Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Szuler (cz.3)

III


Siedzę wśród ludzi bez twarzy.
— ....bardzo mnie denerwuje, wie pan, kiedy nie chce się uczyć, tylko cały dzień siedzi przed komputerem…
Od dzieciństwa buduje się w nas poczucie własnej wyjątkowości. Bądź sobą, mówią rodzice, nauczyciele, dziadkowie i autorytety, bądź jedyny w swoim rodzaju, bo przecież wszyscy się różnią, bo każdy może zostać kimś, jeśli tylko wykorzysta okazję, jaką dostaje od Losu. Miej własny styl, miej własny gust — i szanuj gusta innych — wiedz, co dobre! Nie poddawaj się, dąż do celu, zostań kimś! I nie bój się prezentować własnego zdania!...
Gówno prawda.
— …koledzy nieodpowiedni, oceny za niskie, pyskaty, nieposłuszny, pali ukradkiem, choć myśli, że nie wiem…
Dorośli karmią dzieci podobnymi bzdurami — a potem obstawiają zakłady na wyścigu szczurów zwanym życiem. Oczekiwania, opinia, presja, marzenia dają, oczywiście, silne wrażenie indywidualności , odrębności i zróżnicowania — ale tak czy siak wszystko kręci się wokół schematu: „na początku ucz się, by zdobyć pracę, i ożeń się, by spłodzić potomka, potem zaś pracuj, by zarabiać, zarabiaj, by wychować potomka, wychowuj potomka, by przejść na emeryturę i — z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku — umrzeć”. Składniki wymieszać i bach! — mamy życie w pigułce.
— …odrobina szacunku dla matki, czy proszę o zbyt wiele?...
Prawda, moi drodzy, jest niezwykle prosta. I – jak zwykle - niezwykle brutalna.
Nikt z nas nie jest wyjątkowy.
Nikt a nikt.
Nasz styl kreują trendy, sklepy i galerie handlowe; nasz gust tworzą reklamy i telewizja; nasz światopogląd opiera się o ideologie modyfikowane od tysięcy lat. Oglądasz seriale, które uwielbiają miliony ludzi we wszystkich zakątkach Ziemi. Słuchasz podobnej muzyki. Czytasz identyczne książki. Nie jesteś specjalny ani jedyny w swoim rodzaju — co więcej, nigdy nie byłeś. Na świecie żyje siedem miliardów „indywiduów” takich jak ty.
Siedem MILIARDÓW! A wszyscy jak od kalki.
— …nie wiem, co się z nim dzieje, przecież nie tak go wychowałam, wszystko przez ojca, po rozstaniu zaczął za nadto rozpuszczać chłopaka, chce mieć dziecko po swojej stronie, niedługo rozwód…
Bunt przeciwko rodzicom nie jest indywidualnością. Głupia fryzura, nowy iPhone, krzywienie gęby na naszej-klasie, muzyka komercyjna i niekomercyjna, „JP na 100%” — też nie.
— …co robić, pytam? Dojrzewanie dojrzewaniem, ale — gdzie popełniłam błąd?...
W samolocie, którym lecę, siedzi pełno ludzi bez twarzy. Wszyscy oczywiście bardzo zajęci, bardzo zapracowani, zabiegani, ledwo znajdują czas na zjedzenie obiadu (jeśli papkę, jaką podaje obsługa, można nazwać „obiadem”), z telefonami przy uszach, rozmawiają służbowo, z laptopami na kolanach, czytają mejle. Z pewnością uważają się za Bardzo Ważnych. Rozglądam się wokół i (myślę — „żałosne”) śmiać mi się chce. 
Ludzie! Świat się nie zawali, jeśli na chwilę odłożycie komórkę! Pewnie nawet nie spostrzeże, że zniknęliście.
— Syn bardzo mnie denerwuje — kobieta, obok której siedzę, nie przestaje trajkotać — wie pan, kiedy nie chce się uczyć, tylko cały dzień siedzi przed komputerem…
Na głowie — co odwróciwszy się, zauważam niemal natychmiast — nosi fantazyjny, czerwono-czarny kapelusz. Po co ubierać kapelusz na podróż samolotem?... Nie wiem.
— Nieodpowiedni koledzy… — ponownie zaczyna litanię.
Przyglądam się błyszczącym cekinom na rondzie kapelusza i od czasu do czasu kiwam głową. Wreszcie, kiedy kończy zwyczajowym „rozpuszczaniem chłopaka przez ojca”, uśmiecham się bardzo ciepło, naprawdę ciepło, i pytam:
— Dlaczego nie porozmawia pani z synem?
— Słucham? — Kapelusz ropuszo wybałusza oczy.
— Dlaczego nie porozmawia pani z synem?
Czerwono-czarna przeobraża się w Niemożebne Oburzenie.
— Rozmowa? Spróbowałby pan z nim pogadać! Wszystko wie lepiej! Wszystko! Rozmawiać? Phi! Bez sensu. Bez sensu. Bez sensu. Ojciec rozpuszcza…
Sami słyszycie — wszystko wina ojca!
— Cóż — uśmiecham się najszerzej, jak potrafię. — Skoro rozmowa nie pomoże, najwyraźniej żałosny z pani rodzic. Okropny, fatalny, straszliwy, koszmarny — i z każdym słowem uśmiecham się coraz bardziej — paskudny rodzic! Zmarnowałaś własne życie, moja droga, i życie małżonka również — albo odwrotnie, żadna różnica — i dziwisz się, że nie potrafisz wychować syna? Przejrzyj na oczy! Niedługo wypuścisz w świat mężczyznę — zastanów się, jaki przykład wyniósł z domu? Kim się według ciebie stanie? Jakie ma perspektywy? Podpowiem: żadne. Prawdopodobnie zostanie robotnikiem. Albo magazynierem. I wszystko dzięki rodzicom, kłócącym się o podział majątku! Pogratulować, doprawdy…
Czarno-czerwona kobieta z kapeluszem rozdziawia gębę, jakby chciała nałapać much, po chwili dochodzi jednak do siebie, prycha z pogardą i szybko zbierając walające się po fotelu graty zmienia miejsce, siada z przodu, trzy rzędy dalej.
Ani na moment nie przestaję szczerzyć gęby w uśmiechu od ucha do ucha.
Cały jestem pierdolonym uśmiechem.
Choć trochę szkoda, bo już się nie dowiem, po co nosić kapelusz w samolocie.
Z głośników dobiega głos pilota:
— Niedługo podejdziemy do lądowania, proszę przygotować się na turbulencje…
Wszyscy dookoła wyglądają przez okna. Wyglądam i ja.
W dole — kilkaset, a może i tysiąc metrów pod nami — lotnisko odpowiada szerokim uśmiechem pasów startowych.

