Bezsenność, bezsenność, bezsenność. Dziwię się właściwie, dlaczego teraz, siedząc w parku z lufą przy skroni, pamiętam przede wszystkim o nieprzespanych nocach, podczas których męczyłem się, wierciłem i nie mogłem zmrużyć oka. Ludzie podobno zapamiętują tylko dobre chwile, resztę odrzucają — dzięki upływowi czasu, który uśmierza ból, lub dzięki snom właśnie. A może po prostu w ciemności i w ciszy lepiej się myśli?
Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Chyba nie, nie myśli się lepiej. Pierwsze tygodnie, odkąd nie mogłem zasnąć, nie zwiastowały niczego złego. Życie toczyło się normalnie, tylko trochę bardziej... nudno, bo wieczorami uparcie próbowałem zamknąć oczy, odpłynąć - i może jeszcze bardziej uparcie nie mogłem. Dopiero później zaczęły się schody. Cholerne, pieprzone, kręte jak wąż schody.
Wkrótce zacząłem przypominać sobie Aidana Rubio, który ogłuszał się tymi cholernymi tabletkami, jakimiś narkotykami pewnie. Nic nie czułem. Życie... życie po prostu się toczyło. Szło na przód. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień za dniem - i nieprzespana noc za nieprzespaną nocą. Życie szło naprzód... bardzo szybko i bardzo powoli, ale jakby beze mnie. Byłem gdzieś obok. Bardzo blisko i bardzo daleko. Wiesz, bezsenność sprawia, że egzystencja staje się jednym wielkim koszmarem, z którego nie można się przebudzić. Ponieważ się nie śni. Wszystko zaczyna wyglądać jak kopia kopii jeszcze innej kopii. Pojawia się nuda, pustka, zobojętnienie. Powoli przestajesz się przejmować. Powoli przestawałem się przejmować. Nawet Eleni... nie... tylko Eleni jakoś przebijała się przez barierę marazmu. Zatracałem się. Staczałem na dno. Ale pierwsze tygodnie, podczas których nie mogłem zasnąć, nie zwiastowały niczego złego.
***
Bezsenność, która nie zwiastowała niczego złego, pośród bezkresu identycznych dni, na oceanie skopiowanych jak od kalki nocy. Zarząd przeprowadzający nowe czystki, kiedy wydawało się, że niczego - nikogo - więcej wyczyścić się nie da. Aidan Rubio, zły, wredny i obcy. Aidan Rubio, który, kiedy było trzeba, jako jedyny wyciągnął dłoń, by pomóc. Mustafa Spaho o nieprzeniknionych oczach i zaciętym wyrazie twarzy. Obcokrajowiec, który pojawił się znikąd, nabałaganił i rozpłynął się szybko jak cień. I ciemne, niemal czarne włosy Eleni opadające w bezczelnym nieładzie na oczy, usta i nos, łaskoczące mnie w uszy i szyję. Niecierpliwe oddechy i gesty, jej, moje. Nasze.
Leżała na łóżku, koszulką ocierała się o zmięte prześcieradło. Patrzyłem w zachwycie przez chwilę trwającą tak długo jak wieczność; patrzyłem, nie mogąc uwierzyć własnym zmysłom - bo czułem zapach potu i pożądania, żądzy i zmysłów, muskałem jej chłodnej, elektryzującej skóry, na ramionach, szyi i udach, gdy powoli odkrywaliśmy się na nowo po tylu latach - ale przede wszystkim nie ufałem wzrokowi. Omam, szeptałem, zrzucając pościel na podłogę, i ciągle pamiętałem wspomnienia, które wielokrotnie pojawiały się podczas poprzednich nocy, spędzanych na tępym gapieniu się w sufit. I dalej nie mogłem uwierzyć, choć już sunąłem dłonią po odsłoniętej równinie brzucha Eleni, choć poczułem, jak chwyta za dłoń, by odwzajemnić uścisk, kiedy chciałem całkiem pozbyć się jej bluzki.
Mam trudności z opowiedzeniem wszystkiego w dobrej kolejności. Może najpierw zwarliśmy się w pocałunku, który wydarzył się nie wiem jak i nie wiem kiedy? - wystarczyło tylko, żebyśmy znaleźli się sami, naprawdę sami, po raz pierwszy, odkąd wróciła do Himary, choć, nie powiem, pomógł również szczęśliwie-nieszczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego znalazłem się w barze z jasnym zamiarem upicia się. A także niespodziewana decyzja Aidana Rubio. Staliśmy więc w salonie w mieszkaniu Eleni, na suficie ledwo tliła się lampa, może rozmawialiśmy, a może tylko milczeliśmy, w końcu jednak znaleźliśmy się na tyle blisko, że - stało się.
