Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Szuler (cz.4)

Wskazówki zegara powoli wtaczały się na stację czwartą - czwartą godzinę, podczas której wierciłem się w łóżku mnąc pościel i nie mogłem zasnąć. Nie mogłem, choć chciałem, bardzo chciałem zasnąć. Od dziesiątej do drugiej na zmianę gapiłem się w sufit, przewracałem na drugi bok lub na brzuch, albo liczyłem owce czy inne barany. I rozmyślałem. Głównie rozmyślałem. Cztery godziny tortur w ciemności i ciszy, w ciszy i ciemności, skłania człowieka do przeróżnych refleksji. Głównie natury ogólnej.

Cztery godziny. Dwieście czterdzieści minut. Czternaście tysięcy czterysta sekund. Miliony nano - i milisekund. Okamgnienie wieczności. Krótko mówiąc, nieprzespana noc Mario Dibry.

Gdy tylko przymykałem powieki, czułem - zaraz pod skórą, gdzie krzewią się receptory czuciowe - zatruwającą krew w żyłach bezsilność. Irytację. I zrezygnowanie. Gniew. Złościłem się na pościel, pod którą pociłem się jak świnia. Złościłem się na poduszki, bo po godzinach wiercenia zatraciły nutkę przyjemnego chłodu, jakim nasiąkają przez dzień i służą w nocy, owiewając policzki i twarz. Prześcieradło gryzło w plecy, wskazówki zegara trzeszczały za głośno, koty za oknem śpiewały za brzydko, małe, cholerne kocury, nawet gacie na tyłku nie za wygodnie leżały. Wiesz, o co - ekhm - biega.

Przez pierwszą godzinę nie mogłem się przyzwyczaić. Potem mimochodem zacząłem rozmyślać o wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego dnia: nominacji Aidana Rubio na menedżera SK Himarë, wyjeździe na lotnisko, spotkaniu z prezesem, pierwszym treningu i - czy może raczej przede wszystkim - o powrocie Eleni.

Ech, nie kiwaj głową z udawanym zrozumieniem, do cholery! O niczym nie wiesz. Ani o uczuciu, przeznaczeniu, trudnościach, ani o rozstaniu - nic! Znamy się z Eleni od podstawówki, razem kończyliśmy liceum. Od początku mnie fascynowała, bo - przeważnie jako jedyna - potrafiła podjąć wyznanie. Wiesz, szkołę definiuję jako wielkie pole walki, w którym uczniowie rywalizują na różnych szczeblach. Powiem nieskromnie, że wtedy, w podstawówce, bo później już nie bardzo, przeważnie dominowałem na polu walki - zawsze wysoka średnia, dobre wyniki w sporcie i piękna cenzurka na koniec roku, jedna z dwóch najlepszych w szkole. Drugą, oczywiście, dzierżyła Eleni. Zakochałem się szybko, w siódmej klasie - i za nic nie mogłem odkochać, choć chciałem, nie raz i nie dwa. Lubiliśmy się i - czasem - nienawidziliśmy jednocześnie. Bo z Eleni... żyje się trudno. Świat traktuje jako grę, nieustanną, wielką grę o wszystko, co można zgarnąć. Podobnie zachowuje się w sprawach sercowych - jakby chodziło o grę. Na początku odrzucała wszelkie zaloty. A raczej nie tyle odrzucała, przynajmniej nie od razu, co przyjmowała i dopiero później niszczyła wszelkie nadzieje. Bawiła się naiwnym Mario Dibrą. A ja, głupi, pozwalałem na wszystko i fascynowałem się dalej. Dalej. I dalej. Błędne koło. Teraz możesz kiwać głową ze zrozumieniem.

Wiercąc się wśród fałdów kołdry starałem się wspominać stare, dobre czasy z Eleni, ale gdzieś z tyłu czaszki ciągle czaiła się cicha, lecz trudna do odgonienia myśl: Aidan Rubio, Aidan Rubio i Eleni.