***

Najdalej pół godziny później stałem w tłumie przed terminalem, wypatrując wolnej taksówki. Do ogromu pałętających się po okolicy przybyszów pasowałem jak pięść do nosa — bez walizki, jedynie z małą aktówką w ręce, opierałem się o murek niedaleko parkingu i z ciekawością rozglądałem się po placu, kiedy inni gorączkowo próbowali odnaleźć się w nowej sytuacji. Turyści targali ciężkie kufry pełne bagaży i rozglądali się za przewodnikiem i autobusem, ubrany w elegancki garnitur mężczyzna, którego pamiętałem z podróży samolotem, wsiadał do oczekującej limuzyny, krzycząc w słuchawkę telefonu: „nie sprzedawaj poniżej pięciuset, Dave!”, obok siostra witała się rzewnie z przebywającym na emigracji bratem, a wśród rzeszy bezimiennych twarzy dostrzegłem nawet czerwono-czarny kapelusz, który chyłkiem umykał z lotniska.
Kiedy na placu zrobiło się odrobinę luźniej, złapałem taksówkę i ruszyłem w miasto.
— Łer? — Kierowca, zmierzywszy mnie wzrokiem w lusterku, uznał, że nie znam języka, wydukał więc jedyne, co umiał po angielsku. — Łer going, panie zagraniczny? Na dziwki? Do kochanki? Żona nie patrzy, w końcu podróż służbowa — spojrzał na aktówkę, którą trzymałem na kolanach — można zaszaleć, co?
— Przykro mi — uśmiechnąłem się. — Ale żony nie posiadam.
Kierowca oniemiał.
Ma się te zdolności lingwistyczne, nieprawdaż?
— Dokąd więc? — Taksówkarz szybko odzyskał rezon.
— Na stadion — rzuciłem, rozsiadając się na tylnym siedzeniu, po czym pomyślałem o celu, z jakim wyjechałem za granicę. — Ma pan rację, całkowitą rację… Czas zaszaleć.

