Część druga - pierwsze szlify.
Obudziłem się w jakiejś melinie. Chociaż… nie, to nie była melina. Całkiem przytulne wnętrze, za oknami plaża… ej, to chyba mój dom! Usłyszałem dźwięk dzwonka.
- A, dzień dobry. Pan Rygiel, jak mniemam? – zapytał rosły nieznajomy o budowie podobnej do Pudziana.
- Tak, to ja. Kim pan jest?
- Augusto Mucho Gusto, będę pańskim ochroniarzem.
- Ochroniarzem? Klub przydzielił mi ochroniarza? – dopytywałem.
- Tak. Po tym co się stało, nie możemy sobie pozwolić na kolejny tego typu wypadek.
- Właśnie, co się ze mną stało?
- Próbowano pana porwać. Przypuszczamy, że była to sprawka brazylijskiej mafii.
- Aha.. Okej, wzywają mnie na konferencję, jedźmy więc.
Wsiadłem za Augustem do czarnego Nissana. Po kilku minutach byliśmy w budynku klubowym. Przed wejściem na konferencję dopadł mnie prezes.
- Michał, pragnę cię zapewnić, że taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy.
- Dziękuję, Andres. Całe szczęście, że niczego nie pamiętam. Przepraszam, ale muszę iść.
Na konferencji pytali mnie o mnóstwo różnych rzeczy, chcieli się nawet dowiedzieć, jakiego koloru mam skarpetki. Albo i nie? Nie wiem, nie rozumiem portugalskiego. Dobrze, że moi współpracownicy znają angielski. Inaczej w ogóle nie miałbym po co przyjeżdżać do Brazylii. Chociaż w sumie może lepiej byłoby zostać w domu, ale skoro już jestem...
Pomimo iż powiedziałem moim piłkarzom, że nikt nie przyjdzie i nikt nie odejdzie, zacząłem się rozglądać na rynku transferowym. Moją uwagę przykuli:
Edixon Perea – 25-letni Kolumbijczyk, grał przez trzy sezony w Bordeaux, myślę, że nieźle współpracowałby z Ronaldo. Jest niezwykle szybki i waleczny, nieźle też wykańcza akcje.
Emerson – tego pana zna większość miłośników piłki nożnej. Były zawodnik takich firm jak Roma, Juventus czy Real Madryt. Świetny w odbiorze, potrafi się ustawić, dobrze czyta grę. Idealny na pozycję defensywnego pomocnika.
Miguel Rebosio – solidny środkowy obrońca. W przeszłości grał w Realu Saragossa. Niezły odbiór, krycie, jest dosyć szybki. Jedyną wadą jest słaba skoczność.
Dudu Cearense - zawodnik Olympiakosu Pireus, nie stać nas na sprowadzenie go na zasadzie transferu definitywnego, więc go wypożyczymy.
Musiałem jednak także pozbyć się kilku graczy. Odejdzie między innymi Iarley czy też Clodoaldo.
Do pracy trzeba było się zabrać niemalże z marszu. Już pięć dni po przyjeździe czekał mnie mecz ze Sport Recife. Żeby osiągnąć przyzwoity rezultat, piłkarze musieli wylać z siebie siódme poty, jednakże ich lenistwo było silniejsze od wszystkich motywacyjnych sztuczek, jakie wystosowałem. Na każdym treningu zdzierałem gardło na tych pseudograjków. O dziwo, grupie leni i nieudaczników przewodził Roberto Carlos, czyli ten, na którego najbardziej liczyłem. Widać było po nim, że gwiazdorzy i uważa się za „boga futbolu”. Musiałem wziąć go na słówko.
- Roberto, zawiodłem się na tobie. Olewasz sprawę, myśląc, że jesteś najlepszy. Do tego kosisz grubą kasę. Co ty sobie myślisz?
- Ja.. yyy... no ten…
- No co? Coś czarno widzę twoją przyszłość w pierwszym zespole, jeśli nadal będziesz tak „pracował”.
- No ale trenerze, to dopiero początek pana pracy, nie można oceniać ludzi na podstawie jednego dnia – próbował mnie przekonać do zmiany zdania Carlos.
- Dlatego daję ci jeszcze jedną, ostatnią szansę. Albo przekonasz tą zgraję patałachów do ruszenia się z krzesełek na ławce rezerwowych, albo powędrujesz na nią jako pierwszy, rozumiemy się?
- Jasne jak słońce na zachmurzonym niebie, trenerze.
Trzeba było zbudować autorytet. Najlepszym sposobem jest właśnie zastraszanie. Gdy dotarłem na boisko treningowe aż miło było patrzeć, jak moi grajkowie w pocie czoła przemierzają kolejne okrążenia stadionu. Po upewnieniu się, że robota została wykonana w stu procentach, udałem się do domu. Podróżując z Augustem zapytałem go o szczegóły ostatniej nocy.
