V
Słońce grzeje jak cholera.
Choć miejsca nie ma za dużo — sezon wakacyjny w pełni, więc wokół mnóstwo wczasowiczów — leżę wyciągnięty wygodnie na leżaku, ze stopami okopanymi w rozgrzanym piasku, i obserwuję plażę przez przyciemniane okulary. Chłonę ciepło, słucham plusków uderzających o brzeg fal. Podnoszę z zadowoleniem brew, kiedy na koc obok kładzie się piękna, młoda dziewczyna, cała mokra, bo przed chwilą wyszła z morza. Za chwilę zgrzytam zębami, gdy piłka grających nieopodal dzieciaków uderza w pieczołowicie rozłożony koc, wszędzie zostawiając ślady z piasku. Dzieciaki przychodzą po piłkę, rozsypując jeszcze więcej piachu, przepraszają za kłopot — i czuję gorąco nie tylko od słońca, lecz wciąż milczę. Próbuję się uspokoić — „nic się nie stało, nic a nic”, powtarzam w myślach — i może by się udało, gdyby nie pier****ny telefon i muzyka, która zaczyna trzeszczeć gdzieś niedaleko i, co gorsza, nie chce przestać.
Relaks, my ass. Zostawcie tę mokrą ślicznotkę, reszta wypier***ać jak najdalej — i dopiero wówczas będziemy mogli mówić o relaksie. Dlaczego, pytam, ludzie nie chcą po prostu usiąść na tyłku i dumać, gapiąc się w niebo: „ale piękny mamy dziś dzień”?
Bo — rozchmurzyłem się trochę — dzień mieliśmy zaiste wspaniały.
Szybko polubiłem Himarę. Bardzo szybko. Doprawdy, trudno nie lubić miasteczka nad Morzem Śródziemnym, gdzie słońce świeci jak szalone, a woda ma temperaturę ponad dwudziestu stopni. Miła odmiana po co najwyżej dziesięciu w Bałtyku. Noworosyjsk, co prawda, również miał predyspozycje — leży w końcu nad Morzem Czarnym — ale przez pośpiech nie zdołaliśmy się zaprzyjaźnić. Z Himarą i całą Albanią znamy się już od tygodnia — a każdy dzień przynosi tylko kolejne miłe niespodzianki.
— Cześć — nagle słyszę znajomy głos. Otwieram przymknięte oczy, ściągam okulary. I wzdycham ze zrezygnowaniem.
Prawie zapomniałem: poza opalaniem się, muszę również pilnować i znosić Adasia. Małe utrudnienie, co bym nie miał za łatwo. Bo wszechświat bardzo nie lubi, kiedy ktoś ma za łatwo. Cóż, bywa. Można wszechświata nie lubić, można się bezsensownie buntować, ale w końcu i tak trzeba zaakceptować reguły, jakimi pogrywa, bo innego wyjścia nie ma. Czasem po prostu lepiej dać się ponieść nurtowi.
— Chyba miałeś coś zrobić — stwierdzam więc, kiedy Adaś otrzepuje koc z piasku i siada obok.
— Już zrobiłem.
— Cholernie szybko, nie ma co.
— A ile niby ma trwać obejrzenie meczu? — Adaś wywraca oczami. — Dzień? Dwa?
— Niemożliwe, żeby minęło już tyle czasu… Przecież dopiero co przyszedłem.
— No, popatrz, a ja jeszcze niedawno pracowałem w Czernomorcu i wiodłem spokojne życie w Noworosyjsku, jak ten czas leci!
— Celnie — śmieję się. — Jak mecz?
— Normalnie. — Adaś wzrusza ramionami. — Zabrałem się autokarem z małą grupką kibiców. Wiesz, wyjazd. Niedaleko, bo do Wlory, miasta, gdzie lądowaliśmy, ale zawsze. Przez pół spotkania nie wiedziałem, którzy są nasi, skapnąłem się dopiero, kiedy ci, co grali na czerwono, strzelili bramkę, a miejscowi zaczęli buczeć i gwizdać. Pewnie też kląć, ale nie znam albańskiego.
