Po oczyszczeniu swojego biurka w klubie z moich rzeczy postanowiłem czym prędzej wyjechać z Brazylii. Nie dziwię się, że wszyscy dobrzy piłkarze stamtąd wyjeżdżają, jest tam gorzej niż w Polsce. Wiem, trudno to sobie wyobrazić, ale tak jest naprawdę. Postanowiłem więc wybrać mniejsze zło i zadzwonić do domu. Nie ma co ukrywać, wszystkie sportowe gazety w Polsce naśmiewały się z moich „niebywałych zdolności trenerskich”. Postanowiłem, że najlepiej udowodnię, iż jestem dobry poprzez przyjęcie pracy w rodzinnym mieście – Lubinie, gdzie właśnie zwolniło się stanowisko trenera. Marek Bajor wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie dostał licencji na prowadzenie Zagłębia, co miałem zamiar wykorzystać. Prezes Koziński pamiętał mnie jeszcze z czasów gry w Zagłębiu, więc zadanie miałem ułatwione. Rzeczywiście, już dzień po przylocie do Polski dostałem wiadomość, że mam się stawić w klubie o godzinie dziewiątej.
Po przybyciu na miejsce uśmiechnąłem się, gdyż moim oczom ukazał się piękny stadion mojego pracodawcy – Dialog Arena. Aż chce się grać na takim obiekcie. Nie miałem jednak czasu na przypatrywanie się, gdyż byłem już lekko spóźniony. Szybkim krokiem pomknąłem do siedziby klubu, gdzie przywitał mnie mój nowy asystent – Marcin Broniszewski. Już na pierwszy rzut oka wydawał się dość gadatliwy. Po otrzymanym od niego raporcie na temat drużyny nie miałem żadnych wątpliwości. Po trzydziestu minutach wnikliwej i jakże nudnej analizy stanu posiadania ruszyłem do swojego gabinetu, zostawiając Marcina za drzwiami. Po chwili już wiedziałem, co, kto, gdzie i za ile. Bez dwóch zdań był nam potrzebny klasowy lewy pomocnik, a i nie pogardziłbym dobrym napastnikiem i solidnym graczem do centrum drugiej linii. Wyruszyłem więc... nie, nie na Wałbrzych, tylko na Białoruś! Sam postanowiłem ocenić przyszłe wzmocnienia, więc dzień później zjawiłem się w Borysowie.
- Wybieram tego, tego i tego – powiedziałem do trenera BATE, wskazując na Rodionova, Skavysha i Stasevicha.
- Dobrze, razem będzie... półtora miliona funtów.
- Dam dwieście pięćdziesiąt tysięcy i ani funta więcej.
- Za tyle to ja mogę raptem Rodionova sprzedać!
- Okej, dzięki, zabieram Vitaly’a ze sobą.
Mając Rodionova na pokładzie mojego luksusowego Fiata 126p, pojechałem do Mińska, żeby ustalić transfer drugiego Białorusina.
- Dwieście.
- Pięćset.
- Dwieście pięćdziesiąt.
- Pięćset pięćdziesiąt.
- Panie, ja idę w górę i pan idziesz w górę, tak to my porozumienia w życiu nie osiągniemy – powiedziałem patrząc dość wymownie na szkoleniowca Dynama Mińsk.
- Siedemset.
- Dobra, niech będzie pięćset.
- Sześćset.
- No bez jaj, co pan tylko liczbami umiesz mówić!? Pięćset i tyle! Siergiej, paszoł do automobilu, sznela, sznela!
- Okej, pięćset tysięcy funtów i to auto.
- A po coż panu ten złom?
- Żona będzie tym jeździć, dość mam używania przez nią mojej taczki na zboże.
- Dobra, stoi. Do widzenia.
