Kolejna grupa Mistrzostw Świata uchodziła za jedną z najłatwiejszych. W jej ramach bowiem znalazło się miejsce dla debiutanta ze Słowacji oraz ekipy, która od 28 lat nie brała udziału w tak wielkiej imprezie. Przed losowaniem wszyscy selekcjonerzy z utęsknieniem wyczekiwali chwili, gdy Charlize Theron wyciągnie kartkę z nazwą Słowacji lub Nowej Zelandii. W końcu los skojarzył obydwie ekipy w obrębie tej samej grupy, szeroko otwierając dla pozostałych reprezentacji drzwi do fazy eliminacyjnej. Wszyscy zgodnie twierdzili, że murowanym faworytem w całej stawce jest ekipa obrońców tytułu z Półwyspu Apenińskiego. Włosi w spotkaniach kontrolnych poprzedzających Mundial mieli swoje problemy, ale notowania bukmacherów oraz spekulacje ekspertów kazały stawiać tę ekipę w roli jednego z pretendentów do końcowego sukcesu. Szyki mogła im pokrzyżować reprezentacja Paragwaju, która zebrała w swych szeregach doświadczonych zawodników z kilku uznanych, europejskich klubów, wspieranych przez utalentowanych piłkarzy występujących w Ameryce Południowej. Całość przyprawiona była głodem sukcesu i realną szansą na wyjście z grupy, która ujawniła się w chwili, gdy ostatnia piłka z koszyka trafiła w ręce losujących. Uśmiech goszczący na twarzach przedstawicieli Paragwaju i Włoch zwiastował prostą drogę wprost do fazy eliminacyjnej. Racjonalizm kazał jednak zachowywać resztki powściągliwości. Wszak nie należy dzielić skóry na żywym niedźwiedziu o czym boleśnie przekonała się nie jedna ekipa biorąca udział w mundialowym festiwalu niespodzianek.
Selekcjoner Mistrzów Świata - Marcello Lippi od razu zaznaczał, że rywale Włochów nie są łatwi. Mentor Italii jasno stwierdził, że na Mistrzostwach Świata nie ma podziału na grupy łatwe i trudne, ale na papierze rzeczywiście wygląda na to, że najciekawiej prezentują się te z udziałem Niemiec i Brazylii. Dla prowadzonej przez niego reprezentacji tak naprawdę nie ma znaczenia, w jakiej grupie się znajduje, gdyż Włosi zawsze mierzą w zwycięstwo. Za najtrudniejszy pojedynek od samego początku uważał mecz otwarcia z Paragwajem, gdyż to właśnie od pierwszego meczu zwykle zależy najwięcej. Ten mecz rozegrany zostanie na stadionie w Kapsztadzie, tak więc jego reprezentacja nie powinna narzekać na położenie stadionu na zbyt dużej wysokości. Ta kwestia przejawia się w wypowiedziach wielu menedżerów, którzy dostrzegają w tym aspekcie duży problem. Gerardo Martino bez zbytniej kurtuazji stwierdza, że dysponuje w swoim składzie kilkoma najlepszymi zawodnikami na świecie. Jako klucz do zwycięstwa prowadzonej przez niego reprezentacji wskazuje zaprezentowanie swoich własnych umiejętności, bez względu na klasę przeciwnika. Podobnie jak selekcjoner swego pierwszego rywala, również Argentyńczyk wskazuje jako kluczowe spotkanie z Włochami, gdyż „dobry wynik przeciwko Mistrzom Świata będzie decydujący dla losów rywalizacji w grupie". Argentyńczyk nie omieszkał również skomentować obecności ekipy Nowej Zelandii, która - jego zdaniem - nie jest wcale łatwym przeciwnikiem do ogrania. Odnosząc się jeszcze do własnej reprezentacji, zauważył, że udział w Mistrzostwach Świata będzie dla młodych zawodników jego kadry ogromnym doświadczeniem. „To dla nich doskonała okazja do zmierzenia swych sił z najlepszymi drużynami na świecie" - dodaje na zakończenie. Asystent selekcjonera Nowej Zelandii dostrzega siłę głównego faworyta grupy - reprezentacji Italii - spekulując, że jego ekipa będzie musiała wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, aby zmierzyć się z obrońcami tytułu. Zapowiada jednak, że zespół zamierza wywieźć z tej potyczki korzystny rezultat. „Nie braliśmy