz umrzeæ. Te¿ wiele razy by³em w podobnym stanie i identyczne bzdury wygadywa³em. By¶ nie pi³, by¶ nie mia³ teraz kaca. Nie raz ju¿ to prze¿ywa³e¶, wiêc wiesz, jak bêdziesz siê czu³, gdy schlejesz siê jak ¶winia. Mimo tego pijesz, bo ¶wietnie siê wtedy czujesz. Trochê pocierpisz i ci przejdzie. A potem od nowa. Wypij moje zdrowie. Ech. Po co ja to mówiê? – wzdycha³ pogr±¿ony w rozmy¶laniach nad sob± Maksymilian Alfons. – O, znowu kogo¶ s³yszê!
— Co ja na siebie w³o¿ê!? Ta suknia nie pasuje. W tej ju¿ chodzi³am w tamtym miesi±cu. O matko! – lamentowa³a jaka¶ kobieta.
— Wiesz co? Najlepiej nic nie zak³adaj. Wtedy ka¿dy bêdzie siê za tob± ogl±da³. Zrobisz lepsze wra¿enie ni¿ w ciuchu za kilka tysiêcy. Ewentualnie za³ó¿ co¶, co bêdzie wygl±da³o na ³atwe do ¶ci±gniêcia – poradzi³ ex-menad¿er .
— Moje ¿ycia nie ma sensu – u¿ala³ siê jaki¶ biedak.
— Ale je masz baranie – zacz±³ mówiæ, najprawdopodobniej do siebie samego. - A ¿e zmarnowa³e¶ wszelkie szanse, to ju¿ inna sprawa. Ale wci±¿ wszystko zale¿y od Ciebie. To, ¿e do tej pory wszystko ci siê nie udawa³o, nic nie znaczy. ¯yjesz i korzystaj z tego. Mogê powiedzieæ, ¿e mia³em wszystko, co chcia³em. Pracê, która w³a¶ciwie nie by³a prac±, tylko fantastyczna zabaw±. W dodatku p³acili mi za ni±, i to bardzo dobrze. Przez wielu by³em uwielbiany. Niektórzy mnie nienawidzili, ale to te¿ mi siê podoba³o, bo ZAS£U¯Y£EM na ich nienawi¶æ.. Niestety, ju¿ nie ¿yjê. A przecie¿ mog³em. Czemu mnie tu wziêli? Czemu nie pozwolili mi jeszcze ¿yæ? ¯y³em jak ¿y³em, ale przynajmniej ¿ycia nie marnowa³em. Spe³nia³em siê zarówno osobi¶cie, jak i zawodowo. O pozazawodowych sprawach nie bêdê wspomina³, bo w koñcu przez nie siê tutaj znalaz³em. Ale zawód mened¿era wykonywa³em ¶wietnie. Dobrze, do stylu, w jakim pracowa³em, te¿ mo¿na siê przyczepiæ, ale mia³em wyniki. I to jakie! Ostatnio opowiada³em Bogu o ¶wietnej serii zwyciêstw. W³a¶nie, gdzie On jest? Mieli¶my znowu porozmawiaæ. Z reszt±… niewa¿ne. Mówienie do siebie jest przyjemniejsze. Mam pewno¶æ, ¿e rozmówca bêdzie siê ze mn± zgadza³ i mnie podziwia³. Ach… ¶wietnie grali¶my. Prowadzili¶my w lidze. Kolejne mecze umacnia³y nas na prowadzeniu. Ale w nastêpnym spotkaniu, które rozgrywali¶my w ramach Pucharu USA, zmierzyli¶my siê z New England. Nawet amerykañska Anglia nie mog³a nas zatrzymaæ. A to miêdzy innymi dziêki Beckhamowi, który najpierw strzeli³ bramkê, a potem asystowa³ przy trafieniu Gordona. Co prawda stracili¶my jedn± bramkê, ale najwa¿niejszy by³ awans. Trzy dni pó¼niej z t± sam± dru¿yn± rozgrywali¶my mecz ligowy. Mimo ¿e sk³ad uleg³ pewnym modyfikacjom, ponownie wygrali¶my 2:1. A kto¶ powiedzia³, ¿e football jest nieprzewidywalny. Pewnie cieszy³em siê, ¿e mog³em zmieniaæ przestarza³e pogl±dy. I kontynuowa³em ten proceder. To znaczy kontynuowali¶my. Zawsze skromno¶æ by³a dla mnie podstaw±, wiêc powiem, ¿e kluczem do sukcesów by³a moja osoba. Choæ wtedy jeszcze takowych na koncie nie mieli¶my. Ale kolejne mecze mia³y nas do tego przybli¿aæ. Transfery równie¿. Nie mogê siê oszukiwaæ. Bez dobrych zawodników wygrywaæ nie potrafiê. Nikt nie potrafi. Finanse mieli¶my ograniczone. Sposoby pozyskiwania pi³karzy co najmniej