Lato 2004 w Edynburgu było raczej ciche spokojne. Wielkiej ofensywy transferowej nie zamierzałem przeprowadzać i tym razem chciałem drobnymi krokami przygotować drużynę do ciężkiego sezonu. W związku z chwilą odpoczynku postanowiłem bacznie przyglądać się meczom Mistrzostw Europy, które w czerwcowym skwarze rozgrywane były na boiskach portugalskich. Turnieju do udanych na pewno nie będą mogli zaliczyć gospodarze, którzy zaskakująco odpadli już w grupie, gdzie dali wyprzedzić się Hiszpanom, Duńczykom i Grekom. Słabo zaprezentowała się również reprezentacja Polski, która solidarnie przegrała wszystkie trzy spotkania – z Finlandią, Chorwacją i Francją. Turniej zakończył się niezwykłą sensacją. Mistrzem Europy została drużyna Jugosławii, która w finale po rzutach karnych pokonała Francję.
Lipiec w Edynburgu zawsze rozpoczynał się od prezentacji naszych nowych nabytków. W tym sezonie zakupów było nieco mniej niż rok temu, lecz transfer Dariusa Vassella – wielkiej nadziei angielskiej piłki – odbił się w mediach głośnym echem. Oprócz wychowanka Aston Villi nasz skład zasilił młody Said Boutahar, który miał wzmocnić linię pomocy. Tydzień później musieliśmy głęboko sięgnąć do kieszeni, aby z greckiego AEK-u Ateny wyciągnąć niezwykle interesującego zawodnika – Dionisisa Chiotisa, który za 5.000.000 funtów został zakupiony na Easter Road Stadium, aby zapewnić niezbędny spokój między słupkami bramki. Przed startem nowego sezonu rozegraliśmy trzy mecze sparingowe z niżej notowanymi rywalami i spisaliśmy się w nich zaskakująco słabo. Remis z czwartoligowym East Stirlingshire i porażka z trzecioligowym Airdrie United sprawiły, iż powodów do optymizmu przed wyjazdowym meczem z Motherwell nie miałem zbyt wielu. Na dwa tygodnie przed spotkaniem inaugurującym rozgrywki ligowe piłkarskie buty na kołku zawiesił Eduardo Hurtado.
Słabej formy z meczów towarzyskich nie potwierdziliśmy w meczu inaugurującym sezon 2004/2005. Po dwóch trafieniach Saida Boutahara, jednej bramce Jarkko Wissa i Viorela Moldovana udało nam się wywieźć komplet punktów z Motherwell pokazując naszym rywalom, iż w tym sezonie zrobimy wszystko, aby obronić sensacyjnie wywalczone mistrzostwo. Niesamowitą ofensywną dyspozycję potwierdziliśmy w pierwszym meczu przed własną publicznością, kiedy 4:2 pokonaliśmy Dunfermline. Po raz kolejny dwa trafienia zanotował Said Boutahar i muszę przyznać, że byłem bardzo zadowolony z dyspozycji naszego nowego zakupu. Tydzień później wyjazdowe spotkanie z Inverness zakończyło się naszym skromnym zwycięstwem 2:1 i po trzech pierwszych meczach mieliśmy komplet punktów. A kolejne trzy udało nam się wywalczyć w meczu z Falkirk. Na własnym boisku nie daliśmy szans gościom i wygraliśmy 5:3. Tego samego dnia śledziliśmy również inne bardzo ważne dla nas wydarzenie – losowanie Ligi Mistrzów. W grupie E zmierzymy się z Besiktasem, Olympiakosem i Realem Madryt. Myślę, że drugie miejsce jest w naszym zasięgu, a pojedynki z Realem Madryt mogą być dla nas niesamowitą lekcją futbolu. Przed emocjami związanymi z Champions League musieliśmy zagrać jeszcze dwa mecze ligowe. Prestiżowy pojedynek z Celticiem na Easter Road Stadium rozczarował. Bezbramkowy remis nie zadowolił nikogo i przerwę reprezentacyjną musieliśmy spędzić w nie najlepszych nastrojach.
