Diabelska przygoda cz.5
„Syf śmierdzi spod pach, na sali syf aż strach. Tak bawią się ludzie o złotych zębach”- Kazik Staszewski
Nie było jeszcze w San Remo gościa, który ubijał taką kasę jak Ricardo Bonetti , na południu Półwyspu Apenińskiego znanego jako Wujek Gonzalo. Był stuprocentowym Włochem, lubił zapychać się spaghetti, popijając wino z toskańskich winnic. W San Remo żył pełnią życia, a od niedawna stał się także pierwszym wodzirejem w mieście, którego przyjęcia odbijały się głośnym echem niosącym się od Alp po Zatokę Genueńską.
Końcówka sierpnia była jedną z ostatnich szans na małe przyjęcie u Gonzalo, przy słonecznej aurze. Nic dziwnego, że przy jego rezydencji zjechało się mnóstwo gości, chcących zabłysnąć w elitarnym światku wielkich i możnych z San Remo. Sam gospodarz cenił włoskie tradycje, kulinaria i muzykę. Punktem kulminacyjnym każdego przyjęcia była miska najlepszego spaghetti, którą zjadali się wszyscy bufoniaści towarzysze Wujka Gonzalo. Willa nad morzem napełniona była malowidłami i rzeźbami włoskich artystów. Osobny budynek zajmowała kolekcja z doskonałymi replikami dzieł starożytnych. Sam Ricardo z podziwem odnosił się do tradycji Imperium Rzymskiego, którego synem kazał się nazywać. Zgodnie ze świadomością pewnej misji, którą sobie założył, pielęgnował tradycje sprzed dwóch tysięcy lat. Jego przyjęcia często charakteryzowane były na tradycyjne orgie rzymskie, pełne przepychu i kunsztu, ale same w sobie przesadzone. Ileż to razy Willa na Via Scoglio była świadkiem niejednych sensacji, na które tabloidy z całego świata czekały jak na kometę Halleya.
Był upalny wieczór. Słońce mozolnie zachodziło nad Morzem Liguryjskim, co było równoznaczne z rozpoczęciem kolejnej schadzki u Wujka. Aby odgrodzić się od wścibskich paparazzi Gonzalo odciął się od świata rzeczywistego potężną fortyfikacją z betonu, siatki pod napięciem, kończąc na żywopłocie, który skutecznie zasłaniał sekrety przyjęć owianych mgiełką tradycji i tajemniczości.
Parking przy rezydencji powoli wypełniał się samochodami, oczywiście dominowały ekskluzywne marki. Nikt nie odważyłby się pokazać całemu wielkiemu światu w byle Trabancie, dlatego na tego typu okazje dobierano sportowe Ferrari, czy bardziej dostojne Roys Rollsy i Bentleye. Wyjątek w tym wszystkim stanowił jeden samochód zaparkowany w ciemnym miejscu, tak aby nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Dopiero gdy przyjęcie rozpoczęło się na dobre z pojazdu wyszedł krępy mężczyzna, który szybkim krokiem udał się na taras przed domem. Stał nieruchomy chwilę przed bramą, wreszcie zdecydował się wejść, ale natychmiast pojawili się panowie z ochrony i cofnęli mężczyznę. W półmroku było widać jak coś im tłumaczył, aż wreszcie zawołali swojego chlebodawcę.
- O co chodzi panowie?
- Ten pan, tutaj mówi, że ma jakąś sprawę do Pana.
- Gdzie on jest?
- Tam stoi przy tym samochodzie.
- To jest samochód? Ja myślałem, że to jakaś drezyna… to nie Ferrari, Bugatti, czy Maseratti tylko jakieś cztery kółka dla plebsu.- Bez względu na uprzedzenia Gonzalo postanowił dowiedzieć się o co chodzi w tej sprawie.
- Senior Gonzalo?- zagadnął nieśmiało.
- Si.
- Przysłał mnie tu Luca Di Natale.
- Luca? Ah… tak pamiętam go. On pracuje w Szwajcarii z jakimś klubem piłkarskim.
- Tak.
- O co chodzi?
- Chodzi o to, że ja dostałem zadanie od Luca.
- Zna Pan Luca?
- Tak, ale od jakiegoś czasu wolałbym go nie znać.
- Czemuż to?
- No bo każe mi kupować wódkę z Polski i wysyłać tam, do piekła. A ja nie mogę tego tak dłużej ciągnąć.
- Dlaczego?