udziału w Mistrzostwach Świata przez 28 lat a teraz jedziemy do Republiki Południowej Afryki i będziemy musieli zmierzyć się z reprezentacją Włoch. To będzie spore wyzwanie." - zauważa. Brian Turner uwzględnił w swojej ocenie fakt, że obydwie reprezentacje mierzyły się ze sobą w starciu przed Pucharem Konfederacji, tak więc to spotkanie powinno dać jego ekipie nieco pewności siebie. „Zagraliśmy fantastyczne spotkanie, prowadziliśmy przez większość meczu, gdy Włosi wprowadzili na boisko swoje gwiazdy, przegraliśmy 4:3" - wspomina. Pomimo porażki w tym spotkaniu dostrzega spore doświadczenie płynące z tej konfrontacji, które jego zdaniem powinno zaprocentować właśnie podczas Mundialu w RPA. Jaki cel stawiają przed sobą Nowozelandczycy? Bardzo prosty - zyskać szacunek ludzi na całym świecie dla reprezentacji Nowej Zelandii. Vladimir Weiss z przekąsem stwierdza, że przed losowaniem wszyscy chcieliby za rywala prowadzoną przez niego reprezentację, albo też ekipę Nowej Zelandii, a tymczasem te dwie drużyny znalazły się w obrębie tej samej grupy. Selekcjoner Słowacji zdaje sobie sprawę, że prowadzonej przez niego drużynie będzie trudno mierzyć się z Włochami. „Oni posiadają ogromne doświadczenie w tego typu imprezach, a tego właśnie nam brakuje. Jednak dla wszystkich ekip będzie tak samo trudno, w końcu to Mistrzostwa Świata" - dodaje. Oceniając grupę, Weiss zauważa, że w jej skład wchodzą bardzo dobre zespoły. Na samo zakończenie dodaje jeszcze, że dla reprezentacji Słowacji fantastyczna jest już sama obecność w tym turnieju.
Dziś już wiemy, że nasi południowi sąsiedzi nie ograniczali się tylko i wyłącznie do samej obecności na Mundialu i - ku zaskoczeniu wszystkich - nawiązali do udanego debiutu Senegalu z 2002 i wyszli z grupy kosztem Mistrzów Świata. Najwięcej w tym zasługi Roberta Vittka, który w całym Mundialu ustrzelił trzy bramki, ale w sukurs poszli mu inni piłkarze, którzy stworzyli sytuacje podbramkowe. Pora zatem poznać głównych architektów widowiska toczącego się w obrębie grupy F.
1.Kolejka
Na otwarcie grupy obrońcy tytułu musieli stawić czoła debiutującej na Mistrzostwach Świata reprezentacji Słowacji. Ekipa obrońców tytułu pod wodzą Marcello Lippiego od zawsze występowała w klasycznym ustawieniu 4-4-2, które cztery lata temu dało tej drużynie upragniony tytuł. Tym razem nie było inaczej. Parę napastników utworzyli doświadczeni snajperzy z Juventusu - Alessandro Del Piero oraz Amauri. Sentyment Lippiego do turyńskiego klubu był aż nader widoczny, gdyż w wyjściowe jedenastce postawiono na ośmiu zawodników reprezentujących biało-czarne barwy. Wiele miejsca pozostawiano dyskusji o zawodnikach wchodzących w skład środkowej sekcji drugiej linii. Ostatecznie doświadczony szkoleniowiec z Włoch postanowił obsadzić na tych pozycjach jednego typowego defensywnego pomocnika - Daniele de Rosseigo, u boku którego operował nieco bardziej ofensywnie usposobiony Claudio Marchisio. Obaj jednak nie byli typowymi ofensywnymi rozgrywającymi pokroju Francesco Tottiego, ale mimo to zawodnik z Turynu wziął ciężar rozgrywania akcji na swoje barki i trzeba przyznać, że znakomicie się z tych zadań wywiązał. Włosi mieli o tyle ułatwione zadanie, że rywal wyszedł w identycznym ustawieniu. Dziennikarze sportowi przed tym spotkaniem wróżyli wygraną Włochom, głównie ze względu na wzajemne ogranie zawodników i fakt, że w starciu pomiędzy identycznymi ustawieniami, decydujące okazują się umiejętności poszczególnych zawodników. Te, inaczej niż w rzeczywistości, były po stronie Mistrzów Świata, czego dowodem była szybko strzelona bramka. Już w 14. minucie Daniele de Rossi dopadł do