„Ibo oczywiście powiedzieliby, że to bzdury naiwnych oibo. Każdy przecież widzi, że jestem pod wpływem złego czaru. To robota czarownika albo wiedźmy. Kazaliby mi przeszukać cały dom, aż znajdę magiczny przedmiot, wangi, który zawiera w sobie klątwę. Kawałek kości, drzazgę, igłę oplecioną nicią, podejrzany kłębek wełny czy futra. Potem wystarczy wynająć dobrego babalawo, który zniweczy przekleństwo, zapłacić i modlić się, żeby wszystko przebiegło pomyślnie.”
Czerń, Maja Lidia Kossakowska.
Dziwny początek felietonu o Football Managerze, nieprawdaż? Klątwy, czary, czarownicy i wiedźmy, żadnego związku, żadnego sensu, bo przecież mamy mówić o piłce nożnej, a ściślej - grze komputerowej. W dodatku kto normalny wierzy, że zaklęty przedmiot może przynieść pecha? Kto uzależnia swoje poczynania od rad oriszów, afrykańskich bogów, lub czarowników o skórze czarnej jak heban, babalawo?
Czytelnicy horoskopów, jasne. Ale kto poza nimi? Odpowiedź pewnie zdziwi co niektórych. My wierzymy. Ja. Pan, Pani. I Ty również wierzysz.
I – mówcie co chcecie – ale rozchodzi mi się właśnie o Football Managera.
Za oknami zima, z dachów spadają zwały śniegu i sople lodu tak wielkie, że aż strach iść po chodniku. Nic więc dziwnego, że wielu ludzi, zmęczonych ciągłym odśnieżaniem podjazdów i ulic, chce nieco wypocząć. Szczególnie, że zima ogranicza nieco możliwość relaksu. Ani nie ma jak pobiegać – bo zimno – ani jak pograć – bo śnieg – nie można nawet zwyczajnie powylegiwać się na słońcu. Bogaci, oczywiście, mogą pozwolić sobie na wyjazd na Karaiby. Biedniejsi, czyli większość z nas – nie. Musimy zadowolić się pospolitymi rozrywkami, jak basenem, na przykład, czy wypadem na narty w pobliskie góry.
Tak, macie rację. Mówię o sobie. Śniegu w istocie napadało ostatnimi czasu w piz… bardzo dużo, odśnieżać podwórko musiałem (ba, żeby tylko podwórko! Dach nawet), na narty dla odpoczynku pojechałem również (na Karaiby mnie nie stać, bo Centrum FM zalega z wypłatami). Podczas niekrótkiej podróży do Zieleńca nudziłbym się niezmiernie, wziąłem więc dla rozrywki cytowaną na początku powieść „Czerń” autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej (swoją drogą, szczerze polecam), w trakcie zaś czytania natrafiłem na słowa otwierające felieton.
„Każdy przecież widzi, że jestem pod wpływem złego czaru”.
Hm… gdzieś już słyszałem coś podobnego. Ano – faktycznie, słyszałem. A raczej czytałem. Na Forum CM i Centrum Football Managera. „Wygrywałem już 2-0 i oczywiście musiałem dostać czerwoną kartkę, żeby kompowi szło z górki, i w rezultacie przegrałem 3-2”, gdera w komentarzach pod newsem pewien użytkownik. „Mój kluczowy zawodnik złapał pięciomiesięczną kontuzję dzień przed meczem o mistrzostwo”, skarży się kolejny i jeszcze jeden – „szło mi świetnie, wygrałem pięć spotkań z rzędu, zapisałem, wyłączyłem, a następnego solidarnie dnia przegrałem kolejne sześć meczów, skrypt FM-a oczywiście nie mógł pozwolić mi na wygranie ligi”.
Przez skrypt nie mogłem wygrać ligi.
Przez wangi, które zawiera w sobie klątwę, nie mogłem wyrwać się spod wpływu złego czaru.
Czasami Football Manager naprawdę sprawia wrażenie, jakby czyhał na najmniejszy błąd gracza – a gdy gracz błędu nie popełnia, FM radzi sobie „na około”, kontuzjując wszystko co się da lub sprawiając, że linia obrony gra jak linia idiotów. Sztuczek w zapasie ma – nie oszukujmy się – niezliczoną wręcz ilość: może pozbawić skuteczności napastników, zniweczyć rozmowy motywacyjne i konferencje prasowe, ustawić bramkarzowi przeciwnika „god mode”, przeszkadzać w transferach, może nawet zmącić spokój w drużynie poprzez nadmierne zainteresowanie dobrymi piłkarzami po kilku sukcesach. Kto z nas nie przeżywał podobnych rozterek, ręka do góry. Znam jednak graczy, których można uznać za FM-owych pechowców – skrypt daje się nieszczęśnikom zawzięcie we znaki, atakuje bezlitośnie, całym asortymentem trików, ba, zrzuca na raz wszystkie plagi egipskie: i kontuzje, i zawieszenia, i super-bramkarzy. Sympatycznie się słucha, jak taka nieboga klnie rzewnie na ów tajemniczy skrypt – a może Skrypt – który panowie z SI zaprogramowali, by utrudniał graczom życie. Owszem, FM potrafi zdenerwować, ale znaj proporcjum, mocium panie.