***

Stadion wyłaniał się niespiesznie zza rzędu budynków.
Mały — jak na standardy ligi, oczywiście — nieco obskurny, zbudowany w staroświeckim stylu, bez krzykliwej kopuły, bez sklepu z pamiątkami, restauracji, centrum handlowego czy hali sław, bez wystawnej bramy wjazdowej. Trybuny straszyły podziurawioną stalą nieporadnie zmontowanych dachów, parking — z miejscami na zaledwie kilkanaście samochodów — zionął pustką, budynek klubowy wyglądał jak martwy.
Poprosiłem kierowcę, żeby zatrzymał się przed stadionem, zapłaciłem za kurs i — przy akompaniamencie wrzasków, bym nie trzaskał drzwiami — wyszedłem na zewnątrz. Minąwszy przypadkowego przechodnia, który nawet nie zaszczycił boiska wzrokiem, skierowałem się ku kwaterze klubu.
W środku — niemal pusto. Tylko sekretarka przy szerokim biurku w holu. Kiedy otworzyłem drzwi (zabrzęczał obciachowy dzwoneczek powieszony nad framugą), podniosła wzrok znad czytanej książki i zmarszczyła brwi.
— Czego?
Nie przejmując się niemiłym powitaniem, podszedłem bliżej, oparłem ręce o biurko — dostrzegłem okładkę książki, zwała się „Dolores Claiborne” — i rozglądając się po pomieszczeniu, odpowiedziałem:
— Również bardzo mi miło… — Dobry humor mnie nie opuszczał. — Chciałbym się zobaczyć z prezesem, jestem dziennikarzem, wie pani, jakiś mały wywiadzik albo co.
— Prezesa nie ma. — Wróciła do lektury. — Wyjechał na spotkanie biznesowe, podobno ma rozmawiać na temat sprzedaży klubu.
Zrobiłem zatroskaną minę.
— Z pewnością wszyscy martwicie się o losy zespołu?
— Jasne — wywróciła oczami, by następnie prychnąć pogardliwie. — Nieważne, kto zasiada u sterów, dziennikarzyno. Pracuję jako sekretarka („asystentka” — też mi coś!) już dwadzieścia lat, dwadzieścia lat spędziłam w tym pieprzonym holu tasując ważne papiery, witając i żegnając gości, organizując spotkania zarówno menedżerom, jak i prezesom… i co? NIC, jedno wielkie gówno
Szelest kartek, strona sto dwudziesta, sto dwudziesta pierwsza. Milczałem.
— Czy w takim razie — w końcu zdecydowałem się przerwać ciszę — mogę liczyć na rozmowę z trenerem?
Odłożyła książkę i parsknęła wymuszonym śmiechem.
— Nie zamierzasz odpuścić?
— Nie bardzo.
— Młodzież… — pokiwała teatralnie głową. — Z trenerem pogadać możesz, oczywiście. Tyle że jego teraz w klubie nie ma. Choć mam niejasne przeczucie, że nachodzenie biedaka w mieszkaniu nie stanowi dla ciebie problemu…
Wyszczerzyłem zęby.
— Masz — wyciągnęła kartkę z szuflady biurka i napisała nań kilka słów. — To jego adres.
— Dziękuję.
— Przestań — machnęła ręką. — I daj mi, synku, spokój, bo książki nie przeczytam.
Zgodnie z prośbą wyszedłem na zewnątrz i — przyglądając się notatce z nazwą ulicy i numerem domu — zadzwoniłem po taksówkę. Po chwili przed bramą wjazdową zjawił się żółty samochód i zatrąbił, zaś w środku natrafiłem na tego samego kierowcę co na lotnisku.
— Znowu ty? — westchnął. — Gdzie teraz?
Podałem adres.
Na dworze ciemniało — letni dzień powoli przeobrażał się w noc, lampy przy drodze błyszczały nikłym światłem, okna coraz większej liczby domostw lśniły na pomarańczowo. Jechaliśmy i smugi błysków odbijały się w przedniej szybie. Jedna ulica, druga, następna, żadnych korków, żadnych przestojów, szybko docieramy na miejsce. Płacę i wychodzę, kierowca rzuca jeszcze pogardliwie — czy znowu zamierzam wrócić po pięciu minutach, bo jak tak, to poczeka. Odpowiadam, że nie, dzięki, ale wizyta zanosi się na odrobinę dłuższą…
Stajemy przed dużym blokowiskiem.
Rozglądam się po wielkich, zaniedbanych budynkach — i rzucam jeszcze raz okiem na karteczkę z adresem. Przechodzę przez plac zabaw, pełen bawiących się dzieci, przechodzę przez parking i obok działek, do odmalowanego bloku mieszczącego się na końcu osiedla. Przechodzę przez klatkę schodową, pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie…
Na czwartym zatrzymuję się przed dębowymi drzwiami, pod którymi nie ma wycieraczki.
Pukam.
Puk, puk.
Czekam.
W środku kroki.
Tup, tup.
Drzwi stają otworem.
— Witam — mówię.
Adaś Kowalski otwiera szeroko usta ze zdziwienia.
Noc powoli okrywa swymi ramionami cały Noworosyjsk.