wybitej na oślep piłki i swoim firmowym uderzeniem z dystansu dał obrońcom tytułu prowadzenie. Słowacy nawet nie próbowali odpowiedzieć, gdyż nie mieli ku temu środków. Zawodnik, od którego w reprezentacji zależało najwięcej - Marek Hamsik - został skutecznie wyłączony z gry przez zdobywcę gola, przez co para napastników Stanislav Sestak i Filip Holosko była praktycznie odcięta od jakichkolwiek zagrań. Tymczasem Włosi prezentowali iście odmienny sposób rozgrywania piłki od tego, z którego słynęli. Zamykając rywala na własnej połowie, Mistrzowie Świata spokojnie operowali piłką, przerzucając co i rusz ciężar gry pomiędzy flankami. To zmuszało Słowaków do poszukiwania swych okazji wyłącznie z szybkich kontrataków. W sumie w ten sposób stworzyli sobie dwie dogodne sytuacje, z których żadna nie została zakończona strzałem w światło bramki. Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. W dalszym ciągu Włosi trzymali Słowaków w szachu, a Gianluigi Buffon musiał truchtać od słupa do słupka, aby nieco się rozgrzać. Upór obrońców tytułu przyniósł im jeszcze jedno trafienie. Wystarczyła szybka wymiana piłek pomiędzy parą napastników, aby Alessandro Del Piero stanął oko w oko z Jankiem Muchą, ustalając tym samym wynik meczu na 2:0.
W drugim spotkaniu kolejny kandydat do awansu miał rozprawić się ze znacznie słabszą reprezentacją Nowej Zelandii. Paragwajczycy postawili na wzmocnienie środka boiska, gdzie oprócz pary napastników, szeregi obronne rywala straszyć miał ofensywny rozgrywający - Osvaldo Martinez. Przed Nową Zelandią otwierała się szansa na wykorzystanie przewagi w bocznych sektorach boiska, gdzie dysponowali ofensywnie usposobionymi obrońcami oraz typowymi skrzydłowymi w drugiej linii. To właśnie z tamtych rejonów miały być zagrywane głębokie dośrodkowania na wysokich snajperów. Trwające Mistrzostwa Świata udowadniały jednak, że ten wariant gry nie zawsze zdaje egzamin i nie inaczej było w tym przypadku. Paragwaj, głównie dzięki przewadze jednego zawodnika w środku boiska, szybko zmusił środkowych pomocników do gry zaraz przed stoperami, a czteroosobowy blok defensywny nie wpuszczał skrzydłowych All White w okolice pola bramkowego, skąd mogliby się popisać celnym dośrodkowaniem. O przebiegu tego spotkania najlepiej świadczą jego statystyki. W całym meczu zawodnicy z Nowej Zelandii oddali trzy niecelne strzały, a tymczasem Paragwajczycy o dwadzieścia więcej. Trzynaście z nich zmuszało Glena Mossa do wysiłku. Bramkarzowi występującemu na co dzień w rodzimej lidze nie pomagali środkowi obrońcy, którzy popełniali przedszkolne błędy, wpuszczając w pole karne swoich rywali. Z takich niespodzianek chętnie korzystali nie tylko napastnicy Paragwaju, ale i środkowi pomocnicy, a konkretnie Jonathan Santana, który w 29. minucie dał przedstawicielom Ameryki Południowej pierwsze trafienie. W jego ślady poszedł Oscar Cardozo, który najpierw zakręcił obrońcami w polu karnym, a potem huknął tuż pod poprzeczką. Prawdziwa strzelanina rozpoczęła się na dobre po zmianie stron, a w rolę egzekutorów ponownie wcielili się Oscar Cardozo i Jonathan Santana. Ten drugi podwyższył w 66. minucie, popisując się fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego, a na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem skompletował hat-tricka, wykorzystując prostopadłą piłkę. Grający na luzie zespół w samej końcówce spotkania zaczął popisywać się efektownymi sztuczkami technicznymi. Zawodnicy jednak nie zapominali także o randze tego wydarzenia, a najlepiej widział to Cardozo, który jeszcze dwukrotnie pokonał Glena Mossa, zdobywając hat-tricka i ustalając wynik spotkania na 6:0.