Nie zamierzam jednak nikogo potępiać – bo i ja mam swoje wangi, swoją klątwę. Dziwnym trafem nie potrafię zwyciężać, kiedy ktoś patrzy, jak gram. Siedzę sam – super, wszystko idzie świetnie, bo wygrywam dziesięć meczów z rzędu, poprawiając klubowy rekord. Przychodzi kolega, pytając, czemu marnuję czas przy tej śmiesznej grze (burn the infidel!), i nagle fantastyczna passa się psuje. Nie muszę nawet wyłączać gry jak delikwent przytoczony nieco wcześniej – przegrywam z marszu i seryjnie. Bo kolega patrzy. I nie tylko kolega – ale też mama, dziewczyna, tato, wujek – niepotrzebne skreślić. W końcu tracę cierpliwość, odrzucam FM-a w kąt i zaczynamy grać w NBA 2k10.
Ciekawe, ale kiedy kolega wychodzi, włączam ponownie Football Managera i czuję w żyłach MOC – znowu wygrywam większość spotkań.
Moim babalawo okazuje się samotność.
Czas zapoznać się z kolejnym pojęciem: juju.
"Rankiem pewnie popędzą do najbliższego babalawo po więcej ochronnych juju, bo ich posesję nawiedził w nocy okropny demon"
Ponownie Czerń, ponownie Kossakowska.
Juju nazywamy więc zaklęte ponadnaturalną siłą przedmioty służące do ochrony – mowa o wszelkiego rodzaju naszyjnikach, amuletach, pierścieniach lub bransoletach. Orisze, bogowie, użyczają nieco mocy, którą babalawo zaklinają w pozytywny czar.
Podobnie jak z wangi, FM-owcy mają również swoje juju. Słyszałem o zaklęciach nieustannego trzymania ręki na myszce, zapeszania, wychodzenia w czasie strzałów do ekranu taktyki, zatrzymywania spotkania w różnych momentach… Kreatywność ludzka nie zna granic. Sposobów jest pewnie tyle, ilu graczy, każdy ma przecież jakieś dziwactwa. Osobiście wypracowałem dwa juju: pierwsze, używane jeszcze w początkach zabawy z Football Managerem, polegało na… nie oglądaniu meczu. Ustawiałem taktykę, wybierałem zawodników i rozmowę motywacyjną, klikałem na „start” i – niech się dzieje! Do przerwy nie można nawet spojrzeć na mecz. Wyjątek: w 75. minucie (na czuja) trzeba przeprowadzić zmiany.
Drugie i bardzo popularne juju, które stosuję właściwie we wszystkich grach sportowych: werbalne przeszkadzanie podczas groźnych akcji. Wszelkiego rodzaju syczenie przez zęby „nie traf”, krzyczenie „buuu!” albo „uważaj!”, zupełnie jakbyśmy sami znaleźli się na boisku. Każdy wie, że podobne zapeszanie nic nie zmieni, ale wystarczy, by udało się raz, i nagle wszyscy wierzą w skuteczność metody. I tak w kółko – „przestraszenie” przeciwnika nie wymaga przecież wiele czasu, zaś ewentualne efekty mogą okazać się mordercze.
W Polsce babalawo zbiliby niewątpliwie majątek. Na szczęście póki co siedzą w Afryce. Wiara w przesądy, wiara w siłę wyższą i los, zakorzeniła się w nas – nie tylko graczach, ale homo sapiens w ogóle – niesamowicie głęboko.
Jakie są Wasze wangi, Drodzy Czytelnicy?
Jakie są Wasze juju?
Podzielcie się wiedzą. Razem stworzymy Wielką Księgę Zaklęć Football Managera i na miotłach z włosia słonia odlecimy w siną dal.
A czy ktoś z was ma tak że podczas meczu musi stać?? xD Po prostu oglądając mecz czy to na stadionie piłkarskim czy w FM-ie nie mogę siedzieć...;-)
Najsmieszniejsze jest to, ze jak mój zawodnik nie trafi np. w sytuacji sam na sam to odrazu lecą k... ch... itp, a jak w kolejnej sytuacji nie trafi to jest cos w stylu: dobra sorry nie jestes ch....
hehehhe.
dawniej jeszcze podczas ważnego meczu np o mistrzostwo wychodziłem z pokoju i wracalem po kilku min. jak już byla przerwa. to samo z drugą połową.
ja po każdej bramce robie 10 pompek... niestety raz się zdarzyło że było 6-4 ;( razem 100