Namiętność i pożądanie. Gorąco i duchota. Może najpierw spletliśmy się w uścisku, a uścisk okazał się nieco zbyt poufały i nieco zbyt bliski? Może zaczęło się od kilku przywołanych nieopatrznie wspomnień i wspomnienia okazały się zbyt realne, zbyt rzeczywiste? Nie pamiętam. Nie wiem. Skup się... Łatwo powiedzieć. Wszystko zaczęło się chyba od tego obcokrajowca.
***
Przyszedł, pamiętam jak dziś, zaraz po końcowym gwizdku w meczu z Tomori. Trudno byłoby zapomnieć. Przez cały tydzień wszyscy w klubie chodzili nabuzowani, powietrze gęstniało momentalnie, gdy tylko ktoś wypowiedział na głos nazwę „Tomori" - mowa przecież o ówczesnym liderze, który, podobnie jak Himarë, nie przegrał do tej pory ani jednego spotkania, w dodatku miał rozegrany mecz więcej i dysponował lepszym bilansem bramek. Atmosferę podgrzewał jeszcze Rubio - do szatni przyniósł zdjęcie kadry Tomori, po czym przybił fotografię szpilką. Jedną, jedyną szpilką. Która zmiażdżyła głowę Ardita Koliqia, menedżera rywali. Hiszpan wyjął jeszcze z kieszeni małe pudełko, położył na parapecie okna. I wyszedł. Bez słowa. W pudełeczku leżały dwadzieścia trzy szpilki. Policzyłem. Na zdjęciu zostały dwadzieścia trzy osoby.
Na treningu Rubio zarządził gierkę. I zaczął szaleć. Stał razem z Eleni za linią boczną, po boisku hasali piłkarze, którzy nie dostali wielu specyficznych instrukcji, mieli po prostu grać na dwa kontakty i starać się wykorzystywać ćwiczone w poprzednich dniach schematy. Teoretycznie proste i rozluźniające. Tyle, że nikt nie spodziewał się, co zrobi Rubio. A Rubio zaczął wrzeszczeć. Naigrywać się. Prowokować.
- Co jest? - zaśmiewał się w głos, kiedy Mateo Marchetti, mający problemy z opanowaniem piłki, musiał ratować się wykopem na aut. - Taki Ferraj z Tomori już dawno wykorzystałby podobny prezent! Byłoby 0:1 w plecy i po meczu! Przyjmij piłkę, rozejrzyj się i podaj, tyle potrafisz zrobić? Nie trzeba kombinować!
- Nie klepcie pod samym polem karnym, Shahini, bez sensu! Obrońcy Tomori to wielcy, twardzi skur*****, nie dadzą wam pograć. Musicie być twardsi! Musicie być szybsi! Precyzyjne podanie i wyjście na pozycję! Nic więcej nie ćwiczyliśmy, skąd bierzecie te posrane pomysły?
Kiedy indziej tylko parsknął śmiechem, gdy Daja zepsuł pięknie zapowiadający się kontratak.
- Macie już dość? - wrzeszczał. Niektórzy, co doskonale widzieliśmy z linii bocznej, zaczęli odpuszczać. - Chcecie przerwy? Dobra. Schodźcie. Musimy zacząć w takim razie więcej biegać. Jutro nie schodzimy z bieżni, słyszycie? Każdy ma zapier*****! Każdy!
- Wstawaj, Hajdari, co, w Beracie też się położysz jak panienka i już nie wstaniesz?
Całość wyglądała jak groteska, bo wszystkie obelgi i polecenia przekazywała Eleni, również wrzaskiem i krzykiem, co godziło w dumę wszystkich zawodników. Snuli się po murawie resztkami sił, widziałem, jak mamroczą pod nosem obelgi, jak patrzą ze złością w stronę Aidana Rubio, który ciągnął spektakl aż do końca treningu.
- Boicie się? Nie macie już sił? Nie wiecie, co zrobić z piłką? - i tak bez końca.
W szatni wszyscy mieli już serdecznie dość porównań z przeciwnikami. Wszyscy nienawidzili Aidana Rubio. I Tomori. Wszyscy - zgodnie jak jeden mąż - wbili szpilki w twarze zawodników z Beratu, z którymi mieli się zmierzyć i o których wiedzieli już niemal wszystko. Złość na Hiszpana w dziwny, niewytłumaczalny sposób łączyła się ze złością na rywali. Rubio osiągnął, co chciał. Obudził gniew. Pierwotny gniew, który płynie ogniem w żyłach. Który piecze i nie daje zasnąć. A trzynastego września płomień wybuchnął.
W końcu nadeszła godzina meczu z Tomori. Najbrzydszego meczu, jaki zagraliśmy w całym sezonie. Meczu, w którym nie dominowaliśmy, w którym nie oddaliśmy ani więcej strzałów, ani nie byliśmy częściej przy piłce. Meczu rozgrywanego w upale i przy smażącym jak szalone słońcu, przy duchocie przeszkadzającej nawet na trybunach, a co dopiero na boisku. Meczu, który wygraliśmy.
