Jedyny wybór cz.1
- Obudź się!!! Jest robota!!! – Nerwowe porykiwania Staszka powoli przesączały się do mojego zaspanego umysłu.
- Spokojnie człowieku… - wymamrotałem, nie całkiem jeszcze świadom otaczającego mnie świata.
- NO WSTAWAJ MÓWIĘ, OCHLAPUSIE JEDEN!!!!!! Nie mamy całego dnia.
- Jakiego dnia? Przecież jeszcze ciemno.
- Jak cię znam to i tak przed dwunastą się nie pozbierasz.- Pieklił się Staszek.
- A co za różnica? – Inteligentnie spytałem – Jedna fucha w tę, czy w tę różnicy nam nie robi. I tak jesteśmy umoczeni. Kasy starczy jeszcze na kilka dni, a wywalić nas z tej nory i tak nie ma komu… Zresztą to wszystko i tak twoja wina! – Oskarżycielsko machnąłem paluchem mniej więcej w kierunku Staszka – To ty mnie namówiłeś na wyjazd. Miała być normalna praca, mieszkanie, a siedzimy jak dwie sieroty, na jakimś zadupiu, co go nawet nazwy wymówić nie mogę!
- Woluwè dla twojej informacji, ale nieważne. Obiecałem ci robotę i jest. Normalna praca na pełny etat. Jak dobrze pójdzie to dla nas obu. Musisz tylko dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej.
- Dwa pytania. Kiedy i co to za robota?
- Za dwie godziny, więc lepiej się szykuj, a szczegółów dowiesz się na miejscu, bo jak będziesz wiedział za dużo, to znowu coś spieprzysz.
- Tylko bez takich. – Warknąłem z morderczym błyskiem w oku.
- Ubieraj się.
Dwie godziny później, no może trochę więcej, bo na kacu strasznie ciężko się zmobilizować do marszu, znaleźliśmy się pod bramą stadionu. Dumny napis głosił Royal White Star Woluwè FC.
- Wolałbym jednak wiedzieć, w co się pakuję. – Nerwowo wymamrotałem do Staszka – Co my tu robimy? O etat sprzątaczki, czy dozorcy się staramy?
- Zamknij się i zostaw mówienie mnie.
Skierowaliśmy się do budynków klubowych. Staszek chyba już tu był, bo bezbłędnie prowadził do drzwi oznaczonych tabliczką Dyrektor Eric Bott. Zapukał i weszliśmy do środka.
- Aaaa to właśnie pana się spodziewaliśmy? Pański kolega wspominał o pańskich znakomitych kwalifikacjach. Jeśli choć połowa z tego, co mówił jest prawdą to jest pan właśnie tym człowiekiem, którego potrzebujemy.
- Eee z pewnością przesadzał, ale zrobię, co w mojej mocy.
- Rozumiem, że dysponuje pan wszystkimi potrzebnymi dokumentami?
- Oczywiście. – Szybko, a bezczelnie wtrącił Staszek
Zerknąłem na niego spode łba, ale pokiwałem twierdząco.
- Płaca nie jest może wygórowana, ale musi pan pamiętać, że nie jesteśmy bogatym klubem. Teraz poproszę tylko o pańską licencję i możemy omówić warunki kontraktu.
- Licencję? – Wyjąkałem przerażony.
- Trenerską. – Z uśmiechem powiedział dyrektor.
- Widzi pan… eee.. – Jąkałem się przez moment.
- Mamy z tym drobny problem. – Szybko przerwał mi Staszek – Niestety dokumenty kolegi zostały w kraju, ale oczywiście w dobie błyskawicznej poczty kurierskiej jestem pewien, że w ciągu najdalej dwóch dni dostarczymy oryginał.
- Znakomicie. W takim razie czekam na panów natychmiast, jak będziecie dysponowali wszystkimi papierami. Już się cieszę na myśl o naszej współpracy. Z pewnością będzie bardzo owocna!
- Niewątpliwie. – Dodałem z przekąsem i wypchnąłem próbującego coś jeszcze dodać Staszka przez drzwi.