- Prowadzę pewną działalność, która jest zgoła odmienna od celów tego zadania. I wystąpił konflikt interesów. Z resztą teraz to już wszystko i tak szlag… Nie dość, że jakiś czas temu chcieli mi zdelegalizować radio, to teraz jeszcze wsiadł mi na głowę fiskus i badają finanse radia.
- I co z tego?
- A jak im wytłumaczę, że dziesięć tysięcy poszło na alkohol dla jegomości Diabła?
- To rzeczywiście paskudna sytuacja, ale co ja mam z tym wspólnego?
- Miałbym taką prośbę, żeby Pan organizował te zakupy, bo ja muszę na jakiś czas zniknąć… Wszystko musi się jakoś uspokoić.
- Dobra, może tak być. W sumie mam klub w San Remo i wszystkie alkohole będą sprowadzane na jego rachunek, nikt nie powinien nic podejrzewać.
- Naprawdę nie wiem jak mam Panu dziękować…
- Nie jest Pan głodny? Może miska włoskiego spaghetti?
- Z miłą chęcią.
***
Tymczasem w mroźnej Szwajcarii:
Spokojne miasteczko na wschód od Bazylei nie ekscytowało się hucznymi przyjęciami a’la Wujek Gonzago. Tutaj wszystko toczyło się swoim rytmem: skupiano się na piciu piwa, jodłowaniu, produkcji scyzoryków, zegarków no i oczywiście na piłce nożnej. We wrześniu frustracja społeczeństwa sięgała zenitu, gdyż brak jednej z uciech bardzo martwił.
Liga miała przerwę i w tym czasie postanowiłem wzmocnić drużynę nowymi nabytkami. Za cenę równo 1 mln. € z klubu Stare Mesto na stadion Brügglifield został sprowadzony Słowak - Milan Ivana. Zainwestowaliśmy w ofensywę, a ten lekko ponad dwudziestolatek miał być reżyserem naszej gry. Przewidziałem dla niego pozycję rozgrywającego, bądź prawoskrzydłowego. Tym oto sposobem w naszej drużynie było już dwóch zawodników, od których oczekiwałem, że będą mogli unieść trudy spotkania na własnych barkach- Ivana i Gorawski.
W tej samej przerwie do klubu trafiła ciekawa oferta od włoskiego drugoligowca- Terrnany, którzy wyłożyli równo 1,2 mln € za naszego bramkarza. Zgodnie ustaliliśmy z zarządem, że pomimo wartości jaką stanowi dla nas Massimo pieniądze mogą zostać spożytkowane na poszerzenie kadry w zimowym oknie transferowym. Widząc zainteresowanie naszym golkiperem już wcześniej wysłałem scoutów na przeszpiegi. Spośród tłumu niedołęgów jeden z Francuzów wyglądał nienajgorzej- J.F. Berenik z Xamax. Ostatecznie przyjął naszą ofertę i za 150 tys. € trafił do naszego klubu.
Dwunastego września czekał nas mecz wyjazdowy z Neuchatèl Xamax. Nie była to jakaś wielka potęga, ale średniak, który co roku plasował się w środku stawki. Nie mniej jednak potrafili pokusić się o zabieranie punktów nawet tym najlepszym, zatem trzeba było być czujnym. Mecz zaczął się niezwykle sennie i nabierał tempa w miarę upływu kolejnych minut. Od pierwszych chwil nakazałem chłopakom skrajnie ofensywną grę, mieli ich cały czas nękać, tak aby wypracować sobie jak największą przewagę przed drugą częścią spotkania. W 10 minucie Gorawski pokusił się o indywidualną akcję prawym skrzydłem, ale dośrodkowanie nie było już tak precyzyjne i piłka padła łupem bramkarza gospodarzy - Delaya. Blisko osiem minut później sunął kolejny atak, tym razem z przeciwnej strony boiska. Simo podprowadził piłkę na wysokość pola karnego, dośrodkowanie na Berishę, ten strąca piłkę na lewo i Figoli wściekłym strzałem z bliska pokonuje bramkarza. Zespół był na fali, a ja miałem nadzieję, że udokumentują to jeszcze co najmniej jednym trafieniem. W 23 minucie piłkę w środku pola wyłuskał Bekiri, zagrał prostopadle do napastników, ale gospodarze w porę się ustawili i Leandro zdołał przeciąć podanie. Niestety dla Xamax, piłka trafiła wprost pod nogi Ivany, który przerzucił ciężar akcji na prawą flankę. Po raz kolejny zerwał się Gorawski minął rywali i powoli zbiegał do środka szukając sobie miejsca do oddania strzału. Wreszcie huknął tak potężnie, że Delay nawet nie zareagował. Miałem nadzieję, że taki wynik wystarczy do wywiezienia kompletu punktów i nakazałem skupić się na obronie. Jeszcze kilka razy do naszych napastników wędrowały crossowe zagrania od obrońców, ale zarówno Berisha jak i Figoli nie byli w stanie uporać się we dwójkę z blokiem defensywy gospodarzy. Została minuta do przerwy, cały czas gra toczyła się w środku pola, ale inicjatywę przejęli gospodarze. W pole karne wbiegł Lombardo i Vardanyan zahaczył przeciwnika… Decyzja była jednomyślna- wapno. Do piłki podszedł Geiger i zimną krwią pokonał Colombę który poniekąd wyczuł intencję wykonawcy jedenastki. Do przerwy było więc 2-1 dla nas.