- Co się właściwie stało, wiesz może?
- Ech, grande mafioso, El Waldemarr, organizuje porwania znanych osób, żeby zastraszyć zwykłych mieszkańców. Dlatego naród brazylijski dzieli się na cztery klasy zawodowe: mafiozi, porywacze, porywani i ochroniarze. A pana to chcieli ogłuszyć pod kościołem, dobrze, że akurat jechałem autem, żeby pana ostrzec. Wpakowałem jednemu kulkę w łeb, drugi zwiał. Był pan nieprzytomny i zawiozłem pana do domu.
- Wygląda więc na to, że zawdzięczam ci życie, Augusto.
- Eee tam, drobiazg. Nie jest pan pierwszym, którego ocaliłem przed porwaniem. Można powiedzieć, że jestem w tym ekspertem.
- Tak czy inaczej ci dziękuję, mogę coś dla ciebie zrobić?
- Głupio prosić... Mógłby pan pożyczyć z trzysta dolarów?
- Jasne. Trzymaj i nie musisz oddawać.
- Dzięki wielkie. No, jesteśmy. Do jutra. Proszę zamknąć drzwi.
- Na razie, Augusto.
Po uprzednim zamknięciu drzwi na przysłowiowe cztery spusty usiadłem na łóżku, żeby pomyśleć nad taktyką, którą będzie grał mój zespół, oraz ustalić pierwszą jedenastkę Timao na nadchodzące spotkanie. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie zagrać taktyką 3-6-1, ze względu na sporą liczbę pomocników w moim zespole. Jeden napastnik też odzwierciedla ilość snajperów w Corinthians. Czekam na Pereę, może coś się zmieni.
Nadszedł dzień meczu ze Sportem. W międzyczasie potwierdziłem transfer Emersona, Miguela Rebosio i Dudu Cearense. Ten ostatni przyjdzie do nas jednak dopiero w sierpniu.
Zgodnie z tym co postanowiłem wcześniej, Corinthians wyszło na boisko w formacji 3-6-1. Nasi przeciwnicy z Recife postawili na defensywę, ustawiając 3-3-2-2.
Bukmacherzy stawiali na nas. Za jednego postawionego dolara można było otrzymać 1.33, natomiast za dolca na Sport Recife do zgarnięcia było aż osiem, co pokazywało, że w tym meczu mieliśmy być faworytami. Nawet media w Recife nie zostawiały złudzeń co do tego, kto miał wygrać to spotkanie.
Przed meczem nakazałem moim graczom cieszyć się grą, w końcu to mój debiut i nie chciałem wywierać na zawodnikach dodatkowej presji. Przez jedenaście minut na boisku nie działo się nic. Niestety, w dwunastej minucie spotkania poszła kontra dla Sportu i Ciro wykorzystał błąd Jadsona.
Zawodnik ten popełniał błąd za błędem, grał po prostu tragicznie. Nie chciałem jednak robić mu wstydu i zmieniać go w trakcie pierwszej połowy. Liczyłem jednak na to, że jego wpadki nie będą nas kosztowały kolejnych bramek. Do przerwy wynik brzmiał 1-0 dla Sportu. W przerwie próbowałem zmotywować moich piłkarzy, mówiąc im, że wymagam od nich więcej. Wydawało się, że nie posłuchali. Skrzydłowi tracili piłki, przez co szły groźne kontrataki, z którymi ledwo radzili sobie moi obrońcy. W 62. minucie dokonałem dwóch zmian. Za tragicznego Jadsona wszedł Alessandro, natomiast Leandro Castana zmienił Roberto Carlos. Zmieniłem też ustawienie, z 3-6-1 przestawiłem mój zespół na 4-2-2-2 z dwoma skrzydłowymi. Siedem minut później ku mojej radości padła bramka dla Timao. Akcja dwóch byłych Galacticos. Próba strzału Roberto Carlosa i dobitka Ronaldo – 1-1 w pierwszym spotkaniu pod moją wodzą.
Po tej bramce moi gracze ożywili się. Widać było, że to ustawienie bardziej im odpowiada. Coraz częściej stwarzali sobie okazje strzeleckie. W 74. minucie doszło do kontrowersji, gdyż sędzia nie podyktował karnego na naszą korzyść. Nie próbowałem protestować, wiedziałem bowiem, że nie przyniesie to żadnego efektu. Na dziesięć minut przed końcem wpuściłem na boisko Matiasa Defederico w nadziei, że odmieni losy spotkania. Na dwie minuty przed końcem regulaminowych dziewięćdziesięciu Jucilei mógł dać Corinthians zwycięstwo, jednak piłkę wyłapał Gerson. Gdy upływała ostatnia z doliczonych czterech minut, piłka trafiła do Ciro, znowu tragicznie zachowała się obrona i Brazylijczyk wykorzystał okazję na dobicie Timao.