- Czyś ty skretyniał do reszty?!?!? – Wrzasnąłem do niego jak tylko ostatnia nuta zdrowego rozsądku i siły woli pozwoliła mi oderwać ręce od jego gardła. – Skąd ja ci wezmę licencję??? O piłce nożnej wiem tyle, co ty o lotach kosmicznych!!!
- Spokojnie. – Wyjęczał jak już złapał oddech. – Przecież nikt nie wymaga od ciebie sukcesów. Załapiemy się, a nawet jak nas zwolnią po kilku miesiącach to przynajmniej będziemy mieli trochę odłożonej gotówki. No i warunki w klubowym hotelu, są lepsze od naszej piwnicy…
- No fakt, warunki są lepsze… - gniew trochę tajał, bo już nie pierwszy raz dałem się nabrać na „wizje” Staszka i mogłem winić tylko siebie. – Ok. praca fajna, ale skąd wziąć licencję?
- Hmmm. A może by? Nie to za proste… Chociaż? Słuchaj przecież w takich małych klubikach nikt nie będzie dokładnie sprawdzał dokumentów. W Polsce zdarzało ci się podrabiać niektóre proste papiery… Może byś cos spłodził. Najwyżej nas zamkną!
Miał rację. Dużo do stracenia nie było.
- A skąd weźmiesz jakąś na wzór? Przecież ja nie wiem jak coś takiego wygląda.
- Spokojnie, coś wymyśle. Daj mi troszkę czasu.
36 godzin i pół kilograma ziemniaków później…
- No i jak wygląda?
- Idealnie. Z samego rana zasuwamy do prezesunia i podpisujemy umowę. Kupią bez problemów. Ciebie na trenera, a dla mnie coś wymyślisz.
- Taaa. – Lekkie powątpiewanie w moim głosie nie zburzyło optymizmu Staszka.
- Tak jak mówiłem przy okazji naszego pierwszego spotkania, nie mogę panu zaoferować kokosów. Kontrakt amatorski, zresztą tak jak reszta sztabu szkoleniowego i 150€ tygodniowo. Mam nadzieję, że mimo wszystko zgodzi się pan podpisać…
- Tak. Mogę się na to zgodzić, ale mam pewne warunki.
- Słucham?
- Mamy teraz z kolegą drobne problemy lokalowe, więc byłbym wdzięczny gdyby w umowie znalazł się punkt o pokojach w hotelu klubowym. No i oczywiście etat dla kolegi – dodałem szybko, masując bok po sójce, którą dał mi Staszek.
- Z hotelem problemów nie będzie, ale żadnej wolnej posady nie mamy. Chyba, że zgodziłby się pan chwilowo podpisać umowę jako goniec. Oczywiście jak tylko coś innego się zwolni…
- Zgadza się. – Błyskawicznie odpowiedziałem zanim Staszek zdążył otworzyć usta do protestu, po czym obdarzyłem go wyjątkowo wrednym uśmiechem, który mógł znaczyć tylko jedno: „Zemsta jest słodka”.
- Wspaniale. Ogarnijcie się panowie, a jutro o ósmej zapraszam na poranny trening. Pozna pan pozostałych współpracowników oraz oczywiście drużynę.
- Przyszłość póki co rysuje się piękna, ale to ranne wstawanie prędzej czy później nas wykończy. – Skwitował Staszek, kiedy już udało nam się doprowadzić do wyglądu ”poważnych ludzi na stanowiskach, a właściwie stanowisk”.
- Ty nie gadaj o pierdołach tylko lepiej powiedz, co robić jak mi trening każą poprowadzić??
- Widziałem ostatnio w gazecie ogłoszenie o kursie korespondencyjnym na trenera, może byś się zapisał?
- Słuszna koncepcja tylko mało przydatna. Zanim czegoś się nauczę będzie już po herbacie.
- Improwizuj! – Krzyknął Staszek i czym prędzej ewakuował się, słusznie przewidując moją dość gwałtowną reakcję.