Patrzyłem, jak zawodnicy z Himary skaczą ze szczęścia na boisku, jak cieszą się z objęcia fotela lidera. Widziałem uśmieszek Aidana Rubio, jak zwykle pogardliwy, słyszałem wyzwiska kibiców gospodarzy. Wracając do szatni mijałem leżących na trawie przeciwników, wyczerpanych, odurzonych, którzy wciąż nie mogli uwierzyć, że przegrali.
- Hej! Mario Dibra!
Odwróciłem się. Przed budynkiem klubowym stał wysoki mężczyzna z aparatem powieszonym na szyi, machał ręką, wołał. Podszedłem bliżej. Gość wyglądał absolutnie przeciętnie, miał pospolitą twarz, zwykłe ciuchy, niczym nie wyróżniał się z tłumu, gdyby nie zawołał, pewnie minęlibyśmy się bez słowa. Nie znaliśmy się przecież.
- Are you Mario Dibra? - zapytał.
Kur**. Znowu jakiś Angol. Albo, nie daj Boże, Hiszpan.
- No... aj em. Czy co tam. Czekaj, zawołam kogoś. Eee... łejt.
Po chwili wróciłem z Eleni, która nieco się boczyła, że nie ma nawet chwili wytchnienia, właśnie skończyła tłumaczyć gratulacje Rubio dla piłkarzy. Rozmówili się, dosyć swobodnie i na długo. Oczywiście nic nie zrozumiałem. A trzeba było się uczyć języków... W dzisiejszych czasach grecki i włoski już nie wystarczą.
- Facet twierdzi, że jest dziennikarzem z Polski - przełożyła Eleni. - Nazywa się Piotr Wysocki, był związany ze sportowym oddziałem jednej z gazet w Gdyni. To takie miasto na wybrzeżu Bałtyku. Teraz jednak robi reportaż dotyczący najciekawszych miejsc, do których Polacy wyjeżdżają na wakacje. Do Himary trafił tropem naszego nowego napastnika, tego Krzemińskiego. No i chce z nim zrobić wywiad. Ot, tyle. Mogę już iść?
Westchnąłem i skinąłem głową. Dalej nie potrafiliśmy się dogadać. Eleni odeszła i patrzyłem, jak promienie słońca prześwitują przez jej kruczoczarne włosy. Co ciekawe, przybysz też patrzył.
- No, dobra - mruknąłem, widząc, że z szatni akurat wychodzi wspomniany wcześniej Krzemiński. - Załatwimy ci ten wywiad, panie dziennikarz.
Po chwili obserwowałem, jak Wysocki wychodzi ze stadionu. Nie wiem, dlaczego zapamiętałem gościa. Nie wiem. Wyglądał i zachowywał się absolutnie normalnie. Nic specjalnego nie zrobił, chciał tylko przeprowadzić wywiad i napisać reportaż. Praca jak praca. Ale, możesz się śmiać, mam dziwne przeczucie, że od niego zaczęły się kłopoty. Bo, cholera jasna, później były już tylko kłopoty.
Obserwowałem, jak wychodzi przez otwartą bramę, pogwizdując wesoło, z aparatem na szyi, jak wsiada do samochodu, w którym już czekał drugi mężczyzna, na oko nieco wyższy i chudszy. Dziennikarz trzasnął drzwiami, otworzył okno i widząc, że ciągle stoję przed klubowym autokarem, uśmiechnął się szeroko. Trochę za szeroko. Jak szaleniec. I puścił oczko... Piotr Wysocki, zwiastun katastrofy.
***
Czas płynął. Słońce grzało jeszcze, niezbyt mocno, znośnie, bo fala upałów powoli opuszczała Himarę. Wrzesień ciągnął się raczej leniwie - po spotkaniach z Albpetrolem i Tomori mieliśmy aż dwa tygodnie na odpoczynek, więc dni wypełniały tylko treningi, że tak powiem, teoretyczne, na których nie ustawialiśmy się pod konkretnego rywala, tylko ćwiczyliśmy elementy wymagające ogólnej poprawy. Szczególnie ofensywę. Do tej pory strzeliliśmy jedynie cztery bramki.
Aidan Rubio ponownie stał się spokojny i potulny jak baranek. Nie złościł się, nie krzyczał i nie przejmował - przed treningiem dostawałem szczegółowo opracowane plany z poleceniami, co kto ma robić - siedział tylko na ławce rezerwowej, ignorując nawet Eleni, milczał i wpatrywał się w niebo. Lub w trawę. Obserwował. Z boku. I czasem tylko sięgał do kieszeni po leki. Duże, szarawe pigułki. Piłkarze czasem nazywali te leki „tabletkami na zmułę". Eleni coraz częściej nie miała co robić, więc przestała przychodzić na stadion. Szczególnie, że Rubio coraz lepiej nawijał po albańsku. Często wtrącał jeszcze angielskie, niemieckie lub hiszpańskie słowa, ale podstawy takiej jak „Aidan jeść, Aidan spać" miał w małym palcu. Ale i tak nie mieliśmy okazji porozmawiać: komunikowaliśmy się tylko, gdy Hiszpan oznajmiał, że „dzisiaj trenujemy tak", podając kartkę z rozpisanymi ćwiczeniami - potem odchodził. Nie ma co, istna dusza towarzystwa. Nie, żebym marudził. I tak byśmy nie pogadali. Smuciłem się tylko, że w pobliżu nie ma już Eleni.