Postanowiłem zaryzykować, bo pierwsze 45 minut pokazało, że defensywa gra pewnie, nawet pomimo tego jednego błędu, dlatego ograniczyłem możliwość gry do przodu i naszym głównym założeniem stało się utrzymanie wyniku i z szybkie kontry. W międzyczasie zmieniłem Berishę, który po faulu nie był w stanie kontynuować gry. Nic dziwnego, że inicjatywa była po stronie gospodarzy. Kilkakrotnie poważnie zagrozili naszej bramce, ale pewnie bronił Colomba. Od czasu do czasu wyprowadzaliśmy groźne kontry, a jedna z nich miała nawet szansę powodzenia, gdyby tylko Figoli nieco lepiej przymierzył. Koleje zmiany miały na celu zabezpieczenie defensywy, zszedł Bekiri, a w jego miejsce pojawił się obrońca Tcheutchoua, a następnie za Simo wszedł kolejny obrońca- Moretto. Cofnięci teraz do granic możliwości wyczekiwaliśmy tylko gwizdka sędziego… Wreszcie koniec i Aarau inkasuje komplet punktów, a zawodnikiem meczu okrzyknięto Massimo Colombę
12 wrzesień 2005 r.- 8 kolejka: Neuchatèl Xamax- Aarau 1-2 (1-2)
Aarau: M. Figoli 18’, D. Gorawski 23’
Xamax: B. Geiger 44’ (k)
Widzów : 9 601
Po meczu fizjoterapeuci oznajmili, że Berisha wypadnie ze składu na co najmniej dwa mecze, tak więc w najbliższym spotkaniu z Yverdonem i w pucharze z Rorschach będzie mały problem z zestawieniem ataku. Absencja Berishy i Bieli’ego była nie lada ciosem, tak więc szanse gry otrzymał weteran z rezerw, ponad trzydziestoletni Giallanza. Cieszy natomiast powrót Malka.
Wygrana z Xamax zaostrzyła nasze apetyty na kolejne trzy punkty, ale tym razem walka toczyła się na Stade Muncipal z Yverdonem. W wyjściowym składzie pojawiło się kilka nowych twarzy, m. in. Bramkarz - Bèdenik, a także Moretto i Gallanza. Do składu powrócił Malek Aït - Alia, z tymże nie dostał szansy gry od początku. W 7 minucie ku mojemu zaskoczeniu Giallanza wykorzystał trudną piłkę, którą wzorowo zgasił i oddał precyzyjny strzał w długi róg. Rywale odpowiedzieli już po 7 minutach. Getulio, po prostopadłym podaniu i przy „opiece” Moretto, oddał strzał na nasze nieszczęście trafny. Zespół mocno podirytowany tym faktem rzucił się do ofensywy, ale napastnicy jakoś nie mogli znaleźć sobie dogodnej okazji i często przegrywali piłki w polu karnym, albo strzelali gdzieś w kosmos. Dodatkowo w 40 minucie kontuzji nabawił się Tcheutchoua i został wyeliminowany z rozgrywek mniej więcej na miesiąc. Ten fakt nieco mnie zdenerwował, ponieważ zawodnik prezentował w owym czasie fenomenalną formę i pewnie gdyby nie kontuzja mógł nawet powalczyć o miejsce w wyjściowej jedenastce z Carreño, bądź Vardayan’em.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1-1. Po wznowieniu gry zaczęliśmy przeprowadzać ofensywne akcje, z których tak naprawdę niewiele wynikało. Nasza wyraźna przewaga nie dawała większego skutku. Wprowadzenie Aït - Alii i Schenkera, oraz fakt że od 51 minuty przeciwnik grał w osłabieniu- to wszystko nie wpłynęło na efektywność naszej gry i mecz zakończył się podziałem punktów, jedyny plus to fakt iż dobre spotkanie (do 40 minuty) rozegrał Tcheutchoua i został on zawodnikiem meczu.