Słowacja - Włochy 0:2
[ D. De Rossi 14', A. Del Piero 66']
Nowa Zelandia - Paragwaj 0:6
[J. Santata 29', 66', 81', O. Cardozo 37', 85', 89']
2.Kolejka
Druga kolejka spotkań miała odpowiedzieć na wszystkie pytania, bowiem w jej ramach spotkały się drużyny, które w pierwszych meczach zdobyły komplet punktów i te, które zasmakował goryczy porażki. Jeżeli Słowacy albo Nowozelandczycy mieli jeszcze apetyt na awans, to musieli rozstrzygnąć tę potyczkę na swoją korzyść. Remis w zasadzie oznaczałby automatyczne pogrzebanie szans obydwu ekip, tym bardziej, że przecież terminarz przewidywał jeszcze jedno spotkanie z silnym przeciwnikiem. Stojące pod ścianą ekipy rozpoczęły ochoczo to spotkanie, raz po raz nękając przeciwnika prostopadłymi piłkami zagrywanymi z drugiej linii. Obydwaj trenerzy doskonale zdawali sobie sprawę, że w ten sposób najłatwiej rozerwać stojących w jeden linii pomocników i zawodników formacji defensywnej. Po dwudziestu minutach równorzędnej walki o strzał z dystansu pokusił się napastnik Nowej Zelandii - Chris Wood. To był jego strzał życia, po którym piłka niemal nie zerwała pajęczyny w okienku bramki Tomasa Kosickyego, zastępującego między słupkami legijnego bramkarza. Słowacy natychmiast ruszyli do zdecydowanego ataku i w niecałe dziesięć minut odrobili straty. Konkretnie uczynił to napastnik Besiktasu - Filip Holosko. Dwudziestosześciolatek zerwał się obrońcom i na przestrzeni kilku metrów zostawił w tyle ślamazarnego Ryana Nelsena oraz Jonathona Taylora, po czym bez najmniejszym problemów umieścił piłkę w siatce. Słowak jeszcze raz potwierdził tezę, że czteroosobowy mur łatwiej zgubić prostopadłym zagraniem niźli dośrodkowaniem w pole karne. Szybkość Holosko nie raz jeszcze w tym spotkaniu dawała się we znaki stoperom z Nowej Zelandii, a przy niezbyt dobrej motoryce, zwiastowała tylko i wyłącznie spore kłopoty pod bramką Glena Mossa. I rzeczywiście, bramkarz All White dwoił się i troił, wyciągając nieprawdopodobne piłki. To w znaczniej mierze zadecydowało o tym, iż do gwizdka oznaczającego koniec pierwszej połowy, obydwa zespoły nie zmieniły rezultatu. Zmiana stron nie odmieniła poczynań gości z antypodów. W dalszym ciągu ich głównym zadaniem pozostawało zwieranie szyków przed kolejnym atakiem sunącym ze strony mundialowego debiutanta. I o ile przez pewien etap pierwszej połowy, próbowali swych sił w ofensywie, o tyle w trakcie drugich 45. minut chowali się za podwójną gardą w oczekiwaniu na kontratak. Stare porzekadło mówi o dwóch sposobach zdobywania bramek. W pierwszym piłka wpada do siatki po wymianie trzydziestu podań, właśnie taki wariant wcielali w życie Słowacy. Drugie założenie jest znacznie prostsze i polega na wymianie dwóch, trzech podań i sfinalizowaniu akcji. Oczywiście ten wariant stosowali zawodnicy Nowej Zelandii. Ciężko oceniać, które założenie jest lepsze, bowiem obydwa wydały swe owoce w drugich 45. minutach. Najpierw efektowne podanie w uliczkę wykorzystał Stanislav Sestak, a ledwie dwie minuty później ponad dwudziestometrowy sprint z piłką przy nodze pozwolił Timowi Brownowi wyrównać stan rywalizacji. Ten mecz nie wyłonił zwycięzcy, ale pomimo remisu, wszyscy mogli czuć się przegranymi. Podział punktów w potyczce stanowił faktyczny bilet do domu dla obydwu ekip.
