Część 1 - tajny współpracownik Rygiel.
Piękny, niedzielny, czerwcowy poranek. Wstałem kulturalnie z wyrka o dziewiątej i wyruszyłem do kościółka. Pomyślicie pewnie, że jakiś nienormalny. Może troszku racji macie. No, nieważne. Wierzący ze mnie człowiek. Wchodząc do kościoła, niestety lekko spóźniony, usłyszałem kazanie księdza proboszcza.
– Moi drodzy parafianie! Nadeszła do mnie wiadomość od samego Boga! Ojciec Wszechmogący spędził urlop w Brazylii i powiedział co następuje: „Niech dowie się o tym świat cały! Oznajmiam wszem i wobec, że nadszedł kres pracy Mano Menezesa w Corinthians w Brazylii! Biegnij więc, przekaż tą nowinę wszystkim zainteresowanym w Polsce. Bo posada ta zawżdy dostępna nie będzie”!
Słysząc te słowa wykrzyknąłem na cały kościół: „BOGU NIECH BĘDĄ DZIĘKI!!!” i wybiegłem czym prędzej do domu. Wyjąłem z gablotki licencję UEFA Pro i zasiadłem do FM-a. Przejrzałem skład Corinthians i zobaczyłem:
Ależ byłem z siebie dumny! W końcu po latach treningów w Manchesterze United i Pelikanie Łowicz miałem pole do popisu! Ja – Michał Rygiel! Trzydzieści trzy razy reprezentowałem Polskę w meczach międzynarodowych, strzeliłem nawet trzy gole. Przerwała me wyczyny piłkarskie okrutna kontuzja więzadeł krzyżowych. I więcej sportu zawodowego uprawiać nie mogę. A grałem nawet nieźle. Jednak od czasów niepamiętnych chciałem zostać trenerem, a otrzymałem możliwość bycia ewolucją tegoż zawodu – treneirem! Treneirem czyli połączeniem menedżera z trenerem – bardzo szanowana funkcja, więc i ja mogłem być szanowany. A szacunek to podstawa! Czym prędzej złożyłem podanie do Brazylii, żeby szybciej otrzymać odpowiedź. No i udało się! Przyjęto mnie do Corinthians!
Garść informacji:
Sport Club Corinthians Paulista, znany też jako Timão, to jeden z najpopularniejszych brazylijskich klubów piłkarskich, ulokowany w São Paulo.
Przydomek klubu, Timão, oznacza dosłownie "drużyna", lecz w terminologii marynarskiej - koło sterowe. W herbie klubu znajdują się także kotwica oraz wiosła symbolizujące sekcję sportów wodnych działającą w klubie. Przydomek pochodzi także od zwycięstwa Corinthians, mającego w składzie takie tuzy jak Garrincha, Roberto Rivelino czy Ditão, w towarzyskich rozgrywkach Rio-São Paulo Cup oraz Torino Tournament w 1966 po pokonaniu drużyn takich jak Inter Mediolan (ówczesna trzecia drużyna Serie A i zwycięzca Pucharu Europy), czy Santos Pelégo. Brazylijska prasa ochrzciła więc zespół "Timão" - wielka drużyna.
Sukcesy:
Mistrz Brazylii (Campeonato Brasileiro Série A) (4): 1990, 1998, 1999, 2005
Puchar Brazylii (Copa do Brasil) (2): 1995, 2002, 2009
Mistrz stanu São Paulo (Campeonato Paulista) (26): 1914, 1916, 1922, 1923, 1924, 1928, 1929, 1930, 1937, 1938, 1939, 1941, 1951, 1952, 1954, 1977, 1979, 1982, 1983, 1988, 1995, 1997, 1999, 2001, 2003, 2009
Klubowe Mistrzostwa Świata w piłce nożnej (1): 2000
Przyjechałem do Brazylii 26 czerwca 2009 roku. Sezon w Brazylijskiej Serie A dopiero się rozkręcał, Corinthians po 8 meczach zajmowało dobre trzecie miejsce, więc dziwi mnie, czemu zwolniony został trener. Może trzecie miejsce nie wystarcza zarządowi? Nie zwlekając dłużej wyruszyłem do siedziby Corinthians na spotkanie z Panem Prezesem – Andresem Sanchezem.
- A, to pan, panie Rygiel. Witam serdecznie! - rozpoczął Prezes.