***

Powoli, bardzo powoli przystawiam lufę pistoletu do skroni Adama Kowalskiego i obserwuję, jak z jego oczu wyłazi strach. Adaś klęczy na podłodze, nie może wstać, nie może upaść, i trwa w bezruchu, zahipnotyzowany przez zionący czernią okrąg, z którego zaraz wypadnie nabój — może wypadnie, a może nie — i śmierdzi rozpaczą, poci się lękiem. Łza, wielka, błyszcząca łza, spływa mu po policzku, płynie i szumi, rzeźbiąc koryto wśród zmarszczek na twarzy, miesza się z potem.
Zadziwiające, jak człowiek może się zmienić w ciągu zaledwie kilku sekund.
Zaledwie przed chwilą, jeszcze kilka minut temu, Adaś otwierał przede mną drzwi, bo przedstawiłem się jako dziennikarz, który chce przeprowadzić wywiad z nowym menedżerem Czernomorca Noworosyjsk, zaledwie przed chwilą, powiesiwszy płaszcz na wieszaku, maszerowałem przez przedpokój, zaledwie przed chwilą słuchałem, jak pośpiesznie tłumaczy bałagan w obskurnym saloniku, i, pamiętam, z trudem panował nad głosem, choć raczej z podniecenia i tremy — nie strachu. Pamiętam wszystko. Smak herbaty, którą naprędce przygotował, temat wyświetlanego w TV reportażu, okładkę gazety leżącej pod stołem — wszystko. Mrugnięcie oka, i Adaś Kowalski znalazł się na krawędzi. Mrugnięcie oka, i lufa pistoletu przysłania wszystko wokół. A przecież nic nie zapowiadało katastrofy.
Kiedy skończyłem sączyć herbatę, Adaś zapytał, o czym chcę rozmawiać.
— O wielu rzeczach — uśmiechnąłem się, wygodnie rozłożywszy w fotelu — ale, szczerze mówiąc, najbardziej chciałbym usłyszeć o facecie zwanym Verlee Aritiane.
I wtedy Adaś zbladł. Verlee Artiane okazał się zwiastunem klęski.
— Skąd… skąd pan wie?
— Po prostu wiem — przeszedłem z rosyjskiego na polski i machnąłem niecierpliwie ręką. — Wiem i już, nieważne skąd.
Usłyszawszy słowa w rodzimym języku, Adaś drgnął.
— Ważne, kurwa! — warknął po chwili osłupienia. — Pracuję w Noworosyjsku już trzeci rok i nikt, do cholery, nie spytał nigdy o Verlee’go. Bo skąd mieli wiedzieć? Więc nie mów mi, co jest ważne, a co nie, słyszysz?! Kim jesteś?
— Mogę wyznać, kim nie jestem — wyszeptałem. — Bo, jak zapewne się domyśliłeś, dziennikarz ze mnie żaden. Ale i tak wiem wszystko. A w każdym razie wystarczająco wiele. Wiem o czasach w Vinogradarze. I przedtem. O rozbojach, drobnych oszustwach, konfliktach z prawem.
— Vinogradar?... Jak?... — syknął Adaś. — Nieważne. Skąd znasz Aritiane’a?
Milczałem. Długo.
— Czego chcesz? — zapytał więc Adaś głosem szorstkim jak kilkudniowy zarost, który hodował na twarzy.
— Pieniędzy.
— Kasy? — Adaś zaśmiał się sucho. — Źle trafiłeś. Chyba że zadowolisz się kilkoma rublami. Jestem spłukany, mam długi. Cholernie mi przykro.
— Nie o twoje pieniądze mi chodzi.