dziwne. Jako ¿e okienko transferowe trwa³o d³ugo, po stworzeniu solidnych podstaw dru¿yny nie spieszy³em siê z kolejnymi zakupami. Chocia¿ takie by³y konieczne. Wbrew swojemu charakterowi stara³em siê dzia³aæ spokojnie i czekaæ na dogodne sytuacje. Jedn± z takich by³a mo¿liwo¶æ zatrudnienia za darmo 32-letniego Meksykanina Trujiilo. Idealny zmiennik Beckhama. Wkrótce potem sprowadzi³em dwóch m³odych zawodników, Agbossoumonde i N'gossana. Co z tego, ¿e obaj okazali siê utalentowani i stosunkowo tani, skoro byli czarni. Có¿, taki kraj. Nie mog³em nic poradziæ. Ale za to mia³em mnóstwo materia³ów na z³o¶liwe uwagi. Dlaczego siê tak zachowywa³em? Dlatego ¿e mieli inny kolor skóry ni¿ ja? Dlatego ¿e jako pierwsi wielkie bogactwa zgromadzili biali? Przecie¿ to bez sensu. Mówimy o wspomnieniu z dawnych czasów, kiedy czarnoskórzy byli niewolnikami. Wiêc czemu by³em dla nich taki, jaki by³em? Bo fajnie komu¶ dopiec. A naj³atwiej komu¶, kto jest „odgórnie” gorszy. Lubi³em dokuczaæ, gnêbiæ, byæ nieprzyjemnym. Pewnie dziêki temu czu³em siê lepiej. Mimo tego wspó³praca jako¶ nam siê uk³ada³a. W sumie oni pracowali na moj± cze¶æ, wiêc nie by³em dla nich ca³kowicie z³y. A mo¿e w ogóle nie by³em z³ym, chamskim, aspo³ecznym cz³owiekiem? Nie… bzdura. Oczywi¶cie, ¿e by³em. Jednak nawet taki kto¶ jak ja potrafi³ ¿yæ z lud¼mi, to znaczy obok ludzi. I mo¿na by³o wytrzymaæ wspó³pracê ze mn±, b±d¼ pracê dla mnie. O czym by tu… Acha. Pi³karze te¿ dobrze grali. Bardzo dobrze. Zwyciêstwo z Seattle s³abo pamiêtam, ale rozgromienie DC United na wyje¼dzie na d³ugo pozostanie mi w pamiêci. Tym bardziej, ¿e nastêpnego ranka obudzi³em siê z kacem gigantem, nagi, na szczê¶cie w mieszkaniu, chocia¿ nie swoim. Niewa¿ne. Mecz pamiêtam, ale tego, co siê dzia³o po jego zakoñczeniu, ju¿ nie. Wiêc opowiem o tym, co pamiêtam. Stadion wype³niony po brzegi. Wiêkszo¶æ miejscowych kibiców mnie nienawidzi³a, pewnie przez te wypowiedzi na konferencji prasowej o ich ¿onach, siostrach i matkach. Przyjecha³a te¿ grupa fanów z Los Angeles, którzy, jak zwykle, byli do mnie przychylniej nastawieni. Mieli¶my wspólnego wroga, kibiców DC United. I co siê sta³o? Dru¿yna gospodarzy dosta³a lanie a¿ mi³o. Na pocz±tku meczu nic takiego siê nie zapowiada³o. Gospodarze atakowali, my siê bronili¶my. Ale do czasu. Po 25. minutach gry ¶wietn± akcjê dwójkow± przeprowadzili Beckham i Donovan. Bramkê strzeli³ ten drugi. Chwilê pó¼niej po do¶rodkowaniu N’Gossana najwy¿ej wyskoczy³ Buddle i skierowa³ pi³kê obok bramkarza. Kibice na trybunach wydali jêk zawodu, a ja cieszy³em siê z ich nieszczê¶cia. Nie bêdê oszukiwa³, nie ma po co. A¿ tak wielkiej ró¿nicy miêdzy nasz± a ich gr± nie widzia³em. Wci±¿ grali dobrze, atakowali. Ale to my prowadzili¶my 2:0. A Smolarek jeszcze podwy¿szy³ wynik. Tu¿ przed przerw± drugie trafienie zaliczy³ Buddle. Ekstaza w sektorze naszych kibiców! Stop. Nie mia³em wspominaæ o tym, co by³o po meczu. W pierwszej po³owie nie dominowali¶my, ale za to okazali¶my siê pieroñsko skuteczni. W drugiej po³owie ju¿ tak nie szaleli¶my. Tylko Donovan siê wy³ama³ i strzeli³ jeszcze jedn± bramkê. Pozwolili¶my tak¿e na to rywalom. Wygrali¶my 5:1 i by³o cacy.