Na stadionie przywitał nas ku memu zaskoczeniu, nie dyrektor Bott, a sam prezes Michel Farin w towarzystwie, jak się później dowiedziałem, szarej eminencji klubu, dyrektora Patricka Spruyta oraz mojego nowego asystenta Philippe Droevena. Żaden z nich nie wyglądał na żądnego mojej krwi, może z wyjątkiem Droevena, ale to normalne. Gdyby nie ja, menedżerem byłby on. Na boisku snuło się, wyraźnie modląc się o koniec dnia, około trzydziestu chłopa.
- A ci to kto? – Wyrwało mi się.
- To nasi wspaniali chłopcy. Z nimi chcemy sięgnąć po sukcesy. Póki co sukcesem będzie utrzymanie, ale zawsze sukcesy! – Zmierzył mnie wzrokiem dyrektor Spruyt.
- A przepraszam. Jakoś tak wyglądali na mało zainteresowanych. – Zapomniałem ugryźć się w język.
- Faktycznie. – Zgodził się nieoczekiwanie Farin. – Może więc zagoni ich pan do roboty. W końcu to wasz pierwszy trening.
Ja i mój niewyparzony język – pomyślałem. – Co robić? Co robić? – Patrzyłem błagalnie na rozbawionego całą sytuacją Staszka.
- Może póki mój kolega nie pozna wszystkich zawodników, pan panie asystencie zarządzi jakieś sprawdziany, które pozwolą lepiej ocenić, z kim mamy do czynienia. Oczywiście to tylko propozycja. – Włączył się Staszek.
- Dobry pomysł. Przede wszystkim kolejno przedstawię wszystkich zawodników wraz z moją prywatną oceną ich umiejętności. Na początek może bramkarze?
- Bardzo proszę. – Odetchnąłem z ulgą.
Michaël Clepkens – 19 lat, dość ekscentryczny, ale dobrze się zapowiada
Alan Gèrard – 22 lata, solidny chociaż bez błysku
Geoffrey Mèlange – 18 lat, sporo nauki przed nim, ale ma jeszcze czas się wybić
Obrońcy:
Stèphane Monnier – LB, O Ś, DP, 32 lata, bardzo doświadczony środkowy obrońca, ale wiek już robi swoje.
Mathieu Biot – O P, 23 lata, pracowity, będą z niego ludzie
Michaël Rusabana – O P, 18 lat, młody i szybki, więcej o nim powiedzieć nie można
Hicham Abdar – O P, N, 26 lat, wszechstronność może być jego atutem, ale i piętą achillesową
Antoine N’Landu – O LŚ, 23 lata, szybki i dobrze grający głową
Jonathan Renard – O L, 18 lat, szybki i… koniec
Cèdrik Schauwers – O LŚ, 22 lata, jeden z najsolidniej prezentujących się obrońców
Kevin Serville – O LŚ, 20 lat, młodzian wypożyczony z FC Molenbeek Bruksela, nic nie kosztuje a może się przydać
Nathan Axford – O Ś, 29 lat, niby młody, a warunki fizyczne jak z kliniki geriatrycznej
Paolo Omonga – O Ś, 19 lat, kolega klubowy Servilla, ta sama sytuacja
Niacisse N’Goh – O/OP PŚ, 24 lata, absolutny lider obrony
Pomocnicy:
Athanasios Kourtidis – DBP L, 18 lat, dobre warunki fizyczne
Eric Laroche – DBP L, 18 lat, bardzo błyskotliwy
Fais Nabti – P Ś, 22 lata, szybki i kreatywny
Blaisse Issankoy – OP P, N, 26 lat, wygląda na filar prawej pomocy
Elian Beersaert – OP LŚ, 29 lat, szybki i ładnie podaje
Andy Huet – OP Ś, 25 lat, jeszcze 15 lat treningu i będzie średnim piłkarzem
Kevin Borrey – OP/NŚ, 17 lat, szybki i ładny technicznie
Denis Ismailovski – OP/NŚ, 19 lat, szybkością bije innych na głowę, szkoda że nie przerzucił się na biegi
Napastnicy:
Raphaël Galeri – N, 22 lata, nadzieja, że ktoś będzie trafiał do bramki rywali
Nicolas Pajot – N, 22 lata, piętnaście do dwudziestu minut wytrzyma, bardzo słaby kondycyjnie
Bassalia Sakanoko – N, 20 lat, wypożyczony z RSC Anderlecht desant z Wybrzeża Kości Słoniowej, jak się nie ma co się lubi…
- Jak pan widzi sporo pracy przed panem. Mam nadzieję, że szybko znajdzie pan wspólny język z chłopakami.