Status quo w meczu pomiędzy dwoma najsłabszymi zespołami grupy F oznaczał, że tego wieczora na Nelson Mandela Bay Stadium w Port Elizabeth jedna z drużyn może zapewnić sobie przepustkę do dalszej rundy. Włosi, pewni swego po przekonującej wygranej nad Słowacją, jeszcze raz zawierzyli starej, sprawdzonej taktyce opracowanej przez Marcello Lippiego. Paragwajczycy natomiast zrezygnowali z ustawienia 4-3-1-2, które w pierwszej kolejce pozwoliło im na ustrzelenie aż sześciu bramek w konfrontacji z Nową Zelandią. Starcie Lippi kontra Martino, miało przebiegać pod dyktando ustawienia 4-4-2. To oznaczało, że Paragwajczycy pokładają niesamowitą wiarę w umiejętności swoich piłkarzy, gdyż jak zwykle grono ekspertów upatrywało faworyta tego starcia w ekipie posiadającej lepszych zawodników. Kluczem do zwycięstwa było opanowanie środowej części boiska, stąd walka o ten skrawek boiska trwała przez ponad pół godziny. Żadnej z drużyn nie udało się tak naprawdę zdominować tej części boiska, stąd też akcje musiały być grane na znacznej szybkości, a piłka wielokrotnie była trącana czubkiem buta. W całym zgiełku nieco lepiej odnajdywali się Włosi, którzy torowali sobie drogę za pomocą łokci i szturchańców. W końcu udało im się zamknąć przeciwnika na własnej połowie i teraz pozostało już tylko skoncentrować się na wbijaniu goli. Te jednak długo nie chciały wpadać, w czym największą zasługę miała zwarta linia obronna zespołu paragwajskiego, która skutecznie blokowała zagrania ze skrzydeł, albo łapała Włochów na ofsajdach. Do zmiany rezultatu potrzeba było rozciągnięcia akcji, co też uczynił Daniele de Rossi w 29. minucie, wypuszczając Paolo de Ceglie, który potężnym strzałem w kierunku dalszego słupka dał wreszcie Włochom prowadzenie. Mistrzowie Świata zdawali sobie sprawę, że raz zdobytego środka boiska nie należy oddawać pod opiekę rozwścieczonego rywala. Taka postawa pozwoliła zawodnikom Italii na spokojne kontrolowanie przebiegu konfrontacji przez resztę pierwszej połowy. Drugie 45. minut przyniosło wściekłą szarżę Paragwajczyków, którzy postanowili zepchnąć obrońców tytułu do nieco głębszej defensywy, by zyskać czas na przeprowadzanie akcji ofensywnych. Napór zawodników z Ameryki Południowej przerywany był okresami Włoskiej dominacji. Znacznie bardziej krótkotrwałej aniżeli w pierwszej połowie, ale za to odrobinę groźniejszej. Swoje okazje zmarnowali zarówno Mario Balotelli, jak i Amauri. Włosi jednak, widząc niezbyt żwawe poczynania Paragwajczyków oraz ośmieleni kilkoma składnymi akcjami, jeszcze raz doskoczyli do gardeł rywala. To zemściło się okrutnie w 70. minucie, kiedy to szybki kontratak wykorzystał Lucas Barrios. Kilka minut zajęło obrońcom tytułu pozbieranie się po tym ciosie, ale chaotyczne akcje oraz długie zagrania nie zdały egzaminu i wynik nie uległ zmianie.
Nowa Zelandia - Słowacja 2:2
[ C. Wood 20', T. Brown 70' | F. Holosko 29', S. Sestak 68']
Paragwaj - Włochy 1:1
[ L. Barrios 70' | P. de Ceglie 29']
3.Kolejka
Remisy zanotowane w spotkaniach rozgrywanych w ramach drugiej kolejki sprawiły, że kwestia awansów pozostała cały czas otwarta. W sumie wszystkie ekipy posiadały matematyczne szanse na wyjście z grupy, choć należało dać wiarę założeniom bukmacherów, którzy twierdzili, iż Nowa Zelandia raczej nie odrobi sześciobramkowej straty do reszty stawki. Dodajmy, że musieliby to uczynić w starciu z Włochami, którzy na Mistrzostwach Świata w Republice Południowej Afryki prezentowali bardzo ciekawy futbol. Bardziej optymistycznie prezentowała się sytuacja Słowacji, która aby myśleć o awansie musiała wysoko pokonać Paragwaj, albo też - przy porażce Włochów - liczyć na korzystny bilans bramek w porównaniu z obrońcami tytułu. Tak czy inaczej warunkiem sine qua non było uzyskanie kompletu punktów nad Paragwajem. Nic dziwnego, że ekipa stojąca pod ścianą znacznie bardziej ochoczo garnęła się do akcji ofensywnych. Problem Słowaków polegał na tym, że argentyński szkoleniowiec postanowił powrócić do ustawienia 4-3-1-2, które sprawdziło się w starciu z Nową Zelandią. Przewaga zawodników w środku boiska skutecznie zawężała pole manewru Vladimirowi Weissowi, zwłaszcza że selekcjoner