Wróciłem do Polski z dwoma potencjalnymi wzmocnieniami. Trenerzy ze wschodniej ściany niezwykle lubią się targować, przez co straciłem siedemset tysięcy funtów i mojego malucha. Ale za to mam dwóch piłkarzy, którzy pomogą mi wspiąć się na wyżyny Ekstraklasy. Dalej jednak nie spełniłem swojego głównego zamierzenia, jakim było ściągnięcie lewoskrzydłowego. Jak gwiazdka z nieba spadła mi oferta kupna Sergio Rosasa, człowieka z kraju sombrer i tequili czyli oczywiście z Meksyku, 18 tysięcy funtów to jak grosze, więc z funduszami nie powinno być problemu. Niestety, do walki o Rosasa przyłączyły się największe kluby z Meksyku – Pachuca i Club Guadalajara. Wciąż byłem pełen optymizmu i wiary w to, że Sergio dojdzie do naszego zespołu. W razie gdyby kierunek zagraniczny nie wypalił, miałem plan B, a nawet i C. Piotr Petasz i Robert Szczot to kolejni potencjalni piłkarze Zagłębia. Na moje nieszczęście, Rosas nawet nie miał zamiaru opuszczać Meksyku i wyśmiał moją ofertę. Postanowiłem postawić na Szczota, a dopiero potem ewentualnie dokupić Petasza.
Dałem sobie tydzień na dopięcie potencjalnych transferów, a potem trzeba było szykować się na sparingi, gdyż w pierwszych dwóch kolejkach czekają na nas Legia i Wisła i trzeba się mocno postarać, żeby nie zaliczyć ostrego lania w tych meczach. Szybko zaprosiłem do Lubina KV Mechelen, West Bromwich Albion i Pogoń Szczecin, żeby zaliczyć solidne przetarcie przed rozpoczęciem sezonu. Okazało się, że Białorusini to szczwane lisy, nie dość, że zabrali mi auto, to jeszcze podbili cenę za Kisylaka i chcąc nie chcąc, musiałem wyłożyć milion funtów na tego zawodnika, ale to się nam opłaci, bez dwóch zdań. Niestety, Rodionov odmówił przejścia do Zagłębia, za co wysłałem go w pieszą podróż do Borysowa. Tym razem jednak wiedziałem, gdzie się udać.
- Sto.
- Sto.
- No, super się z panem pije, a teraz do negocjacji – skomplementowałem i zarazem zmiękczyłem trenera Ruchu Chorzów.
- Sto.
- Starczy już. Osiemdziesiąt tysięcy.
- Mało, oj mało.
- Jak to mało? Wydaje mi się, że wystarczająco. To przecież nie jest Henry, tylko Niedzielan! Przepraszam na chwilę – odszedłem na bok i odebrałem połączenie.
- Mamy Szczota trenerze – w słuchawce rozpoznałem głos Broniszewskiego.
- Super, nie zawracaj mi gitary, ja tu skład kompletuję. Jak chce ci się gadać, to dryndnij na błękitną linię, oni cię wysłuchają.
- Muszę iść, panie Rygiel, z transferu nici, Andrzej zostaje, dopóki w naszej kasie nie pojawi się ćwierć miliona funtów – mówiąc to, Fornalik wyszedł z budynku.
Po powrocie z Chorzowa zastałem w swoim gabinecie... Rodionova, który powiedział, że przysłali go z BATE, bo okazało się, że i Lech Poznań poluje na Vitaly’a. Jeszcze tego samego dnia potwierdzony został transfer Kisylaka, który z miejsca został okrzyknięty rewelacjyjnym posunięciem. Jeśli chodzi o walkę o Rodionova, to na placu boju oprócz nas zostało tylko Middlesbrough, jednak pomimo tego zachowywałem zimną krew, gdyż tym razem, z powodu pozwolenia na pracę (którego Rodionov raczej nie otrzyma), to my mieliśmy przewagę. 24 lipca okazał się dla nas niezwykle szczęśliwym dniem. Najpierw pokonaliśmy w meczu sparingowym WBA aż 3-1, a tuż przed północą BATE potwierdziło transfer Rodionova do naszego klubu! Niestety, kibice uznali, że sporo przepłaciłem i są oburzeni tym zakupem. Vitaly zapewne będzie chciał udowodnić, że fani błędnie ocenili ten transfer i myślę, że w każdym meczu da z siebie sto procent. Kończąc wątek transferowy, dokooptowałem do kadry Zagłębia piłkarza, który już kiedyś grał w Lubinie – Pawła Strąka oraz gracza GKS Bełchatów – Patryka Rachwała.