Nakładam ponownie okulary i rozsiadam się wygodnie na leżaku. Adaś kontynuuje:
— Gol padł pod koniec pierwszej połowy, ale ciekawiej zrobiło się w ostatnich minutach. Gdzieś na kwadrans przed końcem czerwoną kartkę zarobił obrońca Himarë. Ale Vlora grała strasznie słabo, nawet w przewadze nie mogli przeprowadzić składnej akcji. Jeszcze na kilka chwil przed ostatnim gwizdkiem sytuację bramkową mieli… goście. I przestrzelili karnego. Słaby mecz, krótko mówiąc.
Wzdycham. Znowu.
— A pamiętasz, komu kazałem się przyglądać?
— Jak mógłbym zapomnieć… — krzywi się. — Żaden z trenerów nie przypominał Verlee’go. Ani u nas, ani u gospodarzy. Chyba nie miałeś racji. Przyjechaliśmy na darmo.
— Jasne — nie uśmiecham się. — Jutro odlatujemy. Możesz zacząć się pakować.
— Choć przez chwilę… przez chwilę sadziłem, że ktoś na boisku zapodał staropolską „k**wę”. Ale pewnie się przesłyszałem. Zła akustyka może…
— Może — nie okazuję większego zainteresowania.
Adaś milczy przez chwilę.
— Nie oczekiwałeś, że rozpoznam Aritiane’a, prawda?
— Nie — odpowiadam szczerze.
— Więc po co mnie tam wysłałeś?
— Żebyś obejrzał mecz. I dał mi spokój.
Cisza. Tylko morze szumi.
— Nawet formacja — podejmuje wreszcie Adaś — nawet formacja inna niż w Chorwacji. Nic nie pasuje. Wiesz, Verlee rzadko zmieniał ustawienie. W Vinogradarze trzymał się 4-3-2-1. Ten tutaj gra 4-5-1 bardzo podobnym do 4-3-3.
— Nie widzę wielu różnic.
— Verlee nie żyje — stwierdza nagle Adaś, jakby to miało mnie przekonać. — Nie żyje. Nie żyje.
Długo nie odpowiadam, wygrzewam się w słońcu, chłonąc ciepło.
— Zobaczymy.
Podnoszę się z miejsca.
Chowam okulary do torby, składam leżak, daję Adasiowi znać, by złożył koc.
Cóż, urlop właśnie dobiegł końca.
Ostatni raz spoglądam na morze — morze — nieskończone, nieskończone morze.
Czas wreszcie wziąć się do pracy.
***
— Już?
Siedzimy na nagrzanych słońcem schodkach już drugą godzinę. Ludzie tłumnie mijają budynek, przy którym się przyczailiśmy, niektórzy wchodzą do środka, na parking obok co chwilę przyjeżdżają i odjeżdżają samochody. Widocznie jakieś ważne miejsce, urzędowe, bo na murach widnieje czerwona tabliczka z napisem po albańsku.
Idealne miejsce do obserwacji. Tłum zapewnia ochronę.
— Już? — pyta ponownie Adaś. Źle znosił trwanie w ciszy i bezruchu.
— Nie.
Duszno. Parno. Słońce bombarduje Albanię niczym Fat Man czy inny Little Boy. Himara wzdycha, Himara pulsuje, Himara się poci. Boleśnie, z wysiłkiem. Gorąc, dobry na plaży, gdzie wiatr od morza chłodzi piasek, zaczyna doskwierać pośród zabudowy miasta. Słyszę, jak obok Adaś sapie nierównomiernie, czuję pot, którym się oblewa. Hałastra wokół tylko potęguje upał, dziesiątki ciał, pędzących, śpieszących, kręcą się bez celu i bez porządku.
Mimo zmęczenia, mimo żaru, gryzącego skórę, wysuszającego język — trwam.
Obserwuję. Podglądam. Notuję w pamięci. Jak kamera. Wpadałem już w rytm — rytm, który odróżnia pracę od normalności; rytm, który pomógł w Bytomiu i Noworosyjsku, a także wiele, wiele razy wcześniej; rytm profesjonała. Choć czujnym okiem obejmuję całą okolicę, celuję głównie w jeden punkt, jeden budynek. Wbrew pozorom, nie zmarnowałem ani chwili, odkąd dotarliśmy do Himary. Teraz tylko wypełniam dawno już przygotowany plan, wprowadzam teorię w życie.
— Już? — Adaś wierci się niespokojnie.