Coraz częściej przychodziłem rozmawiać z Oltionem Dodą. W klubie nie został już niemal nikt przyjazny dla starego, biednego Mario Dibry: prezes Spaho od kilku tygodni grał w grę, której zasad i celu nie mogłem zrozumieć; między mną a Eleni nic się nie zmieniło, żadne z nas wciąż nie mogło przemóc urażonej dumy zranionego kochanka; piłkarze, wiadomo, koncentrowali się na grze i wygrywaniu, a nie problemach asystenta, którego znali już od trampkarza; Aidan Rubio - jak pewnie się domyślasz - nie przejmował się niczym. Tylko Oltion Doda, ostatni, którego mogłem nazywać przyjacielem - wiem, wiem, brzmię jak hipokryta, przecież tak naprawdę, choć pracowaliśmy razem od dobrych paru lat, skumplowaliśmy się dopiero teraz, kiedy już nikt inny nie został - tylko Doda rozumiał, jak się czuję.
Oglądałem szaleństwo ogarniające klub, w którym zaczynałem karierę piłkarską. Oglądałem prowizorkę odstawianą przez zarząd i Mustafę Spaho. Nie mówię już nawet o zatrudnieniu Aidana Rubio - który, co trzeba przyznać mimo niechęci do Hiszpana, znał się w końcu na rzeczy - nie mówię też o zwolnieniu niemal całego sztabu szkoleniowego. O nie. Mówię o olewactwie wobec piłkarzy, tych najmłodszych i najstarszych, mówię o braku wizji i koncepcji zespołu, o konflikcie na najwyższych szczeblach, o którym się nie mówiło, ale którego widmo wisiało nad wszystkimi. I psuło atmosferę. Mówię choćby o zepsutym świetle w szatni. Pamiętam, że ubiegałem się o naprawienie lamp już kilka miesięcy temu, jeszcze w lutym albo i styczniu nawet. Tyle że wtedy przyszła wiosna, potem lato - i światło przestało być niezbędne, słońce świeciło przecież o wiele dłużej. Teraz, kiedy powoli zbliżała się jesień, znowu trenowaliśmy do zachodu słońca. Pewnego dnia po prostu okazało się, że lamp do tej pory nikt nie naprawił. Albo historia z prysznicami. Bojler się zepsuł, wyjaśnił specjalista wezwany do naprawy. I jak się zepsuł, tak stał zepsuty. Przez dwa tygodnie. Dobrze myślisz. Przez bite dwa tygodnie nie leciała ciepła woda. Prowizorka, amatorszczyzna. Jednak zawodnicy, wbrew wszelkiej logice, grali bardzo dobrze. Zdobyli lidera, dotąd nie przegrali meczu, nie stracili nawet bramki. Może gdyby zamiast bić się o awans, spadliby z hukiem do czwartej ligi, ktoś poszedłby po rozum do głowy. Choć wątpię. Bardzo i szczerze wątpię. Himarë chyba na zawsze będzie skazana na rządy leśnych dziadków.
Czas płynął. Kiedy wreszcie minęły dwa tygodnie, wróciliśmy do rozgrywek ligowych. Na Stadionie Miejskim w Himarze podejmowaliśmy Këlcyrę, która zajmowała siódme miejsce w tabeli. Zapełniły się niemal całe trybuny, prawie osiemset głów, bo gościliśmy również liczną reprezentację kibiców gości. Trzeba przyznać, że tylu kibiców na stadionie nie widziano od czasów sławetnych baraży o drugą ligę kilka lat temu - i mieliśmy ubaw po pachy, słuchając, jak miejscowi i przyjezdni wyzywają się nawzajem.
Wreszcie czułem, że coś się dzieje - że monotonia bezsenności w końcu została przełamana. Tyle emocji, krzyków, wrzawy w jednym miejscu... Znowu czułem, że żyję. Niestety, na murawie Këlcyra nie potrafiła sprostać przechwałkom własnych kibiców. Bramkę już w pierwszej minucie strzelił Shahini po przepięknym strzale z osiemnastu metrów - o ile dobrze pamiętam, miał wtedy trzy trafienia w czterech spotkaniach - więc przez resztę czasu gry nie forsowaliśmy zbytnio tempa, kontrolowaliśmy przebieg meczu. Posiadanie piłki i statystyka strzałów mówiły zresztą same za siebie. Na dziewięć minut przed końcem drugiego gola dołożył środkowy obrońca Sulejman Malaj, wykorzystując rzut karny, i goście całkiem stracili nadzieję na korzystny rezultat. Trzy punkty zostały w Himarze.
