Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Szuler (cz.7)

Gwiazdy na niebie. Siedzę na pustej plaży. Większość turystów już wyjechała, bo nadeszła jesień i trzeba było w końcu kończyć urlopy i wracać do pracy; miejscowi zaś mają morze na co dzień, więc się przyzwyczaili. Wieje chłodny wiatr, prócz plusku fal uderzających o brzeg nie słychać nic, zupełnie jakby Himara pogrążyła się w zbiorowym śnie. Siedzę na piasku — sam, Adaś został w domu — i gapię się w nocne niebo. Rozmyślam. Mam o czym: to już miesiąc, odkąd przylecieliśmy do Albanii. Nie podejrzewałem, że wszystko tak się pogmatwa. Mieliśmy tylko odszukać Aritiane’a — co nie powinno nastręczać większych trudności, zabawne… — załatwić kilka starych, niedokończonych spraw i sprawić, by niedoszły umarlak wrócił tam, gdzie jego miejsce: do grobu. Prosta, podręcznikowa wręcz robota. Tymczasem nie znaleźliśmy ani śladu Aritiane’a; potencjalne tropy mieszają się i trudno odnaleźć tu jakikolwiek sens; liczba podejrzanych, miast maleć, wciąż rośnie. Czuję się, jakbym miał rozwiązać układankę, która dopiero się układa. W dodatku… mam na głowie kilka innych spraw. Zupełnie innych. Siedzę więc na pustej plaży, leniwie przesypując piasek przez palce — obserwuję gwiazdy. I rozmyślam.

Jako dzieciak chciałem zostać dziennikarzem. To było takie niewinne i czysto idealistyczne marzenie: wówczas jeszcze myślałem, że „dziennikarz” oznacza kogoś, kto piórem walczy ze złem, kto obnaża głupotę i obiektywnie opowiada o otaczającym nas świecie, bla bla bla. Potem zmieniłem zdanie, choć może źle zrobiłem, bo jako dziennikarz pewnie nie uganiałbym się tutaj za człowiekiem-widmo, tylko siedział przed komputerem pisząc teksty w zgodzie z „polityką redakcji”, innymi słowy: łgałbym jak pies — w zależności kto płaci.

Ale sympatia do zawodu została. Zawsze gdy mogę, podaję się za dziennikarza — to wzbudza respekt u rozmówcy. Czasem niechęć, ale częściej respekt. Kiedy ktoś z gazety interesuje się historią, którą ma do przekazania, taki delikwent od razu robi się wyższy, ważniejszy i w ogóle. I chętniej mówi.

Oczywiście, nie zawsze można użyć tej samej przykrywki. Użyłem jej już ostatnio podczas rozmowy z Ryśkiem Jabłońskim — opowiadałem o nim na samym początku — ale uznałem, że w kraju tak odległym jak Albania nie będzie ryzyka. I poszedłem prosto do siedziby klubu SK Himarë, i rozmówiłem się z asystentem, niejakim Mario Dibrą, który, nawiasem mówiąc, nie wyglądał zbyt dobrze, i przedstawiłem się jako Piotr Wysocki. Niczego się jednak nie dowiedziałem: facet nawet nie potrafił wydukać zdania po angielsku. Jakimś sposobem zdołałem się jednak umówić na wywiad z Łukaszem Krzemińskim, Polakiem przetransferowanym do Himary w letnim okienku transferowym.

Krzemiński był najświeższym tropem. Nie wierzyłem, że znalazł się tutaj przypadkiem. Bo powiedzcie, kto w tym cholernym miasteczku na granicy Albanii i Grecji, popularnym tylko wśród turystów, mógłby mieć rozeznanie w polskiej lidze? Ba — w rezerwach polskiej ligi! Kazałem Adasiowi zrobić rozpoznanie, research, jak mówią profesjonaliści: wcześniej Krzemiński grał jedynie w drugim zespole Arki Gdynia. Gdynię i Himarę łączy tylko to, że oba miasta leżą nad morzem. Podejrzenia spadły na agenta Krzemińskiego — choć nie byłem pewien, czy takiego posiada — i osobę z klubu, która nadzorowała transfer.

Więc umówiłem się na wywiad z tym chłopakiem, by zasięgnąć u źródła.
A potem nie zjawiłem się w ustalonym miejscu.

Bo tak się złożyło, że nagle… cóż… musiałem spotkać się z kimś innym.