Przez rozgrzane, drgające powietrze widzę ruch na podwórzu: drzwi domu otwierają się leniwie. Ze środka wychodzi mężczyzna, rozglądnąwszy się, przekręca z powrotem klucz w zamku i odchodzi, pogwizdując wesoło. Przyglądam się podwórzu jeszcze przez chwilę, ale nic więcej się nie dzieje. Tylko spłoszony trzaskiem drzwi kot przemyka zwinnie po chodniku, znika w pobliskiej kamienicy.
Podnoszę się nagle i szybko, bez ostrzeżenia. Adaś, zdziwiony, wzdryga się lekko.
— Już.
Tłum nieco się przerzedził, więc na drugą stronę ulicy dostajemy się bez problemów. Na luzie, tak jak setki razy wcześniej, podchodzę do zamkniętych drzwi obserwowanego domu i zaczynam majstrować wytrychem przy zamku. Adaś z kolei rozgląda się niespokojnie wokół, przebiera nogami, nie może ustać w miejscu. Równie dobrze mógłby krzyknąć: „Hej, ludzie, patrzcie! Robimy coś niedobrego!”. Tyle że wszyscy zajmowali się własnymi sprawami i nikt nie zwracał na nas uwagi.
Klik!
Mechanizm ustąpił, drzwi stają otworem. Szybko wchodzimy do środka.
— Skąd wiesz, że nikogo nie ma? — szepcze Adaś.
— Myślisz, że jestem tu po raz pierwszy? Już dawno obcykałem wszystkie potencjalne cele, czyli nowych trenerów Himarë. Teraz tylko szukam dowodów.
Po wyjściu z przedpokoju trafiamy do salonu. Dwie kanapy, telewizor, stół, wysprzątany, ze szklanym blatem, na półce pod spodem kilka starannie ułożonych gazet, biurko, a na biurku plik papierów i dokumentów, uporządkowanych i posegregowanych. Komputer, który mieści się obok, pozostawiono włączonym, choć monitor zgasł. Przez trzy wielkie okna wychodzące na ulicę wpada dużo światła. Widać, że pomieszczenie regularnie sprzątano, nigdzie nie zalegał kurz ani śmiecie.
Zaczynam ostrożnie przeszukiwać wszystkie zakamarki.
— Czego szukamy? — Adaś z ciekawością ogląda parapety, na których pyszni się wiele bajecznie kolorowych roślin.
— Tropów. Poszlak. Czegoś, co zdradzi Aritiane’a. Nie wiem dokładnie.
— Może jakoś pomogę?
— Nie. I lepiej nic nie ruszaj, wszystko ma zostać, jak było.
— Ale ja chcę pomóc.
— Wiesz, co? — odwracam głowę, przestaję na chwilę przebierać wśród dokumentów. — Jeśli się tak dłużej zastanowić, jest jeden sposób.
— Jaki?
— Przestań tyle gadać.
Przechodzimy do kuchni, w salonie nie ma niczego ciekawego.
— Ilu gości… mmm… będziemy musieli tak… sprawdzić? — szperając wśród półek, słyszę z tyłu głos Adasia. Mówi nieco niewyraźnie.
— Jeszcze jedenastu. Mniej więcej. Tyle osób zatrudniono przed sezonem.
— Sami trenerzy?...
— Nie — odwracam się. — Też kilka osób z kierownictwa klubu. Ale niektórzy nie budzą tylu podejrzeń co inni.
Adaś wydaje się nie słuchać, żuje coś i mlaska z zachwytem, grzebie w kieszeni, z której wyciąga kostkę czekolady.
— Skąd to masz?
— No, wiesz — cmoka i sięga po kolejną czekoladkę. Z drugiej kieszeni. — Pomyślałem, że cwaniak mógł schować jakieś tropy w lodówce…
— I co? — pytam niby niewinnie.
— Nie schował. Ale czekolada wyborna.
Podchodzę powoli i — krótko, bez zamachu — uderzam Adasia z całej siły w brzuch. Jęk, ból. Na kafelkach ląduje brązowa, przeżuta breja. W ogóle nie komponuje się z wystrojem wnętrza.
— Posprzątaj — rzucam, kiedy Adaś podnosi się z podłogi. — Mieliśmy nie zostawić żadnych śladów, pamiętasz?
— Nie musiałeś od razu…
— Ty też nie musiałeś.
Po kuchni przetrząsamy jeszcze łazienkę, a potem wchodzimy na piętro, do sypialni.