Cieszyłem się razem z piłkarzami, razem podeszliśmy pod trybuny, by podziękować kibicom. I głęboko wdychałem nosem powietrze, czułem tlen wypełniający płuca, powoli odzyskując rześkość. Od bardzo, bardzo dawna naprawdę się cieszyłem. W uszach tylko wiwaty, nieustające wiwaty - i wiwatowałem wraz ze wszystkimi, choć wiedziałem, że kiedy nadejdzie następny mecz, na trybunach zasiądzie o połowę mniej ludzi, że niedługo zarząd znowu wymyśli coś, przez co z trudem będziemy mogli pracować. Jednak póki co świętowałem. A dziś mogę tylko zaśmiać się gorzko.
Dzień później, w poniedziałek, po treningu, na którym Rubio zarządził tylko rozbieganie i lekkie ćwiczenia techniczne, postanowiłem znów odwiedzić Oltiona Dodę. Niesiony falą entuzjazmu z meczu, chciałem poprosić o polecenie dobrych leków na bezsenność, by wreszcie coś zmienić. Otworzyłem drzwi do pokoju, gdzie zazwyczaj składał zawodników Doda.
Pusto. I cicho. Nawet biurko, zazwyczaj zawalone wszelkimi papierami i gazetami o tematyce medycznej, świeciło pustkami. Dosłownie świeciło. Blat został wytarty z kurzu i wyczyszczony. Podobnie jak półki na ścianach. Choć jeszcze nie wiedziałem, co się stało, miałem przeczucie. Bardzo złe przeczucie. Okropnie złe. Popędziłem jak szalony do gabinetu Mustafy Spaho. Szefa, którego, jak już mówiłem, nikt nie słuchał. Nikt - prócz Mario Dibry.
- Co stało się z Oltionem Dodą? - zapytałem, ledwo trzymając nerwy na wodzy.
Cisza.
- CO STAŁO SIĘ Z OLTIONEM DODĄ?! - wrzasnąłem.
Mustafa Spaho milczał.
Tyle wystarczyło. Już wszystko wiedziałem. Wyszedłem, nie trzaskając drzwiami ani nic. Nie powiedziałem słowa więcej. Po prostu wyszedłem. Nie miałem już sił. Czułem się wypompowany. Jakbym walczył z wiatrakami. Wsiadłem do samochodu i jak najszybciej odjechałem do domu. Ale niemal nie patrzyłem na drogę. Przed oczami miałem tylko Mustafę Spaho. Który milczał.
***
Kelner podszedł do stolika i zapytał, co podać. Oderwałem wzrok od menu, wciąż niezdecydowany, i westchnąłem ukradkiem. Gdybym przyszedł z Eleni, nie miałbym problemów z wyborem, wciąż przecież pamiętałem, co lubiła najbardziej. Sałatka o egzotycznej nazwie. Cola. Coś w tym rodzaju. Tymczasem teraz nie wiedziałem, co będzie odpowiednie. Co by wypadało zjeść. Nie byłem na randce. Mustafa Spaho z kolei nie miał żadnych dylematów.
- Pizzę pepperoni - poprosił, oddając kartę dań kelnerowi.
Nie byłem na randce. Chociaż mógłbyś się pomylić, gdybyś nie wiedział. Siedzieliśmy w restauracji z widokiem na morze, jednej z droższych w mieście, a wokół roznosiła się atmosfera napięta jak po kłótni kochanków właśnie. Milczeliśmy póki co. Szef dzwoniąc rano z zaproszeniem, wydukał tylko, że „musimy porozmawiać" i że „wszystko wyjaśni". A teraz mieliśmy zjeść służbowo-prywatny obiad i zachowywaliśmy się, jakby nic się nie stało. Przywitaliśmy się, podaliśmy ręce, wszystko jak należy. Powietrze aż iskrzyło od sztuczności.
Proszę bardzo, panie Spaho.
Och, dziękuję, Mario! Efcharisto!
Ależ nie ma za co, panie Spaho.
Uprzejmie aż do obrzygania.
- Poproszę tylko wodę - zwróciłem się wreszcie do kelnera. - Niegazowaną. Skłonił głowę, zapisał zamówienie na kartce i ruszył do innego stolika. Siedzieliśmy. W ciszy. Widać, że Szef chciał zacząć rozmowę, ale nie bardzo wiedział, jak zagaić. Może dopiero myślał nad argumentami. Nad wytłumaczeniem. Nie wiem. Nie patrzyłem w ogóle na prezesa Spaho, jedynie przyglądam się bez większego zainteresowania plaży, którą przez wielkie okno widać kilkanaście metrów pod nami. Chociaż powoli zbliżała się jesień i robiło się coraz chłodniej, coraz ciemniej, plażę ciągle okupowali turyści i miejscowi. Może nawet bardziej zawzięcie niż zwykle. Chcieli korzystać z ostatnich promieni słońca.