— A czyje? — zdziwił się Adaś, otwierając szeroko oczy.
— Aritiane’a.
Cisza. Adasia zamurowało. Biedaczek, pobladł jeszcze bardziej.
— Aritiane’a? — powtórzył w końcu głucho. — Verlee Aritiane’a?
— Coś nie tak? — zmarszczyłem brwi.
Adaś wyglądał, jakby walczył sam ze sobą. Wreszcie, pokonawszy opory, wydukał:
— Verlee Aritiane nie żyje. Od czterech lat.
Uśmiechnąłem się.
— Oczywiście.
I sięgnąłem ponownie po herbatę.
— Oczywiście? — Adaś wybałuszył oczy. — OCZYWIŚCIE?! Czy ty jesteś, za przeproszeniem, pojebany? Uciekłeś z wariatkowa czy co? Nie martwi cię, że gość, którego szukasz, od dobrego czasu leży w trumnie?
— Trupy — wyjaśniłem spokojnie — nie kradną pieniędzy.
— Nie rozumiem.
— Nie musisz. Wystarczy, byś wiedział, że wbrew pozorom Verlee Aritiane żyje.
— Świr! Jesteś świrem! — Adaś poderwał się nagle z fotelu i zaczął przechadzać po pokoju. — Verlee wpadł pod samochód w Chorwacji, cztery lata temu. Obserwowałem reanimację! Widziałem krew na masce! Słyszałem długie, przeciągłe „piiiiip” respiratora! Kurwa! Organizowałem pogrzeb, przyjmowałem kondolencje! Widziałem trumnę! Widziałem… i prawie zdążyłem zapomnieć. A teraz mam uwierzyć, że mój przyjaciel zmartwychwstał? Kpisz?!
Z każdym słowem mówił głośniej i głośniej, chodził szybciej i szybciej, ręce drżały coraz mocniej, głos również. A potem — nagle, natychmiast, bez zapowiedzi — Adaś stanął w miejscu.
— Wypierdalaj — zagroził cicho, ale wyraźnie.
Bezszelestnie podniosłem się z fotelu i zacząłem grzebać w kieszeni spodni.
— Wypierdalaj! — powtórzył Adaś, tym razem groźniej, i odwrócił się, by przegonić nieproszonego gościa — znaczy się, mnie — z domu, przegonić na zawsze.
Za późno, kochasiu.
Adaś odwracał się z kolejnym „won” na ustach, ale dzięki szybkiemu ciosowi w szczękę wylądował na klęczkach i pocałował podłogę. Cmok, cmok. Spróbował się poderwać, ale wtedy wyciągnąłem broń i posadziłem chama grzecznie na dupie.
Powoli, bardzo powoli przystawiam lufę pistoletu do skroni Adama Kowalskiego i obserwuję, jak z jego oczu wyłazi strach. Ból, trwoga, rozpacz — silne emocje sprawiają, że czuję się jak w niebie. Choć w niebo nie wierzę. W piekło — już bardziej. Oczywiście, ukrywam frajdę i minę mam zaciętą jak cholera. Adaś prawie zahacza nosem o lufę. I spogląda na spust, na palec, który trzymam na spuście. Niezły wyczyn. Sądziłem raczej, że otchłań lufy — skąd może, ale nie musi wylecieć pocisk — przysłania cały świat, całą resztę.
Boisz się śmierci, Adamie Kowalski?
Oooooo, tak, tak, tak! — odpowiadasz, choć dławisz się ciszą.
Masz szczęście.
— Masz szczęście — powtarzam na głos i uśmiecham się.
— Mam? — duka Adaś. — Naprawdę?
— Naprawdę. Właśnie wygrałeś darmowy bilet na wycieczkę zagraniczną.