naszych południowych sąsiadów największe nadzieje pokładał w szybkości Filipa Holosko. Aby jego motoryka mogła być skutecznie wykorzystana, należało zagrywać do niego prostopadłe piłki z drugiej linii, tymczasem te z trudem przechodziły przez gąszcz pomocników. Mimo to Słowacy nie rezygnowali i szukali swego szczęścia w akcjach oskrzydlających. Inaczej jednak niż pozostałe ekipy grające systemem 4-4-2 nie ograniczali się tylko i wyłącznie do wrzutek w pole bramkowe, ale szukali zejść do środka i właśnie prostopadłych piłek. Najciekawsze jest to, że rajdy skrzydłowych pociągały za sobą powrót jednego z pomocników, przez co w środku robiła się odrobina wolnego miejsca. Było jego na tyle dużo, że celnym strzałem z dystansu mógł popisać się Marek Hamsik, a szybkość Filipa Holosko pozwoliła mu dopaść do wybitej futbolówki i wpakować ją do siatki. Dopiero po tej akcji Paragwajczycy zaczęli martwić się o kwestię ich awansu do dalszej rundy, co oczywiście poskutkowało mobilizująco na ich poczynania na boisku. Dopiero wówczas stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, ale dobrze pomiędzy słupkami sprawował się Jan Mucha. Kiedy już wszyscy zgromadzeni na Noses Mabhida Stadium w Durbnanie liczyli, że pierwsza połowa zakończy się jednobramkowym prowadzeniem Słowaków, dośrodkowanie z rzutu rożnego wykorzystał Lucas Barrios, doprowadzając do wyrównania stanu rywalizacji. Obydwie ekipy miał jeszcze kolejne 45. minut na rozstrzygnięcie losów spotkania na swoją korzyść. Tyle tylko, że Paragwajczycy starali się raczej oszczędzać swoje siły na trudniejsze spotkania, a Słowacy nie mieli zbytniego pomysłu jak przedrzeć się pod bramkę Justo Villara. Nic dziwnego, że wynik z pierwszej połowy utrzymał się także do końcowego gwizdka.
Na brak emocji nie można było natomiast narzekać w starciu pomiędzy Włochami i ekipą z Nowej Zelandii. Nic dziwnego, że tuż po losowaniu wszyscy reprezentacyjni szkoleniowcy pragnęli mieć w swojej grupie drużynę z antypodów. All White faktycznie stanowili najsłabszą jedenastkę, która chętnie zapraszała napastników rywala do strzelania bramek. Tym razem jednak postawili obrońcom tytułu nieco cięższe warunki, trzymając gwiazdy serie A na dystans. Kluczem do skutecznego zabezpieczenia tyłów była jednak dyscyplina taktyczna, którą w tym spotkaniu defensorzy Nowej Zelandii stawiali nader wszystko. To pozwoliło im dotrwać do końca pierwszej połowy bez straty bramki, przez co wielu ekspertów zachodziło w głowę, czy faktycznie najsłabsza ekipa Mundialu może zabrać Włochom jakieś punkty. Burda we Włoskiej szatni przyniosła oczekiwaną zmianę obrazu gry. Szybsza wymiana podań i przerzucanie co i rusz ciężaru gry pomiędzy flankami rozciągnęło zwarty blok defensywny i już w pierwszej akcji po zmianie stron Mario Balotelli wpisał się na listę strzelców, zdobywając gola po zagraniu z drugiej linii. Trafienie uzdolnionego napastnika Interu Mediolan wyraźnie zrzuciło ciążącą na obrońcach tytułu presję. Mistrzowie Świata zaczęli spokojniej rozgrywać piłkę, przyspieszając z akcją w kluczowych jej momentach. Szczególnie przydatne okazały się prostopadłe piłki, które rozrywały czteroosobowy mur defensywny, pozwalając tym samym na wejście w pole karne i stworzenie okazji do strzału, albo zagrania na dobitkę, posłanego w poprzek bramki. Na lewym skrzydle szalał Paolo de Ceglie, który dzięki zagraniu w uliczkę stanął oko w oko z Glenem Mossem, pokonując nowozelandzkiego bramkarza uderzeniem w kierunku bliższego słupka. Chwilę później ten sam zawodnik jeszcze raz otrzymał futbolówkę w polu karnym i tym razem spokojnie posłał ją obok interweniującego bramkarza. Pewne prowadzenie przyniosło Włochom jeszcze więcej luzu i pewności siebie. Wraz z trzecim trafieniem Mistrzowie Świata zaczęli bawić się piłką, popisując się sztukami technicznymi i kręcąc młynki z obrońcami na plecach. Nowozelandczycy nie starali się nawet odpowiedzieć, skupiając się niemal w całości na zatrzymaniu rozpędzonego rywala. Jednostronne widowisko utrzymywało się przez resztę regulaminowego czasu gry, a w doliczonym czasie, jeszcze jedno trafienie dołożył Mauro Camoranesi, ustalając wynik meczu na 4:0.