Rozmawiają, śmieją się, świergoczą po angielsku, żebym nie mógł zrozumieć, spędzają razem czas, bla bla bla, głupi Rubio, co... ała! No dobra, dobra, już przyśpieszam, zaraz zacznę opowiadać dalej, nie musisz dźgać mnie spluwą po żebrach. Tylko dlaczego Eleni zgodziła się zostać tłumaczką? Dlaczego wróciła? Minęły przecież dwa długie lata.

Oczywiście, zapewne znów pakowałem się prosto w pułapkę. Trudno. Trzeba żyć dalej - pomyślałem, przewróciłem się na drugi bok i zamknąłem oczy. Na próżno. Tej nocy - nocy pięknej jak sen... - już nie zasnąłem.

***

Na wtorkowym treningu po raz pierwszy ujrzałem, jak Aidan Rubio łyka pigułki. Siedzieliśmy wszyscy w szatni, Eleni przekładała właśnie taktyczne wskazówki dotyczące nowej formacji, kiedy Hiszpan zaczął grzebać w kieszeni, zaś po chwili wyciągnął mały pojemnik bez etykiety i połknął kilka dużych, szarawych tabletek. Mały, nic nie znaczący naturalny gest. Mało kto w ogóle zauważył, a jak już - nie przejął się za bardzo. Dopiero później, kilka miesięcy później zacząłem się podejrzliwie przyglądać lekom Rubio.

- ...ćwiczymy nowe ustawienie już od kilku dni - ciągnęła Eleni - więc powinniście powoli łapać, o co chodzi. W jutrzejszym sparingu z juniorami zagramy 4-5-1, dlatego za moment będziemy kontynuować naukę poruszania się w linii, czego niektórzy po przesiadce z 4-4-2 ciągle nie mogą pojąć...Spojrzała wymownie na Gezima Çelę i Fatona Sulejmaniego, dwóch skrzydłowych, następnie powiodła wzrokiem po kolejnych zawodnikach, którzy natychmiast przestawali szeptać i karnie zwieszali głowy. Z córką prezesa nie warto zadzierać.
- Jako faworyci do awansu - podjęła po chwili, wracając do kartki, na której Rubio spisał wszystkie uwagi - nie powinniśmy się bronić. Nie wiem, jaki jest poziom ligi, przekonamy się za kilka tygodni i być może wówczas będziemy musieli zweryfikować nasz plan taktyczny. Póki co za priorytet obieramy ofensywę. Co przećwiczycie za chwilę na treningu, rozstawimy się szeroko na boisku i będziemy powoli próbować skonstruować sensowną akcję.

Eleni odgarnęła włosy za ucho, by nie przeszkadzały w czytaniu. Poczułem dziwne ukłucie w okolicach żołądka. Coś jakby tęsknota. Kiedyś... nie ma co kłamać, dalej uwielbiam podobne gesty...
- Powtarzam już po raz któryś, odkąd się spotkaliśmy: nie grajcie pośpiesznie. Wolę podania wolniejsze, lecz dokładne. Z przyjęciem podobnie. Powoli, ale precyzyjniej, na jeden kontakt. Pośpiech wzmaga tylko błędy, w dodatku z każdym kolejnym dotknięciem futbolówki tracimy szansę na dobre rozegranie piłki. Przekonacie się. Co do indywidualnych pozycji na boisku, wszystkiego nauczycie się „w trakcie", na boisku, z piłką przy nogach. Wszystkie uwagi przekażę na bieżąco. Zawodnicy grający na paru pozycjach nie będą musieli się przystosowywać do 4-5-1, bo gra przypomina w znacznym stopniu 4-4-2, ale reszta, szczególnie skrzydłowi, boczni obrońcy - Rusi i Shehu, słuchajcie, bo o was mówię, do cholery - defensywni pomocnicy i napastnicy... reszta może mieć na początku nie lada problemy. Do rozpoczęcia ligi mamy jednak ponad miesiąc, więc spokojnie, wszystko wyćwiczymy. Wystarczy, że się przyłożycie i będziecie słuchać.