Mecz z Legią zbliżał się nieubłaganie, trzeba było opracować taktykę. Postanowiłem zagrać dość defensywnie, zacieśnić jak najbardziej pole gry i czyhać na kontrataki. Miałem dość kiepskie skrzydła, więc, co za tym idzie, na Legię skrzydłowi mieli zasiąść na ławce. Ogólny zarys taktyki wyglądał tak:

Ustawienie to dobrze spisywało się podczas meczów sparingowych, których wyniki brzmiały tak:
Zagłębie Lubin 3–0 Górnik Łęczna (Traore, Ekwueme, Jackiewicz)
Zagłębie Lubin 3-2 FK Jagodina (Claudinho, Micanski, Łabędzki)
Zagłębie Lubin 3-1 Ruch Radzionków (Traore, Błąd, Jasiński)
Zagłębie Lubin 0-2 KV Mechelen
Zagłębie Lubin 3-1 West Bromwich Albion (Micanski, Reina, Ekwueme)
Zagłębie Lubin 3-1 Pogoń Szczecin (Claudinho, Rodionov, Kędziora)
Wyglądało na to, że byliśmy gotowi do meczu z Legią. Jeszcze tylko konferencja przedmeczowa i można było w końcu rozpocząć sezon. Polska biurokracja jest koszmarna i nie udało się doprowadzić do skutku transferu Rachwała, jednak nie zmieniło to mojego planu na ten mecz. Byliśmy bardziej wypoczęci od warszawiaków, gdyż Legia trzydziestego lipca grała jeszcze mecz w kwalifikacjach do Ligi Europejskiej z CSKA Sofia, zremisowany 0-0.
Znakomicie spisywał się Isailović, który raz po raz efektownie bronił dostępu do naszej bramki. Trzeba przyznać że Legioniści ułatwiali nam zadanie, strzelając tyleż ładnie, co niecelnie. Niestety, nasza gra ofensywna również kulała – dopiero po dwudziestu minutach udało się nam oddać pierwszy strzał na bramkę Legii. Warszawianie w końcu osiągnęli swoje, strzelając gola w 30. minucie. Radovic miał szczęście i nie ma co ukrywać, wydatną pomoc ze strony obrońców Zagłębia. Dziesięć minut później Kosecki podwyższył na 2-0 i nie zanosiło się na udany debiut w roli menedżera. Do tego nic nie wychodziło nam w obronie i w przerwie postanowiłem wydrzeć się na swoich podopiecznych, którzy grali tak jakby przeciwko nim stał jakiś Arsenal czy Real Madryt. Ostrej przemowie motywacyjnej towarzyszyła zmiana taktyki, oby na lepsze. Legia po przerwie za wszelką cenę chciała pozamiatać i strzelić trzeciego gola, jednak na posterunku był Isailović, który pomimo wpuszczenia dwóch bramek grał bardzo dobrze. Gdy mecz zbliżał się do końca, moja premierowa przegrana stawała się coraz bardziej realna. Piłkarzy nie było już stać na jakąkolwiek akcję bramkową (mówiąc szczerze, to nigdy nie było ich na to stać w tym meczu) i mój debiut w roli menedżera Zagłębia był debiutem przegranym.

Pozytywy:
- Dobra gra Isailovicia
- Pokaz determinacji po straconych bramkach,
- Dobra reakcja na rozmowę motywacyjną.
Negatywy:
- Sretenovic...
- Mój „geniusz taktyczny”.
Nadszedł czas meczu z Wisłą, inauguracja mojej przygody menedżerskiej na Dialog Arenie. Pomimo iż kibice z trudem wybaczyli mi przegraną z Legią, największym rywalem lubinian, jednak potrafili wesprzeć mnie przed spotkaniem z Mistrzem Polski. Doszedł do nas Rachwał, który jeszcze bardziej zaostrzył rywalizację w środkowej strefie boiska. Teraz była to najsilniejsza formacja, gdyż o dwa miejsca w wyjściowym składzie musieli walczyć ze sobą tacy gracze jak właśnie Rachwał czy też Kisylak. Niemniej postanowiłem odejść od koncepcji przygotowanej na Legię i ustawić 4-4-2 z wysuniętymi skrzydłowymi. Wisła też powinna wypaść gorzej kondycyjnie, gdyż podobnie jak Legia, krakowianie grali w europejskich pucharach, z tym że Wisełka w Lidze Mistrzów, gdzie po pokonaniu Ventsiplisu trafili do czwartej rundy kwalifikacyjnej.
Tłumy zebrały się na Dialog Arenie, żeby obejrzeć widowisko. Rozpoczęło się od fajerwerków, gdyż niezwykle zmotywowany Rodionov postanowił już w drugiej minucie strzelić bramkę. Po szybko strzelonej bramce kontrolowaliśmy przebieg spotkania, Wisła grała nieskutecznie i słabo, domagając się po każdej nieudanej akcji rzutu karnego. Rodionov zaś był jakby przeciwieństwem gry Wisły, raz po raz przedzierając się do szesnastki krakowian, stwarzając nieustanne zagrożenie pod ich bramką. Micanski nie chciał być gorszy i dzielnie wspierał Białorusina w ofensywie. Do przerwy nie wyglądało na to, że Wisła będzie w stanie nas dzisiaj pokonać, graliśmy lepiej, dokładniej, radośniej. Widać było też różnicę w kondycji obu zespołów, zdecydowanie przeważaliśmy jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Musiałem jednak stonować nastroje, gdyż przed nami była jeszcze druga połowa, która mogła przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Wisły. Pierwsze minuty jednak zadały kłam moim obawom, gdyż w 57. minucie Rodionov trafił po raz drugi, tym razem zawdzięczając trafienie koszmarnej pomyłce Pawełka, do czego zresztą można było przez tyle spotkań przywyknąć. Wisła obudziła się po tej bramce, jednak było już o wiele za późno, żeby coś zmienić, zwłaszcza, że celność strzałów piłkarzy gości pozostawiała sporo do życzenia. Gdy kibice powoli ochłonęli z emocji, Micanski dał im kolejny powód do radości, strzelając na 3-0. Asystentem był nie kto inny jak Rodionov, który z razu zmienił zdanie kibiców na jego temat. Wiślacy bezskutecznie próbowali odwołać się do sędziego, ale ten pozostał niewzruszony i mogliśmy zacząć świętować naprawdę przekonywujące zwycięstwo. W 80. minucie czerwoną kartkę złapał jeszcze Marcelo, podsumowując katastrofalny występ gości. Gdy mecz zbliżał się już ku końcowi, Jirsak postanowił wcześniej zejść do szatni i sfaulował Stasiaka, zarabiając drugą żółtą kartkę. Wreszcie koniec! Wisła zagrała tragicznie, my świetnie, co złożyło się na zwycięstwo 3-0 dla Zagłębia.

Pozytywy:
- Genialna gra Rodionova i Micanskiego,
- Dobra postawa obrony,
- Powrót do pierwszej piątki tabeli,
- Piękne widowisko.
Negatywy:
- Lekka kontuzja Reiny.
Kibice mieli trochę czasu na radość na ulicach miasta, a my już myślami byliśmy przy spotkaniu z Piastem Gliwice...