***

Miasto powoli wyłaniało się spośród nocnego nieba. Ot — najpierw widać tylko mroczne, napuchnięte niczym wielkie, ogromne gąbki chmury, nic więcej; ciemność przysłania nawet skraj skrzydła samolotu, którym lecimy, niczym peleryna czy inna czapka niewidka. Nagle — przez chmury przebija się błysk. Znika, co prawda, szybko, ale już widać kolejne: przeważnie żółte jak światła żarówek, ale też zielone i czerwone, pewnie lampy pędzących przez ulice samochodów. Przez chwilę migocą słabo w oknie samolotu, ale kiedy wylatujemy wreszcie z chmur, kiedy chmury, strzępiąc się, zostają za nami, światła rozbłyskają pełną mocą — a wraz z nimi błyszczy też miasto.
Odkleiłem się od okienka i zerknąłem na drzemiącego w fotelu obok Adasia. Wcześniej, na lotnisku, protestował nieco przed przymusowym wylotem z Noworosyjska, ale, jak szybko się przekonał, trudno dyskutować z facetem, który ma broń, i dał za wygraną. Przez większość lotu milczał, zapewne z powodu wyjątkowo upierdliwej choroby lokomocyjnej, potem próbował marudzić jeszcze przez chwilę, niezbyt zresztą przekonywająco, by w końcu zasnąć. Zmogło biedaczynę po wieczorze pełnym wrażeń, nie ma co! Po kilku dniach powinien pogodzić się z losem — dzięki mnie rzucił żałośnie nudną pracę w Czernomorcu (wypowiedzenie, oczywiście, dostarczyłem na biurko prezesa już wcześniej, bo niepowodzenia pod uwagę nie brałem), a przy odrobinie szczęścia odzyska przyjaciela, którego uważał za zmarłego. I — przy odrobinie szczęścia dla mnie — znowu go straci.
Sprawy śmierci Artiane’a nie potrafię dokładnie wyjaśnić — póki co. Adaś nie kłamał utrzymując, że Verlee zginął cztery lata temu w Chorwacji. Głośna sprawa, przynajmniej w okolicach Jastrebarska, bo rzadko zdarza się, by młody menedżer z sukcesami ginął w podobnie prozaiczny sposób — bo któż widział, by celebryta tracił życie w zwykłym, pospolitym wypadku samochodowym? Adaś więc nie kłamał — ale i nie mówił prawdy. Nie znał powodów, dla których przed pięcioma laty Aritiane zgodził się wyjechać z Polski niemal z marszu. Otóż — opowiem wszystko ze szczegółami — nasz pan Verlee zaszył się w maleńkiej miejscowości gdzieś na Dolnym Śląsku, a następnie uciekł za granicę, ponieważ ukradł pieniądze należące do dawnego wspólnika — w tej roli niżej podpisany. Jak łatwo się domyślić, popularność rosnąca w lawinowym tempie po awansie z Vinogradarem do Ligii Mistrzów Aritiane’owi pasować nie mogła. Właśnie wtedy — ostrzegam, powoli wchodzimy w sferę domysłów — sfingował własną śmierć (o czym dowiedziałem się sporo po fakcie) i ulotnił się, tym razem na amen. Przez pięć lat doskonale grał trupa, aż wreszcie popełnił błąd: postanowił odzyskać skradzioną kasę. I, cóż — odzyskał, znów zorientowałem się za późno. W końcu minęło tyle czasu…
Zyskałem jednak nowy trop. Jeden ze stałych informatorów, z którymi pracowałem przy zleceniach, dał cynk o dwóch gościach, co by mogli pomóc. Pierwszy, zwykły pionek zajmujący się praniem brudnych pieniędzy w futbolu, po kilku słowach zachęty przedłużył ślad zostawiony przez Aritiane’a, któremu miał sporządzić listę klubów gotowych do zatrudnienia nowego menedżera. Druga poszlaka prowadziła do Bytomia, gdzie spotkałem Ryszarda Jabłońskiego — i dostałem namiary na Adasia.
Adaś stanowił klucz do odnalezienia Aritiane’a.
Listę klubów, jaką otrzymałem od informatora, sprawdziłem już dawno. Tylko jeden zmienił menedżera. Problem polegał na tym, że wymienili także wszystkich trenerów i część zarządu — razem ponad tuzin osób. Ostał się tylko asystent.
Dwanaście osób. Aritiane mógł się podszyć pod każdą.
Właśnie dlatego potrzebowałem Adasia — by rozpoznał skurwiela pośród…
Bum! — samolot zatrząsł się podczas lądowania.
Cóż — pomyślałem, kiedy stewardessa oznajmiła, że za oknem możemy podziwiać lotnisko we Wlorze, na którym za chwilę posadzi nas pilot — scena przygotowana. Miejsce akcji — Albania — wybrane.
Aktorzy czekają na scenie.
Zawiązanie akcji właśnie dobiega końca.
Sztukę, Droga Publiczności, czas zacząć!

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2010
Dodano: 26.02.2010

Liczba wyświetleń: 1601

Średnia ocen: 5.60

Pozostałe części cyklu:
Szuler (cz.1)
Szuler (cz.2)
Szuler (cz.4)
Szuler (cz.5)
Szuler (cz.6)
Szuler (cz.7)
Szuler (cz. 8)



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu

statystyka