Eleni skończyła czytać. Piłkarze skończyli udawać, że słuchają. Rubio skończył wyglądać za okno z obojętną miną. Taaa... Jedyną osoba, która w ogóle przejęła się mową trenera, został biedny, naiwny Mario Dibra. Jak zwykle.
- Dobra, chłopaki - powiedziałem więc, wzdychając ciężko. - Na boisko. Trenerzy czekają.

Eleni szybko przetłumaczyła Hiszpanowi, co rozkazałem - Rubio uśmiechnął się dziwnie i rzucił kilka słów po angielsku, z których wyłapałem i zrozumiałem tylko: „tell him". Eleni spełniła prośbę, zaczęła mówić, ale nie mogłem oderwać wzroku od ust, które kiedyś całowałem, od brązowych, niemal czarnych oczu i włosów, włosów okalających głowę spiralami loków - i nic nie zrozumiałem. Chyba szło o sztab szkoleniowy.
- Co?... - wymamrotałem.
- Wczoraj - Eleni z wyrazem politowania na twarzy powtórzyła powoli i wyraźnie jak z dziecku - zwolniliśmy Alberta Myrtaja, Olgerta Bylykbashiego, Luana Koliqi i Ledio Capę.
- Ale... ale... w klubie nie ma innych trenerów...
- Mylisz się. Zatrudniono nowych.
- Dlaczego?...
- Nie wiem - Eleni ukazała ząbki w kpiącym uśmiechu. - Pytaj zarząd.

Rozejrzałem się po szatni, szukając Aidana Rubio. Pusto. Wszyscy wyszli na boisko. Piłkarze widać bardzo gładko przeszli nad utratą wszystkich dotychczasowych szkoleniowców. Niewdzięczne skur*****... Niektórych trenowaliśmy od trampkarzy. Cały sztab... Nie wierzę...
- Zamierzasz tak rozpaczać cały dzień - Eleni, choć stała już w drzwiach, nieco się przejęła - czy idziemy na boisko?
- Jedna sprawa... Rubio, prawda?
- Nie.
- Więc kto?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Przestań marudzić. I rusz się wreszcie.

Poszliśmy. Poprowadziłem trening. I spotkałem się z nowymi trenerami. Spoko goście, choć niektórzy nie pochodzili nawet z Albanii. Ale przez cały dzień i podczas bezsennej nocy miałem przed oczami tylko uśmiechającego się wrednie Aidana Rubio - Aidana Rubio, który wyglądał, jakby wspominał stare, dobre czasy.

***


- Nie mogę - prezes Spaho wstał od biurka - zbyt wiele powiedzieć.

Przed środowym sparingiem z juniorami od razu po przyjściu na stadion popędziłem do gabinetu, w którym Spaho zwykł udawać, że pracuje - czy może raczej: w którym pracował, ale nie przy papierach, lecz przy barku, gdzie skrywał „podarki" od wdzięcznych interesantów. Stałem więc przed wielkim, drewnianym biurkiem, obserwując, jak Mustafa Spaho nieporadnie próbuje schować kieliszki i flaszkę do szafki - pewnie szykowało się kolejne spotkanie biznesowe - i wyczekiwałem sprecyzowania odpowiedzi.
- Nie rozumiem. - Nagle zorientowałem się, że sprecyzowania nie będzie. - Zadałem proste pytanie: „dlaczego?", a pan nie może zbyt wiele powiedzieć? O co chodzi? Ściśle tajne zwolnienia pracowników? Co, boicie się związków zawodowych? Nawet nie wiem, czy trenerzy mają własny związek zawodowy, do cholery.
- Nie decyduję o wszystkim - mruknął niechętnie Spaho. - Decyzję podjął zarząd.
- O ile pamiętam, prezes również wlicza się w skład zarządu.
- Ale nie tylko.
- Wiem, że nie tylko, i dlatego pytam o powód.
- Oficjalnie: redukcja wynagrodzeń i wydatków.
- Żartujesz?! - zaśmiałem się histerycznie. - Przecież w Himarë tylko piłkarzy zatrudnia się na profesjonalnych kontraktach. Sztab pracował na amatorskich, kiedyś, gdy brakowało pieniędzy, nawet za darmo! W dodatku sprowadziliście trenerów z zagranicy, którzy mało pewnie nie biorą...