- Czarno to wszystko widzę. Trzeba będzie wchłonąć troszkę wiedzy teoretycznej, żeby się za szybko nie zorientowali. Mam propozycję: pójdziesz teraz do jakiejś księgarni, albo lepiej antykwariatu, bo taniej, ewentualnie biblioteki i przyniesiesz coś o teorii treningów i taktyce. W końcu niedługo mamy sparing, a Droeven nie będzie wszystkiego sam robił.
- Słusznie, ale dlaczego ja mam iść?
- Po pierwsze jesteś na etacie gońca i powinieneś zapracować na swoją pensję, a po drugie ja w tym czasie zasuwam do prezesa. Będę go czarował, że potrzebujemy do celów dydaktycznych kablówki.
- Wreszcie coś dla ducha!!
Dwie godziny później.
- Co masz?
- W bibliotece mnie wyśmiali, a w księgarni starczyło tylko na: „Trening wyczynowy biegów narciarskich dla opornych” i „Zostań piłkarzem w weekend”. Co z kablówką?
- Klapa. Powiedział oczywiście, że nie ma kasy, ale rozumie moją potrzebę dostępu do meczy telewizyjnych i dał mi ten magnetowid razem z 40 kasetami z nagranymi starymi występami klubu…
- A już liczyłem na jakąś rozrywkę.
- Trudno. Może go jeszcze urobię. Póki co ja się biorę za książki, a ty oglądaj. Jesteś wytrzymalszy – może nie zaśniesz. A jeszcze jedno! Spróbuj rano wysłać zgłoszenie do tego korespondencyjnego kursu. Może nam jakieś materiały wyślą.
Tydzień później.
-Odnoszę wrażenie, że asystent i trener czytali te same książki co my. A mamy jeszcze nad nimi przewagę intelektualną, przynajmniej myślę, że mamy.
- Dobrze jest! Dzisiaj siedzieli z rozdziawionymi gębami. Takich treningów jeszcze nie widzieli! Twój pomysł, żeby im przywiązać deski do butów był znakomity!
- W każdym razie dobrze by było zatrudnić jeszcze kogoś. Najlepiej żeby się faktycznie znał na piłce, no i może wysłać Houbena na poszukiwanie frajerów co się zgodzą u nas zagrać.
3 lipca
- Przyszła oferta na naszego grajka!!
- Nie żartuj, ktoś chce ich kupić????
- Sam byłem zaskoczony. I to na dodatek za prawdziwą kasę! Tysiąc euro i propozycja sparingu!
- Niewiarygodne!
- Searing RUL chce od nas Beersaerta i prosili, żebyśmy nie zwlekali z decyzją dłużej niż do dziewiątego.
- To jeszcze przed pierwszym sparingiem?
- Niestety tak.
- Trudno. Najpierw chcę go zobaczyć w prawdziwym meczu. Kto wie czy nie mamy tu przyszłej gwiazdy Woluwè!
- Dobry dowcip. Ale czy to znaczy, że mam ich wysłać na drzewo?
- Dokładnie to ma znaczyć.
Staszek wzruszył ramionami i wyszedł.
4 lipca
- Czy ci wszyscy ludzie poszaleli? Heppignies pyta za ile im sprzedamy Abdara.
- Skoro inni coś w nim widzą to może my się mylimy? W końcu oni teoretycznie mają większa wiedzę. Powiedz im 6 tysięcy i 50% następnego transferu – to ich odstraszy!
- Tak jest! – odparł z uśmiechem Staszek
5 lipca
- Zdaje się że zamiast nauki cały wolny czas będziemy spędzać na odpowiadaniu na oferty kupna.. – Zagaił rozmowę Staszek, podając mi kolejny plik faksów.