Słowacja - Paragwaj 1:1
[F. Holosko 26', L. Barrios 45+2']
Włochy - Nowa Zelandia 4:0
[ M. Balotelli 49', P. De Ceglie 67', 73', M. Camoranesi 90+1']
Ostateczne wyniki
W wirtualnej grupie F - inaczej niż w jej rzeczywistym odpowiedniku - nie było niespodzianek. Wygrywali faworyci, gładko ogrywając słabsze ekipy i zachowując pomiędzy sobą zupełne status quo. Włosi zgodnie z planem zajęli pierwsze miejsce w grupie, prezentując się najlepiej spośród wszystkich drużyn. W każdej rywalizacji to oni byli stroną dominującą, wypracowywali sobie więcej dogodnych sytuacji i z reguły, lepiej je wykorzystywali. Tak jak cztery lata temu, tak i teraz kluczową rolę w ustawieniu Marcello Lippiego odgrywali zawodnicy na skrzydłach. Świadczą o tym trzy trafienia Paolo de Ceglie i jedna bramka zdobyta przez Mauro Camoranesiego. Boczni obrońcy swoimi ofensywnymi wejściami robili nieco wolnego miejsca dla skrajnych pomocników, którzy z reguły schodzili z akcją do środka w oczekiwaniu na prostopadłą piłkę, która trafiała do nich po wymianie futbolówki z jednym ze środkowych pomocników. Włosi nie popełnili błędów innych ekip grających w tym ustawieniu i zrezygnowali z dośrodkowań, pomimo tego, że rosły Vicenzo Iaquinta albo też Amauri spokojnie mogli toczyć walkę o górne piłki. Obrońcy tytułu zatem jeszcze raz udowodnili, że ich myśl szkoleniowa ma się bardzo dobrze. Co więcej zaprzeczyli często wysuwanej tezie, że czasy ustawienia 4-4-2 już dawno minęły. To samo uczynili Paragwajczycy, którzy ostatecznie zajęli drugą lokatę. Zauważmy, że w kluczowym spotkaniu z Włochami postawili właśnie na klasyczne 4-4-2, rezygnując z ustawienia, które dało im wysokie zwycięstwo nad Nową Zelandią. Taki zabieg taktyczny chyba jednak należy uznać za błąd argentyńskiego szkoleniowca. Wiele razy już podkreślano, że walka w identycznych ustawieniach sprowadza się do wygranej ekipy, która posiada w swych szeregach więcej indywidualności. Można się domyślać co by było, gdyby w tym spotkaniu przeciwstawiono włoskie skrzydła przeciw zagęszczonemu środkowi boiska w wykonaniu peruwiańskiej ekipy. Być może właśnie chęć zablokowania bocznych sektorów boiska wymusiła na Gerardo Martino zmianę ustawienia. Rywalizacja w grupie F przebiegała pod dyktando jednej zabójczej broni, której nie straszne były, ani włoskie skrzydła, ani peruwiański środek, ani też sztywna, nowozelandzka defensywa. Tą broń stanowiły prostopadłe piłki zagrywane na dobieg. Włochom pozwoliły płynnie wpuszczać w pole bramkowe bocznych pomocników, Peruwiańczykom umożliwiały przedarcie się przez środek boiska, a Słowakom wykorzystanie największego atutu - szybkości swego napastnika. Tylko Nowozelandczycy nie wykorzystywali ich siły, skazując się na ostatnie miejsce w tabeli.