Prezes Spaho wymownie milczał.
- Dobra - oparłem się o blat. - Dobra. Pójdę do Urzędu Gminy, popytam...
- I usłyszysz: „redukcja wynagrodzeń i podatków". - Spaho wyszczerzył gębę w krzywym uśmiechu. - Poza tym, odkąd miasto sprzedało większość udziałów w klubie, gmina nie interesuje się praktycznie niczym, dopóki nie zrobimy burdelu. Zresztą, czasem nawet wtedy się nie interesują.
- Ach. Czyli mam pracować nie wiedząc, czy jutro będę miał po co przyjść na stadion, bo może przyjdzie nowa „redukcja"?
- Eee... nie, nie, no co ty. Bardzo cię cenimy... eee... cenią, znaczy się... wiesz, w kierownictwie. Jakaś ciągłość musi zostać zachowana, pan Rubio nie może przecież wszystkiego od razu ogarnąć... Poza tym... jest też inna sprawa... hm... osobista.

Domyśliłem się, o czym - a raczej: o kim - mówi, więc nie drążyłem tematu.
- Zaraz zacznie się mecz - mruknąłem wymijająco. - Muszę już iść.
- Dobrze, że sprawę mamy już wyjaśnioną - Spaho usiadł z powrotem przy biurku. - Mam jeszcze kilka umów do podpisania i może dołączę do kibiców na trybunach, obejrzę młode nadzieje futbolu w Himarze...
„Młodych nadziei" na sparing przyszło dziesięć. „Kibiców" - niewiele więcej.
- Jakich umów, jeśli można spytać? - zapytałem jednak zaciekawiony.
- Transferowych. Trzeba się wzmocnić przed sezonem i pozbyć szrotu.

Bezceremonialnie zajrzałem prezesowi przez ramię.
- CO?! - niemal zaplułem biurko z oburzenia. - Czyli zwalniamy też trzech piłkarzy? Widzę nazwiska Maxhuniego, Stoffela i Hoxhy. Też za dużo zarabiali? Czy może „pozbywamy się szrotu", hę? Wszyscy mogli stanowić niezłe uzupełnienie pierwszego zespołu... Choćby Maxhuni...
- Drewno - wtrącił się Spaho.
- Stoffel, lubię gościa...
- Tylko dlatego, że graliście razem kiedyś w juniorach. Poza tym tragedia.
- I Hoxha... - Przerwałem na chwilę, szukając odpowiedniego argumentu. - Chociaż nie, ten faktycznie ledwo co potrafi prosto kopnąć piłkę. Może i masz rację. Może przesadzam.
- Szczególnie, że szykujemy dwa wzmocnienia - Spaho uśmiechnął się tajemniczo.
Zastygłem w oczekiwaniu.
- Thierry Rochat - prezes wyciągnął z szuflady teczkę z raportami od scoutów i wskazał na pierwszą rekomendację. - Dwadzieścia dwa lata, środkowy pomocnik. Od razu do podstawowego składu. Transfer prawie pewny. W dodatku za darmo.
- A drugi?
- Drugi... - wymamrotał Spaho - ...cóż, drugiego możesz nie polubić. Przynajmniej nie od razu. Pamiętam, jak zareagowałeś, gdy zatrudniliśmy Aidana...
O nie. O nie. O nie. Szlag by...
Spaho
wyciągnął drugi raport.
- Łukasz Krzemiński - wskazał na przypięte do kartki zdjęcie zawodnika w żółto-niebieskim stroju. - Polak. I nowy napastnik SK Himarë.