Cztery dni przed debiutem w Champions League przyszło zmierzyć się na wyjeździe z Dundee United. Wygrywając 3:0, daliśmy sobie wbić trzy bramki z rzędu i kompletnie bez sensu straciliśmy cenne trzy punkty. To jednak nie było aż tak ważne. W Edynburgu wszyscy żyli już wyjazdową potyczką z teoretycznie najsłabszą drużyną naszej grupy – Besiktasem Stambuł. Niestety, debiut w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach świata nie wyszedł nam zupełnie. Dionisis Chiotis zachowywał się tak, jakby pierwszy raz stał między słupkami i nasz golkiper aż pięć razy wyjmował piłkę z siatki. Blamażu uniknęliśmy dzięki niezłej postawie graczy ofensywnych, którzy strzelając trzy bramki dali nam nadzieję, iż jeśli poprawimy grę w defensywie, nasz występ w Lidze Mistrzów nie okaże się totalną pomyłką. Kiepską serię udało nam się przerwać na Easter Road Stadium podczas meczu z Kilmarnock. Świetna dyspozycja Dariusa Vassella (dwie bramki) sprawiły, iż udało nam się przełamać złą passę i po trzech meczach bez zwycięstwa, wreszcie udało nam się pokonać naszych rywali. Zwycięstwo nad Kilmarnock miało być tylko przystawką przed głównym daniem – pojedynkiem z wielkim Realem Madryt. Kibice licznie zgromadzili się na Easter Road Stadium i przez sześćdziesiąt pięć minut spotkania oglądali bardzo wyrównany pojedynek. Kilka razy wydawało się, że mieliśmy Real Madryt na widelcu, lecz bramka Patricka Vieiry spowodowała, że goście uwierzyli we własne siły i ostatecznie pokonali nas różnicą dwóch goli. Niesamowitych emocji świadkami byliśmy już cztery dni później, kiedy na Easter Road Stadium zjawili się Rangersi. Zgodnie z oczekiwaniami naszych kibiców rozpoczęliśmy bardzo dobrze i zepchnęliśmy gości do głębokiej defensywy. Bramkę udało nam się zdobyć dopiero w 57. minucie, a jej autorem był Andrius Skerla. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się naszym skromnym zwycięstwem, w 90. minucie Dean Richards doprowadził do wyrównania i cały stadion zamilkł. W doliczonym czasie gry udało nam się wyprowadzić jednak nokautujący cios. Daniel Jensen huknął pod poprzeczkę i Easter Road Stadium eksplodowało szaloną radością. Napięty terminarz dawał nam się we znaki i trochę podmęczeni pojechaliśmy na stadion OAKA w Pireusie, aby w meczu trzeciej kolejki Ligi Mistrzów zmierzyć się z miejscowym Olympiakosem. Po wyrównanym spotkaniu udało nam się zremisować 1:1 i pierwsze punkty w Champions League stały się faktem. Przed kolejnym meczem – wyjazdem do Aberdeen – wreszcie mieliśmy trochę więcej, bo aż pięć dni odpoczynku. Szybko zregenerowaliśmy siły i kolejne zwycięstwo przyszło dość łatwo. Wygraliśmy 3:1, lecz na tydzień straciliśmy Jarkko Wissa, a na trzy tygodnia strzelca jednej z bramek – Dariusa Vassella. Zwycięstwo nad drugoligowym St.Johnstone miało dać nam awans do ćwierćfinału Pucharu Ligi. W zeszłym roku zaszliśmy aż do finału tych rozgrywek (gdzie przegraliśmy wysoko z Celticiem) i w tym sezonie bardzo chcieliśmy po raz kolejny powalczyć o to trofeum. Drogę po złote medale rozpoczęliśmy wyśmienicie. Dwie bramki Steve’a Marleta i dwa trafienia Mario Vorbecka dały nam pewne zwycięstwo i mogliśmy spokojnie przygotowywać się do kolejnego meczu z Partick Thistle, który czekał nas po przerwie związanej z meczami reprezentacji.
Tuż przed kolejnym ligowym spotkaniem udało nam się sfinalizować transfer niezwykle doświadczonego włoskiego pomocnika – Demetrio Albertini. Wielokrotny reprezentant Włoch wzmocnił nasze szeregi za 1.500.000 funtów, które musieliśmy przelać na konto Atletico Madryt. Podczas meczu z beniaminkiem zagraliśmy bardzo nieskutecznie i musieliśmy zadowolić się z bramkowego remisu 1:1. Nasz nowy nabytek zagrał jednak bardzo dobrze i przez dziennikarzy został oceniony na „dziewiątkę”. Szczęście nie dopisało nam również trzy dni później, kiedy na Easter Road Stadium podjęliśmy Olympiakos Pireus. Wygrywaliśmy niemalże przez całe spotkanie, lecz w ostatniej minucie daliśmy sobie wbić wyrównującą bramkę i nasze szanse na awans do kolejnej fazy stały się już tylko czysto iluzoryczne. Na miarę swoich nieprzeciętnych przecież umiejętności zagraliśmy dopiero w Falkirk, gdzie na Brockville Park ograliśmy miejscowych 4:2, i do Edynburga mogliśmy wracać w radosnych nastrojach. Zwycięstwo nad Falkirk okupiliśmy tygodniową stratą Dionisisa Chiotisa i jak się okazało, było to dla nas brzemienne w skutkach. Z Besiktasem zagraliśmy świetnie w ofensywie, lecz zamiast golkipera w bramce mieliśmy… ręcznik i mecz zakończył się hokejowym remisem 3:3. Cztery dni później rozczarowanie związane z odpadnięciem z fazy grupowej Ligi Mistrzów odbiliśmy sobie wygrywając 5:2 przed własną publicznością z ostatnim w tabeli Inverness.