Sypialnia różni się znacznie od wszystkich pomieszczeń, które poprzednio zwiedziliśmy, a które prezentowały się czysto, schludnie, nienagannie wręcz. Tymczasem teraz trafiamy na istną stajnię Augiasza, burdel, który ledwo co możemy ogarnąć wzrokiem. Na podłodze i łóżku walają się ubrania: koszule, spodnie, skarpetki, nawet elegancki garnitur, miast w szafie, leży nieskładnie na stoliku w kącie. Gdzie niegdzie walają się książki, a nawet talerze z resztkami jedzenia.
— No — kwituje Adaś, trącając butem kilka opakowań po batonikach. — Ktoś tu zapomniał posprzątać.
— Dziwne — również rozglądam się po rozgardiaszu. — Myślałem, że odwiedziliśmy raczej pedanta, a nie bałaganiarza. Cóż, pozory mylą.
Przeczesywanie sypialni musiało zająć trochę czasu.
— Tak się zastanawiam — odzywa się nagle Adaś. — Wciąż nie wiem, jak masz na imię. Nie oczekuję, że zdradzisz nazwisko, ale… znamy się już trochę, nie, żebym się jakoś szczególnie z tej znajomości cieszył… mieszkamy razem… w pewnym sensie nawet wspólnie pracujemy. I ciągle nie wiem, jak cię nazywać.
Milczę długo. Intensywnie.
— Nie zdradzam żadnych danych — odpowiadam w końcu niechętnie. — Imię stanowi klucz do osobowości. Szczególnie dzisiaj, w dobie Internetu, w dobie globalnej wioski, kiedy można wyszukać niemal każdego. Ludzie dwudziestego wieku zbyt wiele mówią. O sobie. O innych. W ogóle. Marnują słowa. A przecież czasem lepiej milczeć. Czasem lepiej nie wiedzieć. Wiedza prowadzi do odpowiedzialności. Odpowiedzialność wymaga reakcji. Wymaga więzi emocjonalnej. Naprawdę chcesz znać moje imię?
— Za dużo mądrych słów dla błahej sprawy — Adaś wzrusza ramionami. — Już mi się odechciało.
Nie komentuję. Przyglądam się zdjęciu, które stoi na półce. Mężczyzna obejmujący kobietę, obok dwoje dzieci. Uśmiechają się. I pewnie świetnie spędzają razem czas.
— Znasz się z Aritiane’m od dzieciństwa, prawda? — pytam Adasia.
— Ano.
— Rozpoznajesz tę fotografię?
Adaś podchodzi. Po chwili kiwa przecząco głową.
— Ani ten dorosły facet, ani chłopak nie przypominają Verlee’go. Jestem pewien. Ale ten dzieciak… skądś go jakby znam. Nie pamiętam. Pewnie tylko mi się wydaje…
Odkładam zdjęcie na miejsce.
— Cóż — wzdycham. — Zgaduję, że nie mamy już po co tu siedzieć. Niczego nie znaleźliśmy. W dodatku ta fotografia… — kiwam głową z niedowierzaniem. — Chodźmy.
W miejskim powietrzu czuć zapowiedź burzy.
Ale nic straconego — myślę, kiedy wracamy na rozgrzane ulice, kiedy słońce ponownie uderza falą gorąca, a duchota sprawia, że trudno oddychać — nic straconego. Wszak mamy jeszcze jedenastu podejrzanych. Verlee Aritiane może się ukrywać. Ale w końcu popełni błąd. Może nie dziś. Nie jutro. Mamy czas.
Mieszkanie Aidana Rubio opuszczamy jednak z pustymi rękami.
***
Nie lunęło ani tego dnia, ani następnego. Tyle że duchota nie myślała ustąpić, a niebo trwało w niewzruszonej niebieskości, której nie zakłócała nawet najmniejsza chmurka. Jak widać, niemożliwe do wytrzymania gorąco stanowi znak rozpoznawczy Himary, marka Morza Śródziemnego robi przecież swoje. Bliskie sąsiedztwo słonecznej Grecji — również.
Wkrótce po przeszukaniu domu Aidana Rubio zabraliśmy się za kolejne nabytki sztabu szkoleniowego SK Himarë. A raczej — ja się zabrałem. Adaś stwierdził, że ma dość emocji na jakiś czas, że nie chce ryzykować, bo łamiemy prawo i w ogóle, co skwitowałem krótkim acz dosadnym sértés, jakoby raczej nie miał już siły ruszyć grubej dupy z tapczanu ze strachu, że się przypadkiem spoci, niż bał się o nielegalność naszych działań, bo przecież z prawem zadarliśmy już w Noworosyjsku, chwilę po tym, jak się poznaliśmy. A co się stało, to się nie odstanie, jak mówi mądre przysłowie.