17 wrzesień 2005 r.- 9 kolejka: Yverdon - Aarau 1-1 (1-1)
Yverdon: Getulio 14’
Aarau: G. Giallanza 7’
Widzów: 2 734
24 września graliśmy mecz wyjazdowy w ramach pucharu Szwajcarii z Rorschach. Przed zawodami wszyscy typowali nas z góry na wygraną. Na spotkanie wystawiłem rezerwowy skład, a głównej mierze spowodowane to było perspektywą kolejnego ligowego meczu z Basel. Tymczasem na stadionie Rorschach mecz ustawił się w drugiej minucie, kiedy to za brzydki faul na Ivanie z boiska wyleciał Egli. Stały fragment po tym faulu perfekcyjnie wyegzekwował sam poszkodowany i było już 1-0. W 5 minucie ten sam zawodnik wykorzystał zamieszanie w polu karnym i na tablicy było 2-0. W 19 minucie Milan Ivana skompletował klasycznego hat- tricka, wykorzystując podanie od Bilbaniego (lewy pomocnik z rezerw). W 21 minucie na listę strzelców wpisał się Malek Aït- Alia, pokonując zrezygnowanego bramkarza gospodarzy potężnym „rogalem” z za pola karnego. Wynik nie zmienił się do przerwy, a w drugiej części spotkanie w końcówce podwyższył Rainer Bieli i mecz zakończył się spodziewaną wygraną. Kapitalną partię zagrał Ivana, który grał na pozycji prawego napastnika i zasłużenie został zawodnikiem meczu.
24 wrzesień 2005 r.- Swisscom Cup 1 Runda: Rorschach - Aarau 0-5 (0-4)
Aarau: M. Ivana 2’,5’,19’, M. Aït - Alia 21’, R. Bieli 82’
Widzów: 4 982
Następnego dnia odbyło się losowanie kolejnej rundy pucharu, w której trafiliśmy na ekipę z niższej ligi- Baden. Przed nami był równy tydzień przerwy przed najtrudniejszą potyczką z drużyną, którą wszyscy niemal jednogłośnie sadzali na fotelu mistrza pod koniec sezonu, ale na dzień dzisiejszy Basel ścigała zespół Young Boys, który najwyraźniej miał ochotę na przerwanie hegemonii drużyny z północy Szwajcarii.
Jeśli chodzi o nasze poczynania ligowe we wrześniu to z dwóch meczów jakie zostały rozegrane zainkasowaliśmy 4 punkty, co nie powinno być powodem do płaczu, jednak ich zdobycie przyszło nam z pewnymi trudnościami. Szczególnie boli remis z Yverdonem, który jest ewidentnym dostarczycielem punktów w lidze tym czasem nam nie udało się wywieźć korzystnego wyniku. Puchar - tutaj na razie nie można tak naprawdę nic stwierdzić, gdyż grając z amatorskim klubem wygrać po prostu należało.
Cieszy dobra forma strzelecka Ivany, powoli dochodzi do niej Rainer Bieli. Jak na razie nie można narzekać na grę pomocników, bo kiedy napastnikom nie idzie, to właśnie druga linia strzela gole. Defensywa - tutaj problem jest innej natury. Zawodnicy często łapią kontuzję, jak na razie zmiennicy spisują się nadzwyczaj dobrze, lecz już teraz rozmyślam nad poszerzeniem kadry o młodego zdolnego obrońcę, który zaakceptuje grę w rezerwach i będzie ostateczną deską ratunku. Bramka - niekwestionowanym liderem tej formacji jest oczywiście Massimo Colomba, ale powinien poczuć na swoich barkach oddech Francuza, który jak na razie prezentuje zadowalającą formę. Mimo wszystko Massimo będzie częściej wychodził w podstawowej jedenastce, gdyż świetnie steruje obroną, a Bèdenik zagra w meczach z lżejszymi klubami i w meczach pucharowych. Chodzi o to, żeby powoli zgrywał się z resztą klubu, nie tylko na treningach, ale też w praktyce, bo w końcu Colomba odejdzie i to on stanie między słupkami.
Termin meczu z mocarzem ligi szwajcarskiej nieuchronnie się zbliżał. Prosto nie będzie - wiedziałem to ja, zawodnicy, zarząd i wszyscy, którzy przyszli tego dnia na stadion Brügglifield.
Zaczęło się od natarcia gości, już w 5 minucie silny strzał Carignano sparował Massimo. Niespełna dwie minuty później znów było gorąco pod naszą bramką, tym razem slalom pomiędzy naszymi obrońcami urządził sobie Semshov, ale spudłował niemiłosiernie. W 18 minucie Delgado brutalnym wejściem powstrzymał dośrodkowanie Gorawskiego i Polak nie mógł już kontynuować gry, w jego miejsce wszedł Schenker. Sędzia nie pokazał za to nawet kartki, ale jasno dał do zrozumienia, ze jeszcze jedno takie wejście i Delgado w końcu zarobi kartonik. Po tym zajściu gra się nieco uspokoiła i przeniosła się bardziej do strefy środkowej boiska. Pierwszej, w miarę sensownej akcji z naszej strony doczekaliśmy się dopiero w 35 minucie, kiedy to Malek przerzucił ciężar gry na prawe skrzydło do Schenkera. Ten precyzyjnie dośrodkował, ale strzał Figoli’ego był nie dość, że słaby, to jeszcze wprost w długie łapska Webera. Goście skontrowali, na tyle skutecznie, że minutę po naszej akcji na tablicy było już 0-1. Przytłumieni nieco tym faktem trwaliśmy w nicości przez dobre 5 minut, a z letargu obudził nas Figoli, który tuż przed przerwą wykorzystał błąd Emmini’ego, zabrał mu piłkę i wykończył prostym, technicznym strzałem w krótki róg.
Drugie 45 minut zaczęliśmy z wielkim zapałem. Klika po szybkich akcjach mogliśmy wyjść na prowadzenie, ale piłka coś nie chciała wpaść do bramki, czy to po szczupaku Ivany, czy po strzale z dystansu Malka. Goście odpowiedzieli w 51 minucie, Carignano zagrał prostopadła piłkę do wbiegającego Eduardo, a ten przelobował wychodzącego Massimo. Znów musieliśmy gonić wynik, ale nie dane było nam tego uczynić. W 77 minucie boisko musiał opuścić nasz rozgrywający Ivana i wyraźnie to podłamało naszą ofensywę. Nawet wejście Bieli’ego, a później Berishy na niewiele się zdało. Mecz skończył się porażką, ale w dobrym stylu, za co serdecznie zawodnikom podziękowałem.
1 październik 2005 r.- 10 kolejka: Basel- Aarau 1-2 (1-1)
Aarau: M. Figoli 45’
Basel: C. Carignano 36’, Eduardo 51’
Widzów: 12 581
***
- Jak Pan ocenia dotychczasową postawę swoich zawodników w lidzie?- zagadnął dziennikarz, któregoś popołudnia, po treningu.
- Na razie mają wahania formy, ale z biegiem czasu wszystko powinno iść już tylko lepiej.
- Tylko trzy punkty dzielą was od pierwszej trójki.
- Zgadza się. W ogóle tabela się tak ułożyła, że nie ma jeszcze zdecydowanego lidera, czego osobiście się spodziewałem. Wszystko jeszcze jest możliwe.
- A kogo Pan typował na lidera?
- Na pewno Basel, która pozostaje w moim odczuciu największym pretendentem do tytułu, ale jeśli lider zachowa obecną dyspozycje to kto wie.
- Czy ciężko się gra, kiedy wszyscy spisują Pański zespół na straty?
- Mi raczej to nie przeszkadza, może nawet pomaga. Jeśli przegramy, to jest to spodziewana porażka, natomiast zainkasowanie trzech punktów zawsze jest miłe i to tylko scala zespół. Wychodząc na boisko przeciwnik tak naprawdę nie wie czego może się po nas spodziewać. Bywa również i tak, że jeśli gra się ze słabiakiem ci najlepsi gdzieś w podświadomości nieco odpuszczają, wtedy gra jest łatwiejsza.
- Czego będzie Pan oczekiwał w następnych występach?
- Zawsze w szatni powtarzam, że najważniejsze jest, aby nikt nie chciał przechodzić obok spotkania, grać, tak aby się nie zmęczyć. Pika nożna to gra drużynowa i ważne jest, by każdy na kogo postawiłem w danym spotkaniu wykazał się maksymalnym zaangażowaniem. Nawet jeśli przegramy mecz to oceniam ile dany zawodnik wniósł dla drużyny i ile zostawił na boisku zdrowia.
- Dziękuję bardzo za rozmowę.
- Również dziękuję.