Skończyło się na 2-1 dla Sportu. Nieudany debiut w roli treneiro Corinthians nie zepsuł mi humoru. W piłce nożnej zawsze jest okazja do rewanżu.
Pozytywy:
- niezła gra Ronaldo
- solidny występ bramkarza – Felipe
Negatywy:
- katastrofalna gra obrony
- tragiczny Jadson
- niepodyktowany rzut karny
No i bądź tu mądry. Niby wszystko ładnie, pięknie, a tu kaplica. Pocieszam się tym, że to mój pierwszy mecz w roli treneiro i wszystko jeszcze może się odkręcić. Poza tym, nie za bardzo kojarzę portugalski, więc niby jak miałem się porozumiewać z zawodnikami? Ech, ciężko będzie. Muszę się jednak skupić na meczu z Coritibą, który odbędzie się już 11 lipca. Do tego czasu postanowiłem porozglądać się za ewentualnymi wzmocnieniami i za grajkami do wywalenia na śmietnik historii Corinthians. Na półkę o jakże wdzięcznej nazwie „szrot, złom i inne futbolowe tragedie” postawiłem Moraisa, Leandro Castana i Edgara Balbuenę. Wszyscy trzej uważali się za najlepszych w swoim fachu, więc pozwolę im dalej żyć w tym przekonaniu odsyłając ich z dala od mojego klubu. Planuję otrzymać za tych „wirtuozów futbolu” około dwóch milionów funtów. Prezes się ucieszy, bowiem to dodatkowa kasa na kupowanie spotkań. A jeśli o to chodzi, większej machlojki w życiu nie widziałem. Okazało się, że wynik mojego meczu z Recife został zmieniony na walkower (2-0, dziwne, że nie trzy) dla Corinthians, gdyż podobno jeden piłkarz Recife nie był uprawniony do gry w Brasileirao! Paranoja! Ktoś musiał gdzieś sypnąć forsą. Jednak wracając do transferów. Wciąż szukam mniejszego złomu, żeby zastąpić ten większy. Brakuje mi obrońców, a moja kariera menedżerska dopiero raczkuje, więc nie ma szans na wystawienie mojej zabójczej taktyki. Rozpocząłem poszukiwania na własną rękę i wynalazłem kilku dość ciekawych lewych obrońców, paru kiepawych defensorów na przeciwległą flankę i z dwóch-trzech niezłych napadziorów. Dzięki moim kochanym scoutom dowiedziałem się, że jestem w tych sprawach po prostu tragiczny i w ogóle nie wziąłem pod uwagę zawodników z zagranicy. Chwilkę poszukałem na innych zasadach gdy nagle musiałem wyjść i zwyzywać parę moich poszukiwaczy talentów. Okazało się bowiem, że prawo Brasilerao dopuszcza tylko trzech obcokrajowców w składzie meczowym, więc na całą osiemnastkę, piętnastu grajków musi być z Brazylii. W związku z tym, kpiną dla mnie jest czekanie dziesięciu lat na przyznanie piłkarzowi obywatelstwa kraju kawy. No, ale co kraj to obyczaj. Na domiar złego wszyscy potencjalni gracze Timao okazali się jeszcze gorszym szrotem od tych, których chcę sprzedać, i zanosi się na to, że na razie skład pozostanie bez zmian. Gdzie te czasy, kiedy w Corinthians brylowali Mascherano i Tevez? Chyba minęły bezpowrotnie, podobnie jak moja nadzieja, że znajdę kogoś na wolnym transferze. Musiałem więc udać się do prezesa.
- To ja, mam sprawę – zacząłem rozmowę w gabinecie szefa.
- Jaką?
- Muszę wydać pieniądze na zawodników.
- Nie ma mowy. Wszystko było ustalone, gdy przychodziłeś do klubu. Nie pozwolę ci wydać ani pensa na transfery.
- Ale...
- Powiedziałem coś.
- Dobrze, w takim razie odchodzę.
- Co?
- To, co pan słyszał. Nie mam zamiaru się bawić w jakieś śmieszne przepychanki finansowo-korupcyjne. Ja jestem dobrze wychowanym człowiekiem z katolickiej rodziny. Wyjechałem z Polski, żeby uciec od korupcji, więc jeśli nie dostanę pieniędzy na transfery, odchodzę!
- Miło było pana poznać, proszę spakować swoje rzeczy i opuścić budynek.
Prawdziwa robota miała się dopiero zacząć...