- Również witam, mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna.
- Spokojnie. Jest zadanie. Skreśliliśmy Mano, ponieważ nie chciał się podjąć tej roboty.
- O co chodzi?
- Niektórzy członkowie sztabu szkoleniowego, ja i dyrektor generalny – Mario Gobbi Filho, jesteśmy z Brazylijskiej Tajnej Policji. Zapewne pan wie, że w Serie A panuje korupcja. Forsa rządzi wszystkim, panie Rygiel. Oferujemy sprzedawanie meczów i potem łapiemy pajaców. Musi pan jednak siedzieć cicho i prowadzić negocjacje z innymi klubami. Ma pan 425 tysięcy funtów na kupowanie meczów. Ewentualne dodatki do budżetu może pan uzyskać poprzez sprzedawanie poszczególnych spotkań. Oczywiście po uprzednim poinformowaniu mnie lub kogoś z naszej organizacji. Rozumiemy się?
- O ja cież kurczeż. Policja? A ja przyjechałem tu prosto z kościoła! O matko. Ehm... no myślę, że nie mam wyboru, jako Polak – muszę dotrzymać obietnicy. Jednak po zakończeniu kontraktu lub po otrzymaniu jakiejś korzystnej oferty pracy – odchodzę. Wiem, że chodzi o szczytny cel, ale nie chcę sobie zszargać reputacji, dobrze?
- Tak, zgadzam się. Poza tym, mam nadzieję, że poprowadzi pan nasz klub do sukcesów, ale nie może pan zapomnieć o głównym celu.
- Jasne, z kim gramy najbliższy mecz?
- Za pięć dni na wyjeździe w Recife, z tamtejszym Sport. Mają niesamowicie rozbudowany zarząd i desperacko walczą o utrzymanie. Co za tym idzie, powinieneś już spróbować coś lub kogoś kupić. Powiem tak, nie spieprz tego, panie Rygiel.
- Postaram się, panie Prezesie, do widzenia.
- Trzymaj się.
No to się wkopałem. Zamiast intratnej i ciepłej posadki treneiro w Corinthians miałem zostać agentem tajnej policji. Na domiar złego w Brazylii często dochodzi do porwań za okup. A mogłem zostać w domu i grać dalej w FM-a. Teraz pozostała mi modlitwa do niebios o szybkie znalezienie nowego miejsca pracy. Musiałem jednak spotkać się z piłkarzami.
- Witam serdecznie, nazywam się Michał Rygiel, pochodzę z Polski i w najbliższym czasie będę się was trenował – a w każdym razie spróbuję. Celem mojej pracy w Corinthians będzie walka o awans do Copa Libertadores, chociaż nie pogardziłbym zwycięstwem w lidze. Oczekuję, że będziecie dawali z siebie wszystko i nie zawiedziecie moich oczekiwań. Jakieś pytania? Śmiało. Mamy trochę czasu.
- W najbliższym czasie, czyli przez ile? - spytał były gwiazdor Realu Madryt Roberto Carlos.
- Od pół roku do 12 miesięcy, wszystko zależy od ewentualnej nowej oferty pracy. Będę z wami szczery, traktuję Corinthians jako odskocznię do kariery trenerskiej.
- A czy będą jakieś zmiany kadrowe – z lub do klubu? - wypalił bodajże William.
- Nie przewiduję niczego podobnego. Jesteście chyba wystarczająco dobrzy, żeby powalczyć, nie? Jeszcze ktoś? Nikt? Więc pierwszy trening czas zacząć. Żeby nie rozpoczynać tak ostro, pobiegnijcie dziesięć okrążeń stadionu, potem dziesięć minut rozciągania i piętnaście treningu strzeleckiego. Potem do domu i widzimy się jutro. Pamiętajcie, obserwuję was, nawet, jeśli nie ma mnie na płycie boiska.
Nie patrząc dłużej na tych nieudaczników, którzy uważali się za piłkarzy, udałem się do sali konferencyjnej na rozmowę z nowymi współpracownikami.
- Witam, panowie. Jestem nowym kapitanem tego statku, a wy – moimi pomocnikami. Zarówno beze mnie, jak i bez was, okręt Corinthians daleko nie popłynie. Zważywszy na fakt, że jestem w Brazylii raptem kilka godzin, wprowadźcie mnie za kulisy naszego pierwszego składu.