- Dwie na Hueta, jedna na Pajota i jedna na Abdara. – Szybko przejrzałem papiery – Zaczyna się niezły ruch. A co to za dziwoląg z Veldwezeelt? Kasa plus jakiś Sven Hoste?? Słyszałeś kiedyś o nim?
- Nigdy w życiu.
- Ja też. Trzeba kazać Houbenowi go sprawdzić. Może coś zyskamy na tej wymianie.
6 lipca
- Zgodzili się! Zgodzili się! – dobiegał z oddali głos Staszka, a po chwili w drzwiach ukazała się znajoma sylwetka.
- Na co się zgodzili?
- No jak to na co? Na te sześć tysięcy plus 50% za Abdara.
- Cholera… No trudno. Nie możemy wyjść na idiotów. Sami tyle proponowaliśmy. Wyślij zgodę na transfer.
11 lipca
- Kolejna porcja faksów? – Zapytałem ze zniechęceniem.
- Owszem, ale tym razem mam dla ciebie prawdziwy rarytas. Brive-la-Gaillarde chce kupić Pajota.
- No i co w tym takiego wspaniałego?
- Cena kolego! Cena!
Uniosłem brew zaciekawiony.
- Ile?
- Tylko się trzymaj. Okrągłe 50 tysięcy euro!
- Staszek, to nie jest dobry dzień na robienie sobie żartów.
- Ale ja wcale nie żartuję. Sam zobacz. – Podetknął mi pod nos ofertę, na której jak byk figurowała dokładnie ta kwota.
- Dzwoniłeś do nich potwierdzić czy zera za dużo nie dodali?
- Dzwoniłem. To najprawdziwsza prawda. Oczywiście mamy niewielu napastników w składzie, a mądre książki zalecają grę dwoma…
Machnąłem ręką przerywając mu w pół słowa i wyrywając ofertę z ręki.
- Kasa, misiu kasa!!! To też znalazłem w jakiejś książce. – Skwitowałem kreśląc podpis.
13 lipca
- Jak na trzynasty dzień miesiąca to masz wyjątkowo wesołą minę.
- Ty też będziesz miał. Stosując twoją maksymę pogadałem z pewnym człowiekiem z Veldwezelt. No i są efekty. Możemy im opchnąć Biota za 65 tysięcy.
- Za moimi plecami się dogadujesz??? Właściwie powinienem odrzucić, żeby ci dać nauczkę, ale kwota cię ratuje. Tylko pamiętaj żeby mi to było ostatni raz!!
14 lipca
- Żeby nie było, że tylko sprzedajemy to dzisiaj przekazałem prezesowi wiadomość, że na testy przychodzi do nas Petit-Guy Ekwala. Co prawda przemilczałem fakt, że to już stary dziad jak na piłkarza no i nie wygląda zbyt solidnie, ale grunt że szef był zadowolony.
- Czy to znaczy, że założy nam kablówkę? Już nie mogę patrzeć na te mecze.
- Nie marudź. Jeszcze kilka celnych posunięć i kablówka nasza. Chyba że się w sparingach zbłaźnimy…
15 lipca
- Jakiś dziwnie wyglądający facet chce się z tobą widzieć. Gada ze szwabskim akcentem i strasznie się piekli. Nie wpadłeś w żadne kłopoty? – z troską w głosie zapytał Staszek.
- Chyba nie. – odrzekłem, ale na samą wzmiankę kłopoty oblał mnie zimny pot. – Dawaj go tu, ale zostań w środku na wszelki wypadek. – dodałem.
Pół godziny później.
- No to mamy drugiego scouta. Szkoda tylko, że taki wredny typ.
- A myślisz, że dlaczego od razu wysłałem go do domu??? Niech szuka ludzi w warunkach, jakie zna. Byle dalej od nas.
17 lipca późny wieczór
Siedziałem przy biurku, kiedy rozległo się delikatne puknie.
- Proszę.
- Cześć, widziałem światło. Jeszcze nie śpisz? Jutro pierwszy sparing. Powinieneś odpocząć.