Przed arcyciekawym pojedynkiem z Celticiem nasze szeregi zasilili kolejni piłkarze. Martin Eriksson i Emmanuel-Osei Kuffour dołączyli z wolnego transferu i mieli być wzmocnieniami linii pomocy Hibernianu. Na Celtic Park zagraliśmy fatalnie. Przegraliśmy 3:0, a na dodatek na listę kontuzjowanych musieliśmy wpisać: Steve’a Marleta, Saliou Lassissiego, a także Emmanuela-Osei Kuffoura. Na osłodę łez udało nam się zanotować spektakularny sukces, jakim niewątpliwie był triumf na Santiago Bernabeu. W królestwie futbolu udało nam się wygrać 3:0, lecz muszę wspomnieć, iż gospodarze wyszli na mecz głębokimi rezerwami. Zwycięstwo nad Realem Madryt nie dało nam upragnionego trzeciego miejsce, gdyż w meczu Olympiakosu z Besiktasem padł remis i w tym roku europejskie puchary mieliśmy już niestety z głowy. Teraz musieliśmy zrobić wszystko, aby obronić tytuł mistrzów Szkocji i za rok ponownie spróbować swoich sił przeciw najlepszym drużynom Europy.

Powrót do ligowych rozgrywek wyszedł nam przeciętnie, lecz najważniejsze były trzy punkty. W wygranym 3:2 meczu z Motherwell zagraliśmy zbyt nonszalancko w obronie, lecz na szczęście, nie odbiło się to negatywnie na wyniku i nadal deptaliśmy po piętach rozpędzonym The Bhoys. Tydzień później wyjazdowy pojedynek z Dunfermline również zakończył się naszym zwycięstwem, a bohaterem spotkania został Daniel Jensen, który strzelił dla nas dwie bramki. W związku z odpadnięciem Hibernianu z Ligi Mistrzów, wreszcie mieliśmy więcej czasu między spotkaniami ligowymi, w których zwycięstwa stały się dla nas absolutnym priorytetem. Wypoczęci i pełni chęci do walki rozbiliśmy na Easter Road Stadium 3:0 Dundee United, a cztery dni później w ćwierćfinale Pucharu Ligi w takim samym stosunku bramkowym rozprawiliśmy się z inną drużyną z Dundee – Dundee FC i awansowaliśmy do półfinału Pucharu Ligi, gdzie zmierzymy się z ekipą Dunfermline. Kapitalną formę potwierdziliśmy w dwóch kolejnych ligowych meczach. Najpierw 4:0 ograliśmy beniaminka – Partick Thistle, a później 3:1 Aberdeen i można było śmiało stwierdzić, że dołączyliśmy już na stałe do najlepszej trójki szkockiej ekstraklasy.
Po czterech z rzędu meczach u siebie przyszedł czas na wyjazdowy pojedynek z piątym w tabeli Kilmarnock. Jak się szybko okazało, absolutnie nie byliśmy drużyną własnego podwórka i przekonująco ograliśmy naszych rywali 3:0. Zwycięskiej serii nie udało się podtrzymać w kolejnym meczu. Na Dens Park Stadium gospodarze – Dundee FC postawiło nam bardzo trudne warunki i musieliśmy zadowolić się remisem 2:2, który spowodował spadek Hibernianu na drugą pozycję. Trzy dni później na Ibrox Park upokorzyli nas Rangersi – wygrali 3:0, a Dunfermline sprawiło niesamowitą niespodziankę bijąc na Celtic Park gospodarzy i ścisk w czołówce był niesamowity. Po wyjazdowych wojażach powrót na Easter Road Stadium był dla nas udany. Skromne zwycięstwo 1:0 nad czwartym w tabeli Dundee utwierdziło mnie w przekonaniu, że o tytuł znów będą walczyć tylko trzy drużyny – moja, Celtic oraz Glasgow Rangers. Bardzo udany dla nas rok 2004 zakończyliśmy meczem z Dunfermline, który odbył się w Boxing Day. Na Easter Road Stadium zasiadło ponad 15.000 osób i nie zawiodło się. Moi podopieczni rozegrali bardzo dobre spotkanie i spokojnie odprawili rywali 4:1.
Pierwsza część sezonu była dla nas całkiem udana. W lidze prezentowaliśmy się bardzo dobrze i znów jesteśmy poważnymi pretendentami do końcowego triumfu. Dużo pecha mieliśmy w Lidze Mistrzów, gdzie zajęliśmy dopiero czwarte miejsce w grupie i musieliśmy pożegnać się z tymi rozgrywkami bardzo szybko. Świetnie spisywali się sprowadzeni w lecie gracze. Darius Vassell został prawdziwą gwiazdą ligi szkockiej, Said Boutahar oraz Demetrio Albertini bardzo dobrze dyrygowali grą Hibernianu, a Dionisis Chiotis zapewnił nas niezwykle ważną stabilność na pozycji golkipera. Miejmy nadzieję, że druga część sezonu również będzie bardzo udana i uda nam się powiększyć naszą kolekcję o kolejne trofea.