- Więc tak, szefie - rozpoczął mój asystent, Sidnei Lobo. - Syf i ogólnie porażka. Mamy najstarszy skład w lidze, gramy najmniej agresywnie, nie umiemy się skoncentrować, jesteśmy wolni i niscy. Moim zdaniem Corinthians wymaga remontu generalnego.
- Taak. Tyle że na remont nie mamy pieniędzy. Wszystko idzie na kupo… ekhem... szczytne cele. Większość z was chyba wie, o co chodzi.
- Wszyscy, szefie, wszyscy wiemy. Nie wszyscy coś robimy, ale wiemy. Tak więc może Pan mówić o całym tym procederze otwarcie.
- Jasne. Ale teraz nie mamy na to czasu. Eee… co ja miałem… a, wiem! Czy możemy mówić o jakichś plusach?
- Oczywiście. Wysoka determinacja, solidne drybling, gra z pierwszej piłki, podania i technika. Poza tym posiadamy wielu graczy zdolnych do niekonwencjonalnych zagrań.
- Uff... całe szczęście... No, teraz jeszcze pozostaje kwestia ewentualnych wzmocnień i przyszłościowego myślenia. Wiem, co myślicie. Zostaję na maksimum rok, ale nie chcę się skompromitować, tylko wypromować.
- Nie mamy forsy, szefie. Możemy szukać kogoś z wolnego transferu. Myślę, że skład jest w stanie zagrać, co obmyślimy. Powinniśmy oprzeć grę na Ronaldo i Defederico. Klasowi zawodnicy.
- Świetnie. Bez forsy na transfery. Może reputacją nadrobimy. Tyle na dziś, w najbliższym czasie omówimy treningi. Macie wolne.
Wyszedłem na stadion i rozejrzałem się za piłkarzami. Minęło dwadzieścia pięć minut, więc powinni kończyć biegać, a ich w ogóle nie było. Zacząłem szukać. Okazało się, że przebywali na klubowej stołówce.
- E, łosie. Co jest, przepraszam bardzo?
- Zmęczyliśmy się - odpowiedział Jorge Henrique.
- Zmęczyliście się? No, nie rozbawiaj mnie. 'Trenowaliście' raptem dwadzieścia pięć minut. Wszyscy na boisko, dziesięć kółek, raz. Kto nie zrobi, jak Boga kocham, przypierdzielnę dwutygodniowe zawieszenie.
Totalnie zaskoczyłem tą deklaracją moich piłkarzy. Myśleli, że ze mną będzie łatwo, prosto i przyjemnie. Się pomylili, bywa. Może jednak myśleli, że przez sprzedawanie i kupowanie meczów nie będą musieli się wysilać? Całkiem logiczne. Ale u mnie musieli sobie podobne wybryki wybić z głowy. Na pierwszym miejscu gra, na drugim „korupcja”. Podczas gdy prowadziłem powyższy monolog, przypomniała mi się jedna, niezwykle ważna rzecz, o którą musiałem zapytać Prezesa. Czym prędzej wyruszyłem do jego gabinetu i bez pukania wparowałem do środka.
- To jeszcze raz ja. Mam pytanie.
- Śmiało, ale następnym razem proszę pukać.
- Możemy przejść na „ty”, bo nie lubię tak rozmawiać?
- To jest Twoje pytanie? Jeśli tak, sprawa załatwiona.
- Nie, nie, chciałem cię zapytać o coś innego. Mianowicie o religię w Sao Paulo. Mamy gdzieś w pobliżu kościół?
- Kościół? Po co ci kościół?
- Chcę przed meczami rozmawiać z Bogiem, a bez kościoła trudno o Boga. Czyli jak, jest jakiś?
- Tak, tak. Wychodzisz z budynku, idziesz w prawo jakieś pięćset metrów i skręcasz w lewo. Powinieneś już widzieć kościół. Jak nie znajdziesz, daj znać, podeślę kogoś, kto ci pokaże.
- Dzięki wielkie i niech cię Bóg błogosławi.
- Taa... nie przesadzaj, Michał.
Wyszedłem więc z budynku i podążałem za wskazówkami Andresa. Trafiłem już pod sam kościół, gdy nagle oberwałem czymś w głowę... Następnie błysnęło oślepiające światło...
Ten tekst można o kant dupy otłuc ;)