***

Jest ranek. Promienie jesiennego słońca nieśmiało przemykają pod roletą, którą igra wiatr wpuszczany przez otwarte okno. Światła nie powstrzymują staromodne, drewniane okiennice — są rozwarte na oścież. Teraz, jesienią, albański upał staje się lżejszy, przyjemniejszy, do wytrzymania… Zamykam z powrotem oczy i delektuję się szmerem liści na zewnątrz, z wolna narastającymi odgłosami wstającej z łóżka Himary, szumem niespokojnego morza, które góruje nad tym wszystkim…

Więc leżę tak przez moment, leniąc się bezczelnie, po czym staram się wyplątać z resztek kołdry, ostrożnie, by nie zbudzić tej przepięknej osóbki, z którą spałem, i podchodzę do okna. Wyglądam przezeń, przecierając odruchowo oczy ze śpiochów: i, oczywiście, początkowo nie widzę niczego ciekawego. Widok przysłania rosnąca tuż obok ściana kamienic, niemal identycznych jak ta, w której się znajduję; dopiero w dole można ujrzeć wąską uliczkę, zwieńczoną krętymi, też kamiennymi schodami. Podobne starówki można spotkać, o ile się nie mylę, również w Dalmacji — nie wiem, czy ta tutaj jest tylko archaizacją dla naiwnych turystów czy rzeczywistą pozostałością po minionych wiekach.

W dole, po spękanym i nierównym bruku, przechadzają się ludzie. To miejscowi: wiem, ponieważ żaden przyjezdny nie mógłby spacerować tutaj z wyrazem obojętności na twarzy. Średniowieczna, czasem nawet antyczna stylizacja połączona z okruchami nowoczesności robią, rzecz jasna, swoje, ale bardziej chodzi o klimat. Wystarczy przejść się tymi ciasnymi zaułkami Himary, w których niebo widać tylko cienkim niebieskim pasem po zadarciu głowy, wystarczy spróbować przecisnąć się przez tłum — różnokolorowy, mówiący wieloma językami tłum — wystarczy przysiąść na stoliku przy obwieszonym pięknymi, jaskrawymi girlandami śródziemnomorskiej flory murem, tylko tyle wystarczy, by poczuć ten klimat — i być może z miejsca się w nim zakochać.

Odwracam się, opieram o parapet. Przed oczami mam jeszcze jeden powód, dla którego w tym mieście można się zadurzyć bez opamiętania.

Piękną kobietę.

Wciąż śpi: spod cienkiej kołdry mogę podziwiać doskonale wyprofilowane krągłości jej ciała. Biodra i nogi, które skrywa materiał, kształtne piersi; porównanie z albańskim wybrzeżem, pełnym pięknych, miękkich plaż, zwieńczonych dwoma łagodnie wznoszącymi się pagórkami, gdzie nie ma ani lasów, ani stromości, nasuwa się samo przez się. Teraz jej opalone ciało tylko oddycha spokojnie, regenerując siły po ciężkiej nocy — jednak wciąż pamiętam, jak zaledwie przed kilkoma godzinami przemierzałem ostrożnie, z uwagą te wybrzeże, pagórki i plażę — i cicho szepczące morze.

To był pierwszy raz, choć spotkaliśmy się już jakiś czas temu.

Po pierwsze, potrzebowałem tłumacza. A najlepiej nauczyciela. Robota z Aritiane’em wciąż się komplikowała, musiałem przygotować się na możliwość pozostania w Albanii na dłuższy czas, niżbym początkowo oczekiwał — nauka języka wydała się więc pomysłem naturalnym. Szczęśliwie wkrótce natrafiłem na odpowiednią osobę — która teraz śpi w łóżku obok.
I cóż, muszę przyznać, że poznałem chyba kilka słów więcej, niż przewiduje standardowy tok edukacji.

Po drugie, potrzebuję informacji. Jeszcze nie teraz — muszę wszak postępować ostrożnie — ale kiedyś…

Wzdycham ze zrezygnowaniem. Spraw osobistych nie powinno się mieszać z zawodowymi. To się źle kończy. Zazwyczaj. Tyle że, niestety, nie mam wyboru, muszę ryzykować, muszę działać niekonwencjonalnie. Chwytać się wszystkich możliwych tropów. Sorry, mała, ale póki co nie musisz wiedzieć o wszystkim. Później zresztą też nie.
Zaczynam się ubierać: najpierw odnajduję spodnie, potem koszulę, która leży jeszcze w poprzednim pokoju — cholera, chyba trochę nas poniosło… — w końcu po chwili poszukiwań przerywanych cichymi przekleństwami wkładam też skarpetki; leżały pod łóżkiem, skryte wrednie w cieniu.

Kiedy podnoszę głowę znad oparcia, pierwszym, co widzę, są jej oczy.
Otwarte.
I lekki, jakby kpiący uśmiech.
— Już wychodzisz? — pyta Eleni po angielsku.

Wzdycham po raz nie wiem już który w tym przeklętym mieście.

Strony:

1 2 3

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2010
Dodano: 04.09.2010

Liczba wyświetleń: 1959

Średnia ocen: 6.00

Pozostałe części cyklu:
Szuler (cz.1)
Szuler (cz.2)
Szuler (cz.3)
Szuler (cz.4)
Szuler (cz.5)
Szuler (cz.6)
Szuler (cz. 8)



Komentarze
maciejor
dobreee!!!
5 września 2010 13:44


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu

statystyka