- Mario - zaczął wreszcie Spaho. - To nie tak, jak myślisz.
- Nie tak, jak myślę? - zmrużyłem oczy. - A więc jak?
- Po prostu inaczej. To nie tak, że się na was uwzięliśmy...
- Oczywiście, że nie. Przetrzebiliście tylko cały dotychczasowy sztab szkoleniowy bez widocznego powodu. Ot, kaprys. Nic personalnego.
- Przyszli nowi...
- Którzy, co mogę powiedzieć po tych kilku tygodniach, wcale nie okazali się lepsi od poprzedników. Bezsens. Po co wydaliście tyle pieniędzy?
- Cały zarząd podjął taką decyzję... Nie ja...
- Och, przestań pieprzyć. Teraz za późno już na wybielanie. Decyzja podjęta. Nie przywrócicie przecież Dody do pracy. Ani Myrtaja, Bylykbashiego, Koliqiego i Capy. Po prostu chciałem pokazać, że te decyzje nie miały sensu. Że narażają klub na śmieszność.
Wrócił kelner. Z pizzą. I wodą. Szef wziął kawałek i zaczął jeść.
- Wiesz... - wznowił po chwili. - Tu nie chodzi tak naprawdę o sens. Ani śmieszność.
- Nie rozumiem.
Kawałki przeciągającego się sera szybko znikały w ustach Spahy.
- To bardzo proste. Jak wiesz, kiedyś klubem zarządzała w całości gmina. I teoretycznie dalej zarządza. Wtedy zarząd, w skład którego wchodzili nawet mieszkańcy miasta, służył tylko za szopkę, bo decyzje podejmował ktoś inny gdzie indziej. Najczęściej przy ciastkach i kawie. Zresztą, sam wiesz najlepiej, nie pracujesz w Himarze od roku.
Przerwał na moment. I pożerał kolejne kawałki pizzy. Miażdżył pieczarki i kawałki cebuli. Rozpryskiwał keczup. Po brodzie Mustafy Spaho spływała strużka czerwonego, błyszczącego keczupu. Możesz się śmiać, ale przypominała krew. A szef wyglądał jak drapieżnik pożerający ofiarę. Pożerający ofiarę, którą, o czym doskonale wiedziałem, okaże się w końcu Mario Dibra. Prędzej czy później. Póki co rozmawialiśmy. Ale w gestach i słowach Szefa czułem zapowiedź groźby. Zapowiedź żądania.
- Tyle że kilka miesięcy temu nadeszła zmiana - kontynuował Spaho. - I pieprznęła wszystkich po łbach, że tak powiem. Ktoś, nie pamiętam dokładnie, ale chyba jakiś biznesmen, który kiedyś mieszkał w Himarze, zaczął sponsorować klub. Wyłożył pieniądze, spłacił długi i zaległe pensje piłkarzom. Zadeklarował nawet, że w przyszłości odkupi klub od gminy i poprowadzi SK Himarë do pierwszej ligi. Wszyscy tylko pukali się w czoło na podobne deklaracje, ale, oczywiście, kasę wzięli.
- Łatwe do przewidzenia - mruknąłem.
- Ano. - Prezes zawołał kelnera i poprosił o coś do picia. - Skutkiem, jak się pewnie domyślasz, było wprowadzenie do zarządu ludzi tego biznesmena.
- Nie polubiliście się?
- Ani trochę. - Spaho uśmiechnął się. Po raz pierwszy, odkąd weszliśmy do restauracji. - Uważają mnie za relikt dawnej władzy, symbol nieudolnego zarządzania klubem przez władze gminy. Zupełnie tak, jakby ten cholerny biznesmen, któremu posługują, już kupił Himarë.
Kelner przyniósł wino i kieliszki. Spaho nalał i wypił, mlaszcząc z zadowoleniem. Też upiłem kilka łyków wody.
- Powinni dawać szklanki - mruknął pod nosem, a potem dodał już głośno: - W każdym razie, ci ludzie są źródłem naszych problemów.
- Niby dlaczego? Rozumiem, że ciebie mogą nie lubić. Ale trenerzy nie mieszają się w politykę. Po prostu pracują. I do tej pory nikt nie narzekał na robotę, którą wykonywali.
- Och, Mario - Szef pokręcił głową z goryczą. - Jak ty mało widzisz. Jak ty mało rozumiesz. Znasz się na piłce, nie przeczę, ale w świecie salonów zginąłbyś od razu, mój drogi. Tu nie chodzi o dobrą robotę, tylko o politykę. Byliście uważani za „moich" ludzi. Bërdufi, który poleciał pierwszy, zresztą też. A mnie, Mario, nie mogli odsunąć od stołka, bo jestem prezesem z ramienia gminy. Więc wzięli się za was.
Mówił powoli, ostrożnie. I jakby przepraszającym tonem.
Cholera. „Wzięli się za was". Za nas? NAS?!