***

Nie miałem czasu się zastanawiać, co Polak mógłby robić w Himarze, musiałem pędzić na sparing, w szatni czekała już pewnie cała drużyna. I Eleni. Eleni stanowiła element krajobrazu wyjęty z innej bajki. Zupełnie nie pasowała do piłkarzy. Właściwie nie lubiła nawet piłki nożnej - choć fachowe słownictwo opanowała niejako mimochodem dzięki ojcu prezesowi i chłopakowi asystentowi. Byłemu chłopakowi, znaczy się.

Kiedy dotarłem na zbiórkę, większość zawodników już się przebrała. Co dziwne, nigdzie nie dostrzegłem Aidana Rubio. Na wszystkich dotychczasowych treningach krzątał się jak baterie z reklamy Duracella czy innego Energizera, próbując tłumaczyć chłopakom kolejne aspekty taktyczne, poprawiać ewentualne pomyłki. W ślad za Hiszpanem podążała Eleni. A teraz - żadnego nie ma w pobliżu. Dziwne...

Rubia dostrzegłem dopiero, kiedy wyszliśmy na murawę. Siedział na ławce w boksie za linią boczną i obojętnym wzrokiem wpatrywał się w wieczorne niebo. Od czasu do czasu sięgał do kieszeni po leki i łykał pigułkę. Przypomniałem tylko piłkarzom najważniejsze zalecenia taktyczne i spocząłem obok, obserwując. Hiszpan nie zwracał żadnej uwagi na wydarzenia boiskowe - ani przed, ani po gwizdku sędziego. Zdawał się być w zupełnie innym miejscu. Przypominał nieco Aidana Rubio, którego tydzień wcześniej odebrałem z lotniska: zagubionego i obojętnego. Po chwili przestał nawet brać tabelki - i trwał w bezruchu. Z kolei Eleni nie dało się zauważyć nigdzie w okolicy.

Próbowałem zapanować nad chaosem, który dział się na murawie, lecz po chwili uznałem, że na sparing z juniorami nie ma co się wysilać. I tak wygrają seniorzy, bo są więksi i potrafią łamać nogi z dziecinną łatwością.

„Młode nadzieje futbolu w Himarze", jak raczył zażartować Mustafa Spaho, z łatwością pozwoliły na wbicie dwóch bramek, które strzelili Rusi i Shehu, dwaj boczni obrońcy, i emocji na wieczór dobiegł koniec. Nad uczniakami ulitował się nawet Sundström, rezerwowy ofensywny pomocnik, który w ciągu ostatnich dziesięciu minut zmarnował setkę, a potem przestrzelił rzut karny.

Kolejny sparing zagraliśmy cztery dni później, gdy drużyna z bułgarskiej okręgówki, Marek Dupnica, zgarnęła dwójkę w plecy na wyjeździe. Tym razem strzelcami okazali się skrzydłowy Renaldo Çela i wyciągnięty z juniorów obrońca Kostas Spyropoulos - wychowanek i jednocześnie wielka nadzieja na przyszłość. Duma, chciałoby się rzec, trenera szkółki Alberta Myrtaja - tyle że Myrtaj został przecież zwolniony...

Aidan Rubio przeżywał ciągle wahania nastrojów. Raz sprawiał wrażenie naładowanego energią, kiedy indziej - i coraz częściej - ledwo co kontaktował z rzeczywistością. Zacząłem baczniej przyglądać się lekom, które bierze. Eleni zaś trzymała się Hiszpana wyraźnie niechętnie i z musu. Nudniejszego zajęcia nie dało się znaleźć chyba w całej Albanii. Z drugiej strony, nie chciała za wiele ze mną rozmawiać - ciągle grała w grę, której zasad nie rozumiałem. Chociaż minęło już trochę czasu, odkąd wróciła, ciągle nie miałem okazji zadać pytania - dlaczego? Stanowiła tajemnicę. Jak zawsze.

W dodatku ciągle miałem więcej pytań niż odpowiedzi.

Ostatni mecz towarzyski przed krótką przerwą zakontraktowaliśmy z Adą, drużyną z drugiej ligi, czyli - mniej więcej - kilka klas lepszą. Przynajmniej w teorii, bowiem na boisku piłkarze z Velipojë zaprezentowali się fatalnie. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, ale szans na zdobycie gola mieliśmy więcej niż Ada, ba, byliśmy nawet częściej przy piłce.