— Nieeeeeee! – wyrwa³ go z zachwytu krzyk jakiej¶ m³odej kobiety dochodz±cy z Ziemi. – Jestem w ci±¿y. Co ja teraz zrobiê? Co ze studiami? Nawet nie wiem, jak ten ch³opak mia³ na imiê!
— I czemu ryczysz? – retorycznie zapyta³ Maksymilian Alfons – Kto wypina, tego wina. Wiatropylna chyba nie jeste¶. Dobr± kobiet± by³a¶, je¶li mu da³a¶. Dobr±, ale g³upi±. Ch³opak sobie ul¿y³, a tobie teraz bêdzie ci±¿yæ. Dos³ownie i w przeno¶ni. Rozpacz przejdzie, ale k³opot pozostanie. Ba, bêdzie rós³. Wiêc albo zapobieganie po fakcie albo p³acz, no¶, mêcz siê i ewentualnie potem raduj siê – po raz kolejny radzi³ w swoim stylu. – Zajmujê siê czyimi¶ problemami, a sam mam ich wiele. W sumie mam czas i na to, i na to. A w poprzednim ¿yciu ca³kiem dobrze sobie z nimi, problemami, radzi³em. A je¶li sobie nie radzi³em, to i tak mia³em to gdzie¶. Wa¿niejsze rzeczy mia³em na g³owie. Picie, kobiety i pi³kê no¿n±. Z tym ostatnim sz³o naj³atwiej. Te pozosta³e by³y tylko po to, bym nie mia³ za ³atwo. Tak, naprawdê. Dowód!? Zdobycie Pucharu USA w 2009 roku z Los Angeles Galaxy. Tak, nie k³amiê. Chicago Fire mo¿e potwierdziæ, ¿e ich pokonali¶my 2:1.Nikt mi nie wierzy? A co mnie to obchodzi. Kto¶ mnie – oprócz mnie – s³ucha? Na pewno. To pieprzone niebo jest pe³ne od ukrytych pods³uchiwaczy. A co mnie to obchodzi? Bêdê mówi³ dalej. Przynajmniej nikt mi nie przerywa. Oprócz tych niedorajd z ziemi. Czemu ja w ogóle ich s³yszê? Niewa¿ne. Dla mnie wa¿ne by³o to, ¿e tam, na Ziemi, w Los Angeles, by³em Bogiem. Tu niestety pierwszy jest kto inny. Zdobyli¶my Puchar USA i walczyli¶my o mistrzostwo ligi. Ju¿ na jaki¶ czas przed koñcem sezonu zasadniczego zapewnili¶my sobie udzia³ w fina³owej czê¶ci. Jednak¿e starali¶my siê graæ dobrze. W presti¿owym spotkaniu z Chivas wygrali¶my 2:1. Kolejny wróg odprawiony, znowu. Nastêpnie mierzyli¶my siê z tymi, których pokonali¶my w finale Pucharu USA, Chicago. Tym razem oni wygrali. A niech maj±… Nam siê nic nie sta³o. Kolejne mecze okaza³y siê zwyciêskie. Zarówno Dallas, jak i Toronto nie postawi³y trudnych warunków. Columbus tak¿e pokonali¶my. Po za¿artej walce, 3-2, ale pokonali¶my. Przecie¿ Columbus to nie byle kto. Ale te¿ nie taki kto¶ jak my. Jednak taki kto¶ jak my ponownie przegra³ z Chicago w nastêpnej kolejce. Co prawda tylko 0:1, jednak¿e nie zachwycili¶my. Tak samo jak w konfrontacji z Houston. Ale z nimi uda³o nam siê zremisowaæ. I co z tego? Awans mieli¶my pewny, wiêc mogli¶my przegrywaæ. Dobrze, ¿e ch³opki siê nie przemêczali. W³a¶ciwie, tak im nakaza³em. Nie, nie chcia³em przegrywaæ – lecz graæ oszczêdnie. Ostatni mecz rundy zasadniczej te¿ przegrali¶my. Tym razem z San Jose. Martwi³em siê. Mo¿e forma nas opu¶ci³a? Mo¿e straci³em dar? Mo¿e za ma³o pi³em, i dlatego siê martwi³em?