- Przykro mi, Mario. - Mustafa Spaho odwrócił wzrok. - Naprawdę mi przykro.
O cholera. Kur** mać!
- Nie... - wydukałem tylko. - Nie mów, że...
- Zdołałem tylko wyprosić miesięczny okres wypowiedzenia. Na więcej nie miałem wpływu. Jestem w mniejszości, Mario. Nie mogę wiele zdziałać. Przykro mi.
Przykro mu. To zmienia postać rzeczy, nieprawdaż?
- Mam nadzieję, że szybko znajdziesz nową pracę - powiedział Mustafa Spaho i wypił kolejny kieliszek wina. Wina czerwonego jak krew.
***
Nawet nie pamiętam, jak znalazłem się w barze. Z pewnością musiałem odreagować. Po zdradzie zarządu i otrzymaniu wypowiedzenia trzymałem się nieźle, zdecydowanie lepiej niż mógłbyś przypuszczać, nie panikowałem, nie martwiłem się przesadnie ani nic. W ogóle nic. We dnie udawałem, że wszystko idzie dobrze, choć do klubu przychodziłem jak na ścięcie, po nocach jak zwykle nie mogłem zasnąć, więc tępo wpatrywałem się w sufit leżąc w łóżku. Uparcie jak osioł. Mogłem robić wiele innych rzeczy, ale nie - Mario Dibra, głupi i naiwny muł, próbował usnąć. Oczywiście bez efektów.
Nie wspominam już o samotności ani pustce, którą sączyła do mózgu bezsenność. Bo po co? Przyzwyczajałem się. Życie szło naprzód bardzo szybko i bardzo powoli, ale jakby beze mnie. Byłem gdzieś obok. Bardzo blisko i bardzo daleko. Więc przestawałem się przejmować.
Może jakoś dałbym radę i nie wylądował w barze, pijąc któreś piwo z kolei, gdyby nie porażka z Tepeleną, która przelała czarę i złamała resztki oporu. Zagraliśmy fatalnie. Okropnie. Do dupy. Cztery strzały, jeden celny, w dodatku strzeliliśmy samobója. Rubio wychodził z siebie. Stał przy linii bocznej przez cały mecz - zupełnie nie w stylu, jaki do tej pory prezentował, tym obojętnym, zimnym i pogardliwym stylu, którego tak nienawidziłem - i wrzeszczał, by piłkarze wreszcie ruszyli dupy i zaczęli grać. Aidan Rubio wyglądał, jakby naprawdę się przejmował. Okazał trochę ludzkich uczuć.
Zamieniliśmy się rolami. Siedziałem na ławce rezerwowych i nie mogłem się zmusić, by kibicować drużynie. Aidan Rubio skakał ze złości i żył meczem. Cholera, co za ironia. O ile dobrze pamiętam, Hiszpan nie wziął nawet tych leków, od których zawsze stawał się osowiały i obojętny. Przez cały dzień. Nigdy wcześniej - i nigdy potem - coś podobnego się nie zdarzyło. Ale i tak przegraliśmy.
Przegraliśmy i nagle znalazłem się w barze i zmawiałem kolejne piwo. Kolejne. I kolejne. Chciałem się upić. Początkowo miałem zamiar też trochę pomyśleć - dlatego sięgnąłem po piwo, a nie coś mocniejszego. Potem już jakoś poszło. Chciałem zamknąć oczy i stracić świadomość. Zasnąć. Choćby i tak. Chciałem się wkurzyć i chciałem się uspokoić, chciałem czuć i przestać czuć, chciałem wstać, rzucić krzesłem, rozbić szybę stolikiem, pobić kelnera i rozganiać tłum, tłuc kufle o podłogę i wrzeszczeć, krzyczeć, niszczyć, zabijać. Chciałem zmiażdżyć Aidana Rubio. Chciałem psuć platformy wiertnicze, zatapiać statki i wylewać ropę na wybrzeża Ameryki - chciałem niszczyć lasy tropikalne. Obojętnie. Chciałem patrzeć, jak płonie świat. Tyle że nie mogłem. Nic już nie czułem. Zero. Null. Absolutnie i ostatecznie. Miałem dość. Wszystkich. Wszystkiego. I siebie.
Alkohol nie przyniósł ukojenia.
- Mario...
Odwróciłem się.
- Eleni.
Stała przy barze, na dystans, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Przysiądziesz się?
- Właściwie po to tu przyszłam.
- Żeby się napić? Też miałaś gorszy dzień?
- Nie. Żebyś nie zrobił czegoś głupiego.
Cisza. Milczenie.
Wiesz, bardzo lubię słuchać ciszy...
- Czegoś głupiego?
- Dużo się ostatnio stało, Mario. Dużo się zmieniło. Wiem, że chcieli cię zwolnić.
- Nie chcieli, tylko zwolnili.
Eleni chwyciła nagle stojący na blacie kufel i wylała zawartość na podłogę, ignorując wściekły wzrok barmana.
- Mario...