Jako pierwszy odwiedziny — oczywiście niezapowiedziane — odebrał Chorwat Zoran Illic, trener siłowy, który ze względu na narodowość stał w pierwszym rzędzie podejrzanych. Potem rozgościłem się w domu Francesco Gossiego, Włocha, zatrudnionego jako trenera pierwszego zespołu. Illic i Gossi mieszkali na jednej ulicy, w podobnych mieszkaniach, które, jak się domyśliłem, opłacał klub — lub przynajmniej wynajmował.
Oczywiście, nigdzie nie znalazłem ani śladu Aritiane’a.
Stwierdziłem więc, że na chwilę przerwę poszukiwania. Poobserwuję. Przyczaję się w cieniu. Czasu mam w bród. W dodatku życie w Himarze nie przykrzy się aż tak bardzo, jeśli spędza się więcej czasu na plaży niż w mieście. Zacząłem się powoli zastanawiać nad przeniesieniem manatków z małego, zatęchłego mieszkania, które wynająłem przez Internet, do jednego z nadmorskich hoteli — podczas drogi na wybrzeże mijaliśmy kilka takich. Raz nawet zajrzałem na cennik. Wypisana w pięciu językach — włoskim, greckim, albańskim, niemieckim i angielskim — cena sprawiła, że natychmiast przestałem myśleć o przeprowadzce. Kilka tysięcy euro zawsze robi dobrze na trzeźwość umysłu.
W międzyczasie razem z Adasiem udałem się na kolejne spotkanie ligowe SK Himarë. Na plakatach, które rozwieszono w całym mieście, widniało, jakoby miejscowi mieli się zmierzyć z drużyną o nazwie Albpetrol. A w każdym razie tylko tyle zrozumiałem. Kiedy zasiedliśmy na stadionie w Himarze, Adaś, obeznany już przecież w albańskim futbolu, wytłumaczył pokrótce, że ci niebiescy to nasi, a ci drudzy to nie nasi. Nie znam się na piłce nożnej, więc ożywiłem się tylko dwukrotnie — najpierw w 18’, a następnie w 56’, kiedy napastnicy gospodarzy umieszczali piłkę w siatce. Resztę meczu przyglądałem się z nudów kibicom.
Po ostatnim gwizdku sędziego zeszliśmy z trybun i już zabieraliśmy się do opuszczenia stadionu, gdy nagle spośród ogólnej wrzawy wyłowiłem charakterystyczny okrzyk — okrzyk, którego nie można pomylić z żadnym innym.
***
— K**wa!
Stoję jak wryty pośród tłumu Albańczyków i nie mogę uwierzyć własnym uszom. Adaś również przystaje, marszczy brwi, rozgląda się. Ale nie słychać już nic oprócz hałasu rzeszy kibiców, której prąd ciągnie ku wyjściu ze stadionu.
— Słyszałeś? — Adaś przeciska się przez tłum.
Nie odpowiadam. Wyciągając szyję, obserwuję wejście do szatni dla zawodników — obok klęczy jeden z piłkarzy, którego chyba pamiętam z boiska, ubłocony, ubrany w niebieski stój SK Himarë, wiąże korki, poprawia sznurowadła co chwilę. Nie zwracając uwagi na tłoczących się wokół ludzi — i nieco zdezorientowanego Adasia — podchodzę, a właściwie przepycham się bliżej. Na koszulce piłkarza, zaraz pod numerem dwudziestym czwartym, widnieje nazwisko.
Czytam. Z rozdziawionymi ustami. Bo nie mogę uwierzyć własnym oczom.
Krzemiński.
Krze-miń-ski.
Polak. Polak zawodnikiem Himary.
Bombarduję wzrokiem kreseczkę nad „n” i polskie na wskroś „rz” — i niemal płaczę w duszy ze szczęścia. Dziwię się, owszem, ale i płaczę.