— To ma byæ najwa¿niejszy dzieñ naszego ¿ycia. Postaraj siê – poucza³a m³oda kobieta mê¿czyznê.
— Tak, kochanie! Tak w³a¶nie bêdzie – obiecywa³ jej szaleñczo w niej zakochany
— Ona g³upia i on g³upi – oceni³ fachowo Alfons. – Je¶li ja mia³bym najwa¿niejszy dzieñ swojego ¿ycia za sob±, to bym sobie w ³eb paln±³. Kobiety najpierw wmawiaj± nam, facetom, podobne pierdo³y do g³owy, a potem dziwi± siê, ¿e je opuszczamy. A ten go¶æ nie lepszy. Gdy zakochany, zachwycony tym, ¿e mu da³a, to j± rozpieszcza, wszystko robi idealnie. A gdy mu przejdzie, przestanie siê staraæ. Ona wtedy rozczarowana, a on zdziwiony, ¿e stawia mu takie wymagania. Trzeba by³o babê od pocz±tku krótko trzymaæ, m³ody. Dobrze, ¿e ja mia³em ³eb na karku. Znowu mi kobiety g³owê zawracaj±. O pi³ce mia³em mówiæ! O tym, ¿e s³abo grali¶my, a decyduj±ce mecze dopiero przed nami!
— Dobrze siê czujesz? S³ucham ciê od pocz±tku i martwiê siê o ciebie. Ostatnio okazywa³e¶ skruchê, teraz znowu grasz buntownika.
— O! Mój Bóg Wszechmog±cy, Pan Nieba i Ziemi. Czym mogê s³u¿yæ? I mylisz siê – czujê siê dobrze.
— Nie s±dzê. Mo¿e inaczej, ale nie „dobrze”. Wiem, ¿e nie jest z tob± najlepiej.
— Wydaje ci siê, ¿e wiesz wszystko i teraz siê m±drzysz. Jestem w ¶wietnym nastroju. W³a¶nie mia³em sobie opowiadaæ o bardzo wa¿nych meczach.
— Wiêc mów, jak przebiega³y.
— Z nienormalnym bêdziesz rozmawia³? Ty!? Najwy¿szy!? No w³a¶nie. Wiêc mo¿e lepie sobie id¼.
— Ca³y czas ciê s³ucha³em. W wielu innych, o wiele gorszych, sytuacjach s³ucha³em i patrzy³em na twoje poczynania, wiêc pozwolisz, ¿e zostanê.
— Nie rozumiesz, co do ciebie mówiê? Mam ciê do¶æ, mam do¶æ tego miejsca.
— To masz problem, bo ca³a wieczno¶æ przed tob±
— Zawsze bêdê mia³ ca³± wieczno¶æ przed sob±? Mo¿e kiedy¶ czê¶æ wieczno¶ci bêdzie ju¿ za mn±?
— Nie s±dzê.
— I dobrze. Jeste¶ Bogiem, a nie s±dem.
— O w³a¶nie. Jestem twoim Panem, Ojcem i jak wy to tam jeszcze nazywacie. Wiêc powiniene¶ mnie s³uchaæ.
— Kar± dla nie s³uchaj±cych jest ¶mieræ
— Nie przerywaj mi. Tam na Ziemi mnie s³abo s³uchaj±, bardzo s³abo. Ty bêd±c tam równie¿ mia³e¶ mnie gdzie¶, wiêc teraz pora na poprawê.
— Tak jest.
— Opowiedz o decyduj±cej czê¶ci sezonu. Je¶li bêdziesz grzeczny, zajmiemy siê twoim problemem.
— Nie wierzê ci, ale có¿ mam robiæ? Nie powieszê siê przecie¿. Tu nawet ¿adnego drzewa nie ma.
— Pomogê ci zacz±æ. Pó³fina³ Konferencji Zachodniej rozgrywali¶cie z San Jose, z którymi przegrali¶cie ostatni mecz. Pierwsze spotkanie zakoñczy³o siê bezbramkowym remisem.
— My¶la³e¶ o pracy telewizji? Tak, wiem. ¦wietny ¿art – wi±¿ dziwnie zachowywa³ siê ex-menad¿er. - Rewan¿ grali¶my u siebie. I w³asna publiczno¶æ nam pomog³a. G³ównie mnie, bo gdyby¶my przegrali, dosta³bym najbardziej po ty³ku. A je¶li ja mia³em nó¿ na gardle, to moi zawodnicy nie mogli zawie¶æ, bo oberwa³oby im siê ode mnie. I nie zawiedli. Smolarek, Lewis, Beckham i Donovan. Czterech wspania³ych. To oni ci±gnêli grê tego zespo³y przez ca³y sezon. Zrobili to tak¿e w pó³finale. Co prawda Ricketts zosta³ pokonany dwukrotnie, ale dla nas nie mia³o to wiêkszego znaczenia.
— Brawo. Awansowali¶cie do fina³u Konferencji Zachodniej.
— Mówimy o finale Konferencji, czyli prawie o niczym.
— Jednak zale¿a³o wam na tym „niczym”.
— Bogu, no, to „nic” dawa³o nam przepustkê do gry o „wszystko”. I dlatego musieli¶my wygraæ.
— Trochê ci przesz³o.
— Co?
— Nic.
— Pó³ litra na dwóch?
— A jednak nie przesz³o. Mów o meczu.
— Wiesz, ¿e dziwnie siê opowiada komu¶, kto wie, o czym bêdê opowiada³? Wiem, ¿e wiesz. Nie zmieniê tego. Dobrze, opowiem – mówi³, co chwilê przerywaj±c. - Dynamo Houston, oto nasz rywal w finale Konferencji. Ich sk³ad mnie ma³o obchodzi³. Wa¿ne, ¿e sam mog³em wystawiæ najlepszych. Ricketts w bramce. W obronie DeLaGarza, Agbossomounde, Gonzalez, Griffin. Liniê pomocy stanowili Miglioranzi, Beckham, Lewis, Donovan. Duet napastników: Smolarek i Buddle. Spotkanie przebiega³o nerwowo. Du¿o strza³ów, wiêkszo¶æ niecelnych. ¯adna z dru¿yn nie przewa¿a³a, niestety. Nie potrafili¶my wykorzystywaæ sta³ych fragmentów gry. Na szczê¶cie, Houston te¿ nie. Statystyki wskazywa³y na remis. I tak by³o po 90 minutach. I dogrywce.
— I w koñcu skoñczy³o siê na karnych.
— Prosi³ ciê kto¶? Mia³e¶ byæ niezauwa¿alny.
— A ty grzeczny. Mamusia ciê nie uczy³a?
— Nie przypominaj.
— Czego?
— Karnych, oczywi¶cie. Mój zawodnik strzeli³, ich te¿. I tak przez ca³y czas. Dopiero przy ósmej próbie jaki¶ palant siê pomyli³. Gdyby Gonzalez nie trafi³, to by nóg w…
— Tak, nie mia³by. Ale strzeli³, a wy wygrali¶cie. Cieszy³e¶ siê?
— Jeszcze nie. Przecie¿ do rozegrania pozosta³ fina³ MLS.
— Ty i te twoje ambicje…
— Gdyby nie one, by³bym nikim.
— ¦wietnie, ale zastanów siê. Co z tego teraz masz? Kim teraz jeste¶?
— Jestem kolesiem, który gada z Bogiem po¶rodku niczego. Kolesiem, który nie ma pojêcia, co bêdzie z nim dalej. Jestem kim¶, kto jest i tylko jest.
— Po kolei. Zosta³ jeszcze jeden mecz. Mo¿e najpierw o nim, a potem ci pomo¿emy.
— Mecz zacz±³ siê, trwa³, i skoñczy³ siê. Wiêc jest szansa, by by³o ze mn± lepiej? – mówi³ szybko, podekscytowany.