Następny sparing dopiero za tydzień. Mieliśmy czas na dopięcie transferów Rochata i... no, tego Polaka, którego nazwiska nie pamiętam. Póki co jednak musiałem się zadowolić perspektywą codziennych, nudnych treningów.
I znosić fikołki żołądka, kiedy widziałem Eleni.

***

Co by nie mówić o ex-menedżerze Alkecie Bërdufim - na przykład, że nie znał się na piłce nożnej i kibicował, ptfu ptfu, Manchesterowi United - z pewnością stanowił lepsze towarzystwo niż naćpany Hiszpan do wtóru ze sztabem szkoleniowym składającym się z Chorwata, Włocha i dwóch Greków. Odkąd zwolniono Myrtaja, Bylykbashiego, Koliqiego i Capę, z którymi pracowałem od dobrych paru lat i których znałem jak łyse konie, czułem się nieco samotny w Himarze - miejscu, gdzie, jak myślałem, miałem wielu znajomych i kumpli. Dobrze powiedziane - jak myślałem...

W przypływie desperacji zacząłem kręcić się koło fizjoterapeuty Oltiona Dody. Doda - ostatni, nie licząc niżej podpisanego, członek starej kadry oficerskiej - ostał się na stanowisku tylko dlatego, że jak przypuszczam, trudno znaleźć równie dobrego fachowca, który chciałby pracować za śmieszne pieniądze. Poza tym, Oltion nie uczestniczył w życiu klubu, ot, przychodził do pracy, potem wracał do domu - i tyle. Nikomu nie podpadł, rzadko kiedy się odzywał, zresztą, nikt nigdy nie prosił, by się odezwał. Szybko dowiedziałem się dlaczego  otóż Oltion Doda miał nieco... specyficzne poczucie humoru i zainteresowania.
- ...a wtedy, wyobraź sobie, staw skokowy trach, razem z kością piszczelową... - fizjoterapeuta chwycił za nogę leżącego na tapczanie Eduarta Dai, który narzekał na ból pachwiny, i bardzo obrazowo wyłuszczył, co przydarzyło się kości piszczelowej. - Kilkukrotne złamanie z przemieszczeniem. A śruby... żebyś wiedział, jakie chłopakowi zamontowali śruby, Mario... maestria.
- Okropność raczej.
- Gdzie tam okropność, nie znasz się! - machnął lekceważąco ręką. - Chociaż trzeba przyznać, że gdy poszkodowany obejrzał po operacji rentgen, to trochę piłkarzynę podłamało. He he he, kumasz? Podłamało.
- Masz coś z głową.
- A kto nie ma, Mario, kto nie ma... - medyk wyszczerzył zęby. - Wystarczy jednak ciekawostek. Mówiliśmy o sparingach. Kontynuuj.
- Po meczu z Adą - zacząłem, rad ze zmiany tematu - zmierzyliśmy się z Egnatią Rrogozhinë, trzecioligowcem z grupy A. Zremisowaliśmy, choć bramkę strzeliliśmy już w pierwszej minucie...
- Asystowałem wtedy - wtrącił Eduart Daia, którego Doda, pełniący w klubie również funkcję masażysty, obrócił na brzuch, by przywrócić do użytku obolałe mięśnie.
- ...ale w końcówce daliśmy dupy - ciągnąłem nie zwracając uwagi na piłkarza - i zremisowaliśmy po golu samobójczym. Gra zaczęła jednak wyglądać po ludzku. Później podejmowaliśmy KS Luftëtari, które na co dzień tłucze się w drugiej lidze, i wypadliśmy bardziej niż przyzwoite. Remis 1:1 mógł zadowolić kibiców, szczególnie że nie oddaliśmy pola, a mecz obfitował w sytuacje.
- Ciekawe - mruknął Doda. - Nie możecie zwyciężyć przeciwnika prezentującego podobny poziom, ale walczycie jak równy z równym z drugoligowcem.
- Wygralibyśmy - z tapczanu odezwał się pewny głos Eduarta Dai - gdybym tylko grał.
- Oczywiście - pokiwał głową Doda. - Ale czy wiesz, co mogłoby się stać, gdybyś wystąpił z kontuzją? Ot, choćby zerwanie wiązadeł kolanowych, czytałem ostatnio o przypadku piłkarza...
- Nie, nie znowu - jęknąłem.
- No, dobra, skoro nie chcesz się odchamić. Nic na siłę.
- Nie chcę - mruknąłem złośliwie - bo może odchamianie wychodzi ci tak jak dyskusje na temat futbolu. Gramy „jak równy z równym", powiadasz? Kilka dni odbył się sparing z Besëlidhją, też wyższa liga, i zgarnęliśmy trójkę w dupę.
- Zdarza się.
- Gdybym grał... - Daia próbował właśnie poderwać opasłe brzuszysko i przewrócić się na drugi bok, więc mówił z trudem. - Gdybym tylko grał... W meczu z Veleçiku już zagrałem i wygraliśmy...
- Ale potem - przerwałem - w ostatnim meczu przedsezonowym dostaliśmy 1:2 od Dinamo Tirana, zespołu z Superligi, co może zarówno potwierdzać, jak i zaprzeczać twierdzeniu Dody o równej grze Himary z najlepszymi. Zależy, jak patrzeć.
- Bo odnowiłem kontuzję - oburzył się Daia. - I musiałem zejść w przerwie.
- Albo zmęczyłeś się bieganiem. - Doda klepnął z rozmachem w tłusty brzuch Eduarta. - I nie miałeś już sił. Nie dziwię się. Noszenie podobnego ciężaru z pewnością musi być wyczerpujące. Sam chyba nie dałbym rady.
Daia mruknął coś pod nosem, ale więcej już się nie odezwał.