Krzemiński ściąga but, mruczy pod nosem kilka słów o „pieprzonych tandetach” i że „powinny już się rozbić”. Kiedy znika w holu prowadzącym do szatni, chwytam szybko za spraną czapkę z daszkiem należącą do kibica, który akurat przechodził obok, i pewnym krokiem wchodzę do budynku klubowego. Zaraz za drzwiami potykam się o leżące na posadzce zgrzewki wody, niemal tracę Krzemińskiego z oczu, kątem oka zauważam, jak skręca, wchodzi do pierwszego pokoju po lewej. Chwytam więc za zgrzewkę i ruszam do przodu.
— It was a good game, boys…
Wchodzę do szatni i wysoki mężczyzna w eleganckim garniturze natychmiast przestaje przemawiać. Milknie również stojąca obok młoda, ładna dziewczyna o kruczoczarnych włosach i brązowych oczach, ubrana na czarno, chłodna, dystyngowana. Pewnie tłumaczyła, co mówi elegancik w garniaku — czyli, rzecz jasna, Aidan Rubio, poznałem od razu — bo nie przypuszczam, by banda piłkarzyków z Albanii potrafiła rozmawiać płynnie po angielsku.
Rozrywam opakowanie zgrzewki i zaczynam podawać piłkarzom butelki, powoli, z ociąganiem, pragnę uchwycić jak najwięcej, wykorzystać czas do granic możliwości. Nieufność, którą przed chwilą wszyscy okazywali, znika natychmiast, niektórzy zawodnicy dziękują, podają nawet rękę z uśmiechem, nawet Rubio rzuca krótkie „thank you”, natychmiast wraca do omawiania minionego meczu. Tylko siedzący w kącie asystent, zapomniałem, jak się nazywa, spogląda z podejrzliwością. Krótko, potem przenosi wzrok na czarnowłosą piękność, wzdycha. Zadziwiające, jak wiele można zyskać zwykłą pewnością siebie — wystarczy być zdecydowanym, wiedzieć, co ma się zrobić, i wszyscy uwierzą.
Wszyscy.
— …but we have to keep it up — ciągnie Aidan Rubio, łykając tabletkę z wyciągniętego z kieszeni pojemnika bez etykiety. — There are some hard matches coming in next few weeks and I wanna win them…
Czarnowłosa natychmiast tłumaczy.
Asystent w kącie ponownie wzdycha.
I ze złością spogląda na menedżera.
Z zazdrością.
Obserwuję. Wyciągam wnioski.
W końcu macham piłkarzom ręką i wychodzę, butelki z wodą się skończyły.
Na zewnątrz natrafiam na Adasia, który opiera się o mur i znudzony żuje gumę.
— Co robimy?... — pyta, kiedy podchodzę, i z miejsca się ożywia. — To nie może być przypadek. Żaden zbieg okoliczności ani nic takiego. Znaleźliśmy Polaka w Himarze. Miasteczku na końcu świata. Co robimy?...
Wyciągam rękę, by podzielił się gumą, siadam na ławce obok.
— Czekamy.
Jest parno. I duszno. Ciemne chmury zbierają się nad Himarą.
Mija godzina, potem druga. Uparcie ignorujemy zaciekawione i zdziwione spojrzenia personelu klubowego. W końcu jednak mężczyzna, dla którego się męczymy, wychodzi z budynku klubowego, zmierza na parking, ale rozmyśla się w połowie drogi, widać postanawia iść pieszo. Daję Adasiowi znać, by zachował dyskrecję, i zaczynamy podążać krok w krok za mężczyzną, trzymając się, oczywiście, nieco z tyłu. Po minięciu kilku ulic i paru przelotnych rozmowach ze znajomymi zatrzymujemy się wreszcie przed domem mężczyzny.
Cel wchodzi do środka.
Zaczyna grzmieć.
— Mam już dość — odzywa się wreszcie Adaś. — Siedź tu sam. Idę do domu. Nie wiem, po co tu przyszliśmy. Zrozumiałbym, gdybyśmy śledzili tego Krzemińskiego, to jest jakiś trop. Ale tutaj? Tutaj nic nie ma. Idę.
— Idź — wzruszam ramionami.
I Adaś poszedł.
Skryłem się w sieni w bloku naprzeciwko. Przed burzą. I by pozostać niezauważonym.
Stałem tak długo, bardzo długo, nasłuchując odgłosów burzy i obserwując zapalone światła w domu Mario Dibry, asystenta SK Himarë, który wzdychał do kruczowłosej piękności i nie lubił Aidana Rubio — a który najwidoczniej nie mógł zasnąć.