— Dok³adniej. Nigdzie nam siê nie ¶pieszy.
— Grali¶my z New England. To dobrze nam znany zespó³. Bilans dotychczasowych spotkañ przemawia³ na nasz± korzy¶æ. Wiêkszych zmian w sk³adzie nie stwierdzono. Na prawej obronie Franklina zast±pi³ Gray, a w pomocy Miglioranziego – Kovalenko. Obie dru¿yny chcia³y wygraæ fina³ i mia³y podobne szanse, wiêc nikt nie ¶pieszy³ siê z atakiem.
— Jednak w pierwszej po³owie bramka pad³a – powiedzia³ nieco znudzony Bóg
— Sam chcia³e¶ ¿eby by³o dok³adnie – zdenerwowa³ siê Maksymilian Alfons tym, ¿e mu przerwano – Tak, pad³a. Sfaulowany w polu karnym zosta³ Lewis. A sêdzia, jako ¿e nie by³ Polakiem, podyktowa³ karnego, którego wykorzysta³ Beckham. Gol doda³ nam skrzyde³, ale w pierwszej po³owie ju¿ nic wiêcej nie strzelili¶my.
— Ale rywale i owszem.
— Tak. Na pocz±tku drugiej po³owy. Mo¿e za bardzo zestresowa³em ch³opaków szatni. Mo¿e trener New England poda³ swoim zawodnikom jak±¶ ro¶linkê. Faktem by³o, ¿e na tablicy widnia³ wyniki 1:1.
— I w regulaminowym czasie siê nie zmieni³, wiêc potrzebna by³a dogrywka – ponownie pomóg³ Pan.
— Jak ty dobrze przepisy znasz. A wiesz, ¿e w pierwszej czê¶ci dogrywki te¿ ¿adna bramka nie pad³a?
— Wiem, ale sta³o siê to w drugiej.
— Tak. Obrona zaspa³a, a do prostopad³ego podania doszed³ Smolarek.
— Prowadzili¶cie na dziesiêæ minut przed koñcem.
— Ale przez ten czas musieli¶my graæ w dziesiêciu, bo Kovalenko otrzyma³ drug± ¿ó³t±, a w rezultacie czerwon± kartkê. Jednak uda³o siê. Wytrwali¶my i mogli¶my ¶wiêtowaæ sukces.
— Pewnie dlatego chcia³e¶ wygraæ. Chocia¿ potrafisz ¶wiêtowaæ i bez okazji.
— Zawsze jest jaka¶ okazja. A to komu¶, na przyk³ad w Azji, urodzi³ siê syn. A to kto¶, na przyk³ad we W³oszech, wygra³ kilkana¶cie euro.
— ¦wietnie. Wydaje mi siê, ¿e gdy wspominasz chwile spêdzone na Ziemi, wszystko jest z Tob± w porz±dku.
— Bogu, a nie jest? Nie jest.
— W³a¶nie. Mówisz do siebie. Dziwnie mówisz, bez sensu i ³adu. Widaæ, ¿e jeste¶ zagubiony. My¶lê, ¿e powinni¶my to zmieniæ.
— Tak!? – zaciekawi³ go Bóg.
— I zmienimy. Wstañ i id¼. Wkrótce siê spotkamy.
— Brzmi mi to znajomo. Pewnie jakie¶ wspomnienie z dzieciñstwa. Bywa³em wtedy w ¶wi±tyni, stfuu, w ko¶ciele – próbowa³ ¿artowaæ. – Jak: „wstañ i id¼”?
— Nie wiem czy pamiêtasz, ale nikt w Biblii takich pytañ nie zadawa³, tylko ufa³. Wiêc zrób, co powiedzia³em, a po jakim¶ czasie poczujesz ró¿nicê.
I zaufa³. Nie powiedzia³ ju¿ ¿adnego s³owa, tylko wsta³ i odszed³. A czy zauwa¿y³ zmianê? Je¶li naprawdê uwierzy³, to zauwa¿y³. Ale czy potrafi³ wierzyæ prawdziwie?
| Dodatkowe informacje |
|---|
| Autor: Kristoph Data: 20 stycznia 2010 Liczba wy¶wietleñ: 1033 Ocena: 4.00 Kategoria: Kariery Podkategoria: FM 2010 |
| Zobacz inne artyku³y tego autora |