- Wiem, ale nie mogę. Zaproponowałem dziś kontrakt nowemu fizjoterapeucie, mam nadzieję, że się zgodzi. Chłopakom przyda się ktoś jeszcze do odnowy biologicznej…
- Tak słyszałem. Podobno równy facet. Będę trzymał kciuki.
Zapadło krępujące milczenie.
- Denerwujesz się jutrem? – Delikatnie zapytał Staszek.
- A jak myślisz?
- Ładna pogoda, żeby się zbłaźnić. – Kwaśno stwierdziłem, po raz kolejny biedząc się nad ustaleniem pierwszej jedenastki w meczu z Kermt-Hasselt.
- Wyluzuj. To tylko sparing. – Próbował pocieszyć mnie Staszek.
- Łatwo ci mówić. To nie twój oficjalny debiut. A zresztą wiesz coś o tej drużynie?
- Oprócz tego, że nazwa kojarzy się z Muppetami? Kompletnie nic. Przecież nie miał kto ich sprawdzić. Obu scoutów wysłałeś żeby szukali wzmocnień, a sam wiesz, jakie mają szanse…
- Nie musisz mi przypominać. Ci, których do tej pory widzieli są słabsi nawet od ciebie. No dobra. Chyba czas na mecz. – Uciąłem zerkając na zegarek.
Z pewną taką nieśmiałością wyszliśmy na płytę boiska. Zawodnicy wybrani do pierwszej jedenastki wykazywali spore podenerwowanie. Wiedziałem, o co im chodzi. Do tej pory nikt nie wie, jakie mam plany transferowe i dla kogo słaby występ może oznaczać koniec kariery w klubie.
Pierwszy gwizdek sędziego i ku mojemu zaskoczeniu zaczęliśmy wyraźnie dominować. Raz po raz sunęły, chociaż nie wiem czy to dobre słowo, bo wszyscy biegali w tempie ślimaków, falowe ataki oboma skrzydłami.
- Widzisz? Widzisz? Jednak słuchają – radośnie pokrzykiwałem do Staszka.
W 20 minucie wszystkich 96 kibiców (wiem, bo liczyłem) ogarnął prawdziwy szał. Beersaert pociągnął lewym skrzydłem, dośrodkował i Issankoy zaskoczył wszystkich, z sobą samym włącznie, strzelając głową w długi róg, tuż obok bramkarza gości. Nie minął kwadrans, a Franssen drugi raz wyciągał piłkę z siatki. Zostawiony samemu sobie Beytullah strzelił mocno przed siebie z 25 metrów, a piłka uderzyła o jednego z obrońców i kompletnie zmyliła bramkarza. Pod koniec pierwszej połowy goście popisali się jeszcze fantastyczną skutecznością pudłując z odległości dwóch metrów przy pustej bramce. W każdym razie do szatni schodziliśmy w szampańskich humorach.
W przerwie zdecydowałem wpuścić na boisko Sakanoko, który aż rwał się do gry. Decyzja jak się okazało była ze wszech miar słuszna. Już w 60 minucie okazał się szybszy od wszystkich na boisku i co prawda na raty, ale za to bardzo potężnym strzałem pokonał, po raz trzeci w dniu dzisiejszym, Franssena. Ku ogólnemu zaskoczeniu, nie było to ostatnie słowo mojej drużyny. Ledwie pięć minut później N’Goh skopiował akcję z dwudziestej minuty, zmieniając jedynie stronę boiska, a Sakanoko postawił kropkę nad i pakując piłkę do siatki. To był dla mnie sygnał. Zdecydowałem, że trzeba dać szansę reszcie zawodników i wymieniłem cały skład. O słuszności tego posunięcia upewnił mnie w 87 minucie Borrey, nie strzelając karnego.
WS Woluwè – Kermt-Hasselt 4 – 0
20’ Issankoy
31’ Beytullah
60’ Sakanoko
65’ Sakanoko
87’ Borrey n.s.k.
Widzów: 96
- Co masz taką smutną minę? – Zagadnąłem Staszka kiedy schodziliśmy do szatni. – Przecież wygraliśmy i to w ładnym stylu.
- Właśnie to mnie martwi… teraz za dużo będą się po nas spodziewać.
- Defetysta. – Pokręciłem głową.