- Wiem, jak się nazywam.
- Dzisiaj wieczorem odbyło się spotkanie zarządu. Byłam tam jako tłumaczka Aidana, ojciec chciał, by dobrze wypadł, a nie dukał namiastką albańskiego. Omawialiśmy ostatnie wyniki drużyny, jak idzie realizacja celów na ten sezon i takie tam.
- Jeżeli celem było zlikwidowanie sztabu szkoleniowego, to idzie całkiem nieźle.
- Rozmawialiśmy też o tobie.
Umilkłem.
- I?
- Rubio osobiście zabrał głos.
- Och... czyli mogę się już pakować.
Eleni przerwała na chwilę.
- Rubio powiedział, że tylko idioci mogliby wyrzucić kogoś, kto ma podobny wpływ na drużynę jak ty, Mario. Mówił głośno, dobitnie i wyraźnie.
- Rubio...
- Ci biznesmeni z zarządu nie mogli uwierzyć, co słyszą. Gdybyś widział, jakie mieli miny... Ale nie mogli się sprzeciwić. Aidana bronią wyniki. Nawet po tej dzisiejszej porażce.
Chyba miałem otwarte usta ze zdziwienia.
- Mario... - Eleni uśmiechnęła się lekko. - Ciągle masz pracę. Nie musisz tu siedzieć. Znowu masz cel.
Nie odzywałem się... Aidan Rubio. Hiszpan. Aidan Rubio, którego jeszcze przed kilkoma minutami chciałem zabić. Przeciwnik. Rywal. I zbawca. Aidan Rubio.
Czułem się źle. Miałem wyrzuty sumienia. Chyba byłem już zbyt zmęczony, by się cieszyć. Eleni też nic nie mówiła, miała nieodgadnioną minę. Potem wstała niespodziewanie.
- To tyle... Chyba już pójdę. I mam nadzieję, że poczujesz się lepiej.
- Eleni... czekaj...
Zaczekała.
- Musiałaś, prawda?
- Co musiałam?
- Czekać, aż poproszę, byś została. Zostań, Eleni.
Spuściła wzrok.
- Dobrze. Zostanę.
- Nie tutaj. Przy mnie. Chodźmy gdzieś, gdzie nie będzie tak... żałośnie.
Poszliśmy. Do niej. Mam trudności z opowiedzeniem wszystkiego w dobrej kolejności. Może najpierw zwarliśmy się w pocałunku, który wydarzył się nie wiem jak i nie wiem kiedy? - wystarczyło tylko, żebyśmy znaleźli się sami, naprawdę sami, po raz pierwszy, odkąd wróciła do Himary, choć, nie powiem, pomógł również szczęśliwie-nieszczęśliwy zbieg okoliczności i ten cholerny Aidan Rubio, któremu byłem wdzięczny i którego nienawidziłem jednocześnie. Staliśmy więc w salonie w mieszkaniu Eleni, na suficie ledwo tliła się lampa, może rozmawialiśmy, a może tylko milczeliśmy, w końcu jednak znaleźliśmy się na tyle blisko, że - stało się.
Namiętność. I pożądanie. Gorąco i duchota. Może najpierw spletliśmy się w uścisku, a uścisk okazał się nieco zbyt poufały i nieco zbyt bliski? Może zaczęło się od kilku przywołanych nieopatrznie wspomnień i wspomnienia okazały się zbyt realne, zbyt rzeczywiste?
- Mario...
Leżała na łóżku, koszulką ocierała się o zmięte prześcieradło. Patrzyłem w zachwycie przez chwilę trwającą długo jak wieczność; patrzyłem, nie mogąc uwierzyć własnym zmysłom - bo czułem zapach potu i pożądania, żądzy i zmysłów, muskałem jej chłodnej, elektryzującej skóry, na ramionach, szyi i udach, gdy powoli odkrywaliśmy się na nowo po tylu latach - ale przede wszystkim nie ufałem wzrokowi. Omam, szeptałem, zrzucając pościel na podłogę, i ciągle pamiętałem wspomnienia, które wielokrotnie pojawiały się podczas poprzednich nocy, spędzanych na tępym gapieniu się w sufit. I dalej nie mogłem uwierzyć, choć już sunąłem dłonią po odsłoniętej równinie brzucha Eleni, choć poczułem, jak chwyta za dłoń, by odwzajemnić uścisk, kiedy chciałem całkiem pozbyć się jej bluzki.
- Mario... Nie mogę.
Wtedy zrozumiałem, że nie chce odwzajemnić uścisku, tylko odepchnąć moją dłoń.
- Nie... możesz?... Czemu?...
Dyszeliśmy niespokojnie. Niespełnieni. Niezadowoleni. Ani trochę.
- Mario... - wyszeptała wreszcie, odwracając twarz. - Mam już kogoś.
Wtedy usłyszałem huk. Coś jakby spadające cegły i gruz. Nie, spokojnie. To tylko mój świat się zawalił.