Nie miałem już nic do roboty na stadionie, w dodatku w weekend dostałem wolne, więc pożegnałem fizjoterapeutę i wyszedłem z szatni. Powoli zapadał wieczór, niebo zdominowało zachodzące słońce, a parne powietrze chłodził lekki wiatr - idealne warunki na spacer. Powrót do domu zajął nieco dłużej niż zwykle, w drodze zahaczyłem jeszcze o kilka miejsc, spotkałem paru znajomych. Czułem się wyczerpany, szybko zjadłem kolację, wziąłem prysznic i położyłem spać. Z łóżka obserwowałem, jak całą Himarę powoli spowijają czarne jak śmierć skrzydła nocy.

W ciemności bardzo łatwo o rozmaite refleksje. Myślałem o Mustafie Spaho, który musiał bardzo ostrożnie manewrować, by nie stracić gruntu pod nogami i o powodach, dla których zezwolił na dziwne transfery i zwolnienie całego sztabu szkoleniowego. Myślałem o Aidanie Rubio. O tajemniczych zmianach nastroju. O lekach, które bierze. Myślałem wreszcie o Eleni.

Minęła zaledwie chwila, mgnienie oka, wydawałoby się, gdy wskazówki zegara nieubłaganie wtoczyły się na stację czwartą - czwartą godzinę, podczas której wierciłem się w łóżku mnąc pościel i nie mogłem zasnąć.

 

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2010
Dodano: 24.04.2010

Liczba wyświetleń: 1421

Średnia ocen: 6.00

Pozostałe części cyklu:
Szuler (cz.1)
Szuler (cz.2)
Szuler (cz.3)
Szuler (cz.5)
Szuler (cz.6)
Szuler (cz.7)
Szuler (cz. 8)



Komentarze
frish
książka.

taka standardowa formułka:
czekam na kolejna czesc !!

jak nigdy nie oceniam zadnych tekstow na Centrum, tak dzisiaj 6 dam, bo na nic innego nie zasluguje to opowiadanie.
24 kwietnia 2010 22:22


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu