Sezon 2001/2002 upłynął bardzo szybko. Futbolowe zmagania na całym świecie pochłonęły mnie bez reszty i mówiąc szczerze, nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy kolejne kartki z kalendarza zaczęły lądować w koszu. Europejskie rozgrywki były w tym roku nadzwyczaj ciekawe, a ich prawdziwym ukoronowaniem był kapitalny finał Ligi Mistrzów, w którym Borussia Dortmund po fantastycznym spotkaniu ograła Manchester United 5:2. Dzięki temu zwycięstwu ekipa z Dortmundu skolekcjonowała potrójną koronę, gdyż wcześniej zdobyła Puchar Ligi oraz triumfowała w Bundeslidze. Bardzo ciekawie było również w Hiszpanii, gdzie kolejną batalię o tytuł najlepszego zespołu Primera Division stoczyli odwieczni wrogowie - Real Madryt oraz FC Barcelona. Tym razem lepsi okazali się Katalończycy, którzy świetnie zaprezentowali się w samej końcówce sezonu i rzutem na taśmę wyprzedzili podopiecznych Vincente del Bosque. Na Wyspach Brytyjskich bezapelacyjnie dominowały dwie drużyny. Manchester United wyprzedził drugi w tabeli Liverpool o prawie dwadzieścia oczek i dołożył do tego triumf w Carling Cup. Ligę szkocką zdominował Celtic Glasgow, który w 38 spotkaniach zgromadził imponującą liczbę stu czterech punktów i absolutnie wyprzedził cały peleton zespołów, który na mecie stawił się z prawie trzydziestopunktową stratą. Podopieczni Martina O'Neilla dołożyli jeszcze triumf w Pucharze Szkocji i Pucharze Ligi, co sprawiło, że kibice z Celtic Park mogli przeżywać jeden z najbardziej spektakularnych sezonów w wykonaniu ich ulubieńców. Kolejnym zespołem, który bardzo dobrze wypadł w sezonie 2001/2002 był AC Milan, który po pierwsze z bezpiecznym zapasem triumfował w Serie A, a także wygrywając 2:1 z Interem Mediolan, zapewnił sobie zwycięstwo w Pucharze UEFA. W lidze holenderskiej i francuskiej do sensacji nie doszło. W kraju tulipanów triumfował PSV, natomiast we Francji najlepszy okazał się Lyon. Ciekawie było również w polskiej Ekstraklasie, gdzie doszło do wielkiej sensacji, którą było bardzo niskie, dziewiąte miejsce obrońców tytułu - Wisły Kraków. W rozgrywkach triumfowała Legia Warszawa, która wyprzedziła drugą w tabeli Wisłę Płock o piętnaście punktów. Puchar Polski powędrował w ręce Groclinu, natomiast Puchar Ligi zdobyła Wisła Kraków i dzięki temu choć trochę zrehabilitowała się za fatalną postawę w lidze.
Na początku czerwca rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii, lecz ja byłem tak zabiegany, że mecze Mundialu oglądałem jednym okiem...
***
Na Easter Road Stadium w stolicy Szkocji - Edynburgu od kilku miesięcy było bardzo niespokojnie. Miejscowa drużyna - Hibernian w ubiegłym sezonie miała walczyć o europejskie puchary, lecz bardzo słaba dyspozycja sprawiła, iż popularni Hibs ukończyli rozgrywki na bardzo niskim, dziesiątym miejscu. Na dodatek, sytuacja finansowa stołecznego klubu nie prezentowała się najlepiej, więc szefostwo zdecydowało się na zdecydowane kroki. 22. czerwca 2002 roku prezes klubu - Malcolm McPherson zrezygnował z usług byłego już trenera Hibernianu - Marka McGhee i postanowił zaufać mojej skromnej osobie.
Zadanie, które otrzymałem wcale nie było łatwe. Ostatni sezon sprawił, że Hibernian przestał być wymieniany jako kandydat do walki o europejskie puchary, a media zaczęły wróżyć nam rychły spadek z Ekstraklasy. Dodatkową przeszkodą były pustki w kasie, które mogły być dla mnie poważną przeszkodą w odnawianiu dobrego wizerunku klubu z Easter Road Stadium. Podejmując to wyzwanie wiedziałem, że nie będzie łatwo, więc nie zamierzałem narzekać i od razu wziąłem się do ciężkiej pracy. Swoje przedsezonowe zadania rozpocząłem od dogłębnego przeglądu kadry. Po pierwszych treningach zauważyłem pewien potencjał w zespole, lecz świadom byłem, iż bez wzmocnień się nie obędzie. Nasze ruchy na rynku transferowym były jednak mocno skrępowane przez olbrzymią dziurę budżetową, którą postanowiłem załatać sprzedażą naszego lewego obrońcy - Jamiego McQuilkena, który za 2.000.000 funtów przeszedł do angielskiego Gillingham. Mimo transferu podstawowego zawodnika, pieniędzy na transfery nadal było jak kot napłakał, więc potencjalnych wzmocnień postanowiłem poszukać wśród zawodników dostępnych do wypożyczenia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zależało mi na środkowych pomocnikach i moje prośby szybko zostały wysłuchane. Najpierw na zasadzie wypożyczenia kadrę Hibernianu wzmocnił Matthew Oakley, a następnie w stolicy Szkocji zameldował się inny środkowy pomocnik - Tommy Miller, który został do nas wypożyczony z Ipswich Town. Po tych transferach kadrę mogłem uznać, za w miarę kompletną i na tydzień przed startem ligowych zmagań postanowiłem rozegrać pojedynek sparingowy z trzecioligową drużyną Albion Rovers. Mecz towarzyski wyszedł nam bardzo dobrze. Nie mieliśmy problemu z pokonaniem niżej notowanego zespołu i po bardzo dobrych dziewięćdziesięciu minutach mogliśmy cieszyć się z przekonującego zwycięstwa 7:2. Świetna dyspozycja naszych napastników była bardzo dobrym znakiem przed nadchodzącym sezonem i miałem nadzieję, iż forma strzelecka snajperów utrzyma się jeszcze długo i podczas mojego debiutu na ławce szkoleniowej, uda nam się zdobyć upragnione trzy punkty.
Mecz inaugurujący rozgrywki szkockiej ekstraklasy był prawdziwym horrorem ze szczęśliwym dla nas zakończeniem. Wyjazdowe spotkanie z Falkirk rozpoczęło się po naszej myśli. W 14. minucie świetnie w polu karnym zachował się Hurtado i wyprowadził nas na zasłużone prowadzenie. Po zdobyciu bramki kompletnie stanęliśmy, co natychmiast wykorzystali nasi rywale, aplikując nam dwie bramki. Niekorzystny dla nas rezultat utrzymywał się jeszcze na trzy minuty przed końcem meczu, lecz wtedy do głosu znów doszli moi podopieczni. Najpierw w 87. minucie Matthew Oakley doprowadził do wyrównania, a w doliczonym czasie gry Luna uciszył kibiców gospodarzy i zapewnił nam pierwsze zwycięstwo w sezonie. Tydzień później stanęliśmy przed rzeczą praktycznie niewykonalną. Wyjazdowy mecz z Rangersami miał być dla nas srogą lekcją futbolu i niestety, bukmacherzy nie mylili się w swoich ocenach, skazując nas na porażkę. Z drugą drużyną poprzedniego sezonu nie pokazaliśmy nic wielkiego i bez walki oddaliśmy mecz, przegrywając 0:2. O ile porażka z Glasgow Rangers była wpisana w kalendarz i kompletnie mnie nie zdziwiła, o tyle przegrana 2:3 w pierwszym meczu na własnym stadionie z Motherwell była bardzo bolesna. Na domiar złego nasze szeregi opuścił Tommy Miller, który został definitywnie wykupiony z Ipswich przez angielski Charlton i po raz kolejny musieliśmy rozglądać się za środkowym pomocnikiem. Tym razem mój wybór padł na zawodnika Bradford - Michaela Standinga, który bez wahania zgodził się zagrać w Hibernianie do końca sezonu.

Po przygnębiającej porażce z Motherwell przyszedł czas na rehabilitację. W kolejnym meczu przed własną publicznością ograliśmy 2:1 Dundee, a bohaterem meczu został świeżo wprowadzony do zespołu - Standing, który wpisał się na listę strzelców, a także asystował przy trafieniu Oakleya. Po ligowym zwycięstwie przyszedł czas na pojedynek w ramach drugiej rundy Pucharu Ligi, gdzie przyszło nam zmierzyć się z trzecioligowym Hamiltonem. Sądząc że nasi rywale nie będą w stanie nam zrobić krzywdy, postanowiłem wystawić graczy rezerwowych i na szczęście, eksperymentalne ustawienie zespołu nie miało żadnych skutków ubocznych. Zwycięstwo 2:1 dało nam awans do kolejnej rundy, gdzie przyjdzie nam się zmierzyć z obrońcą tytułu - Celticiem Glasgow. Przed pojedynkiem w ramach Pucharu Ligi zmierzyliśmy się z podopiecznymi Martina O'Neilla w rozgrywkach ligowych. Przed wyjazdowym pojedynkiem zostaliśmy jednak podwójnie osłabieni i nasze szanse na jakikolwiek punkt zmalały niemalże do zera. Najpierw dowiedzieliśmy się o sprzedaży Matthew Oakleya do Wolverhampton, a następnie o kontuzji Toma McManusa. Zgodnie z przewidywaniami, w stolicy szkockiego futbolu dostaliśmy tęgie lanie. Na początku meczu jeszcze próbowaliśmy walczyć, lecz druga połowa spotkania rozwiała nasze i tak wątłe nadzieje. Zasłużenie przegraliśmy 0:3 i wiedziałem jedno - dogonienie czołówki może zająć nam całe lata świetlne.
Dwutygodniowa przerwa w rozgrywkach dała mi niepowtarzalną okazję na nieco dłuższą penetrację rynku transferowego. Po kilkudniowych poszukiwaniach kadrę Hibernianu udało mi się wzmocnić weteranem szkockich boisk - Donem Hutchisonem (wolny transfer), który z miejsca miał wypełnić lukę w środku pola powstałą po odejściu Matthew Oakleya. Powrót na boiska ekstraklasy był w naszym wykonaniu bardzo dobry. W ramach szóstej kolejki rozgrywek na własnym boisku podjęliśmy ekipę Livingston, którą spokojnie odprawiliśmy do domu z bagażem dwóch bramek. Wyjazdowy pojedynek z Dunfermline miał być końcem sinusoidalnej formy moich podopiecznych. Niestety, nic z tego nie wyszło i po dobrym meczu w naszym wykonaniu, znowu przydarzyła nam się przykra wpadka. Na dodatek, straciliśmy jeszcze dwóch ważnych zawodników - Standing i Hutchison nabawili się kontuzji i występ naszych pomocników w nadchodzącym meczu derbowym z Hearts był absolutnie wykluczony.
Derbowy pojedynek z Hearts był dla wszystkich mieszkańców Edynburga czymś absolutnie wyjątkowy. Na Easter Road Stadium prawie zabrakło wolnych miejsc, a fanatyczny doping kibiców niósł się przez ulice stolicy Szkocji. Kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, na trybunach słychać było tylko świętujących kibiców Hibs. Moi podopieczni rozegrali zdecydowanie najlepszy mecz w sezonie i odnieśli przekonujące zwycięstwo 6:1, które zdecydowanie poprawiło nasze nastroje. Fantastyczne spotkanie rozegrała nasza formacja defensywna. Nie dość, że pozwoliła gościom strzelić tylko jedną bramkę, to także pokusiła się aż o cztery trafienia. Na listę strzelców dwukrotnie wpisał się Matyus oraz po razie: Zambernardi i Fenwick. Dzieła zniszczenia dopełnili Hurtado oraz wprowadzony tuż przed końcem meczu - Mutiu.

Dobry występ przeciwko rywalowi zza miedzy wyraźnie dodał nam skrzydeł i w wyjazdowym pojedynku z Dundee United znów okazaliśmy się lepsi od naszych przeciwników. Tym razem wygraliśmy skromnie - 1:0, lecz ten rezultat bardzo nas ucieszył i pozwolił awansować na trzecie miejsce, czyli nawiasem mówiąc najlepsze z możliwych - pierwsze dwie lokaty są zarezerwowane dla klubów z Glasgow i tylko cud mógłby sprawić, żeby którykolwiek z klubów był w stanie im zagrozić.
Trzy dni po zwycięstwie nad Dundee United zjawiliśmy się na Celtic Park, aby odpaść z trzeciej rundy Pucharu Ligi. Wszystko zaczęło się zgodnie z przewidywaniami. Gospodarze zaczęli od szturmu na naszą bramkę i w 22. minucie Petrov wyprowadził Celtic na zasłużone prowadzenie. Kiedy wydawało się, że nic nie uchroni nas przed kolejną porażką z The Bhoys, sędzia ukarał Suttona czerwoną kartką i od 36. minuty gospodarze grali ze stratą jednego zawodnika. Tuż przed przerwą Jarkko Wiss wyrównał stan meczu i wszystko znowu było sprawą otwartą. Na trzy minuty przed końcem meczu Michael Standing pokonał Roberta Douglasa i sensacja stała się faktem - Celtic za burtą Pucharu Ligi! Serię dobrych wyników chcieliśmy kontynuować i w meczu na Easter Road Stadium po raz kolejny pokazaliśmy się z dobrej strony. Tym razem wygraliśmy 5:2 z dziewiątym w tabeli Kilmarnock, dzięki czemu umocniliśmy się na trzeciej pozycji. Naszą zwycięską serię przerwali dopiero zawodnicy Glasgow Rangers, którzy trzy dni po naszym zwycięstwie nad Kilmarnock zjawili się w Edynburgu i nie dali nam absolutnie najmniejszych szans na korzystny wynik, spokojnie wygrywając 0:2. O kolejnym meczu także trzeba szybko zapomnieć - 2:6 z Motherwell było prawdziwą kompromitacją, której opisywać nie zamierzam. Po kolejnej porażce przyszedł czas na jeszcze jeden policzek. Michael Standing został wykupiony z Bradford przez Peterborough i z usług zdolnego pomocnika musiałem zrezygnować. Polityka wypożyczeń po raz kolejny nie sprawdziła się i tym razem postanowiłem zaryzykować i zaufać młodemu zawodnikowi z drużyny rezerw - Kevinowi Nicolowi.
Fatalną serię porażek przerwaliśmy w bardzo trudnym, wyjazdowym spotkaniu z Aberdeen, które wyprzedziło nas w tabeli i zepchnęło z podium. Skromna wygrana 2:1 poprawiła nasze morale i przed kolejnym spotkaniem z Falkirk wszyscy byli dobrej myśli. Ku uciesze fanów i bukmacherów, moi podopieczni spokojnie poradzili sobie z czerwoną latarnią ligi i kolejne trzy punkty trafiły na nasze konto. Serię meczów bez porażki udało nam się podtrzymać także po spotkaniu z Dundee. Co prawda, przed meczem marzyliśmy o komplecie punktów, lecz biorąc pod uwagę fakt, iż wyrównującą bramkę strzeliliśmy grając w dziewiątkę, trzeba przyznać, że ten remis smakował niczym zwycięstwo. W kolejnym odcinku świętej wojny na linii Edynburg - Glasgow odnotowaliśmy pierwszy w tym sezonie remis. Na Easter Road Stadium zawitała ekipa Celticu i po wyrównanym meczu padł wynik 1:1. Po spotkaniu nie byliśmy jednak szczęśliwy, gdyż po raz kolejny zostaliśmy skrzywdzeni przez sędziów. Najpierw w 15. minucie arbiter usunął z boiska Hurtado, a później podyktował rzut karny dla gości, którego na bramkę zamienił Gattusso. Serię niefortunnych remisów udało nam się przerwać tydzień później, kiedy... przegraliśmy po bezbarwnym meczu z dużo niżej notowanym Livingston. Cztery dni później bezbramkowo zremisowaliśmy na własnym boisku z Dunfermline i nasza sytuacja przestała być już tak przyjemna - spadliśmy na piąte miejsce.
Derbowy mecz z ostatnim w tabeli Hearts miał być świetną okolicznością przerwania fatalnej passy, lecz i tym razem nasi rywale nie dali nam najmniejszych szans. Na stadionie odwiecznego rywala przegraliśmy gładko 1:3 i nasze sny o europejskich pucharach powoli zaczynały stawać się tylko bezsensownymi mrzonkami. Kolejna porażka zabolała podwójnie. Tym razem naszymi pogromcami okazała się drugoligowa ekipa - Ross County, która pozbawiła nas marzeń o triumfie w Pucharze Ligi, eliminując nas z ćwierćfinału tych rozgrywek. Katastrofalnej serii nie udało nam się przerwać w kolejnym, arcyważnym meczu z Aberdeen, w którym wygrywaliśmy już 2:0. W ostatniej minucie pozwoliliśmy sobie wydrzeć trzy punkty i po raz kolejny musieliśmy obejść się smakiem. Dramatyczny mecz z Kilmarnock przyniósł tylko remis, choć i tak powinienem się cieszyć, gdyż porażka była naprawdę blisko. Upragnione zwycięstwo nadeszło po pięćdziesięciu dniach absolutnej posuchy. Na Easter Road Stadium udało nam się skromnie (1:0) pokonać trzecie w tabeli Dundee United, co po raz kolejny pozwoliło nam złapać kontakt z czołówką. Miałem nadzieję, że przełamanie złej passy pozwoli moim podopiecznym rozwinąć skrzydła i w dwóch ostatnich meczach roku 2002 - z Motherwell i Dundee liczyłem na komplet oczek.
Plan na koniec roku udało się zrealizować w stu procentach i po dwóch przekonujących zwycięstwach mogliśmy ponownie poważnie myśleć o próbie awansu do europejskich pucharów. Pierwsza część sezonu była za nami, więc miałem trochę czasu na krótkie podsumowania. Sezon rozpoczęliśmy dobrze i cały czas oscylowaliśmy między trzecim a piątym miejscem. Śmiem twierdzić, że gdyby nie fatalny kryzys na przełomie listopada i grudnia (osiem spotkań bez zwycięstwa) teraz bylibyśmy dużo bardziej pewni trzeciej pozycji w lidze. Nie zamierzam jednak narzekać, gdyż naszym celem wyznaczonym przez zarząd było utrzymanie i mówiąc szczerze, tylko prawdziwy kataklizm mógłby spowodować, abyśmy opuścili szeregi ekstraklasy.
