Trzy torby, dwóch facetów i jeden wielki przekręt cz.2
Rozdział drugi: Odbicie życia w oczach śmierci
I tak oto Tominho, do tej pory znany szerzej jedynie policji jako jeden z ludzi bossa brazylijskiej mafii, da Silvy, stał się pierwszym w historii polskiej ekstraklasy menedżerem z kraju kawy. Urodził się co prawda w Polsce, ale nie przeszkadzało to prezesowi Ptakowi zadzwonić do Przeglądu Sportowego i przedstawić swój nowy nabytek właśnie jako szkoleniowca rodem z Brazylii. Pan prezes tak się podniecił tym faktem, że postanowił osobiście odebrać Tominho z lotniska w Goleniowie. Jego czarne BMW czekało już przed budynkiem klubu. Podobnie jak Zbysław, nowo zatrudniony człowiek ‘od wszystkiego’. Zajmował się on m. in. pilnowaniem limuzyny, przeganianiem okolicznego menelstwa ze stadionowych trybun, rozmaitymi pracami porządkowo – technicznymi, tudzież zwyczajnym wałkonieniem się. Gdy pan Ptak opuszczał siedzibę klubu, Zbysław zajmował się tym ostatnim. Widząc to, prezes postanowił obudzić śpiącą królewnę. Zamiast jednak wziąć przykład z bajkowego księcia i użyć do tego pocałunku, pan Ptak postanowił wykorzystać metodę kopa w dupę. Owy rodzaj pobudki okazał się skuteczny. Oczy Zbysława otworzyły się szeroko, ale jeszcze szerzej gęba, wydając przy tym donośny jęk:
- Auaaa...
- No i czego się drzesz... rusz no się i porób coś konkretnego...
- No ale co, panie prezesie? Właśnie co pogoniłem jakichś gnojków z dwunastego... i zmęczyłem się...
- Jak nie masz co robić to skoś trawę...
- Ale była koszona wczoraj...
- ... to znaczy że od wczoraj urosła... wsiadaj na kosiarkę i jazda... albo wiem – popraw linie... nowy trener przyjeżdża a tu nawet nie widać gdzie auta są...
- Robi się panie prezesie!
Zbysław poszedł do magazynu, masując intensywnie przy każdym kroku bolący tyłek. Tymczasem pan Ptak wsiadł do swojego BMW, po czym szofer obrał kurs na Goleniów.
Samolot z nowym szkoleniowcem Pogoni wylądował około południa. Ten z zawodnikami i klubowym personelem – blisko 15 godzin wcześniej. Ci jednak nie mieli zaszczytu wsiąść do prezesowskiej limuzyny. Im musiał wystarczyć klubowy autokar.
Czekając na Tominho prezes Ptak uświadomił sobie w pewnym momencie, że przecież nie ma pojęcia jak nowy szkoleniowiec Portowców właściwie wygląda. Zdał sobie także sprawę, że polski Brazylijczyk tym bardziej nie rozpozna w nim swojego pracodawcy. Zdziwił się zatem, gdy po kilkunastu minutach zagadał do niego pewien mężczyzna:
- Przepraszam, pan prezes Ptak?
- Eee... tak. A pan kto?
- Tominho. Wasz nowy menedżer.
- Oj... przepraszam najmocniej, nie poznałem pana... ale też nie mogłem pana poznać bo nie wiedziałem jak pan wygląda... a właśnie – skąd pan wiedział, że ja to ja?
- To nie było znowu takie trudne... w gabinecie pańskiego syna stoi pana popiersie... z klocków lego...
- Co? A skąd on wytrzasnął te klocki? Miał z tym skończyć...
- No cóż – to już nie moja sprawa... możemy ruszać? Nie lubię stać bezczynnie...
- Tak, już jedziemy... papierosa?
- Nie, dziękuję... nie palę...
Jadąc do Szczecina pan Ptak opowiadał nowemu trenerowi historię klubu, a konkretnie - historię, którą znał, to jest od czasów przeniesienia się na Pomorze. Raczył go przy tym szampanem, którego butelka ni stąd ni zowąd znalazła się, podobnie jak para kieliszków, w prezesowskich rękach. Tominho udawał, że bawi go towarzystwo nowego pracodawcy. Myślami był już jednak przy klubowym magazynie, w którym spodziewał się znaleźć trzy sportowe torby. Ale najpierw musiał załatwić jeszcze jedną sprawę. Pomóc mu w tym mieli zarówno pan Ptak, jak i jego szofer.
- ... i wtedy powiedziałem Kręcinie... - opowiadał rozbawiony prezes.
- Przepraszam, że przerywam... – odezwał się Tominho - ... ale jak będziemy w mieście to proszę mnie zawieźć do Carrefour’a...
- Że jak? A tak... Janie – wieź nas do Carrefour’a... – rozkazał szoferowi władczym tonem pan Ptak.
- A do którego, panie prezesie? – zapytał szofer.
- A do którego, panie preze... to jest panie trenerze? – powtórzył bezmyślnie odczuwający z lekka szampańskie procenty prezes, kierując wzrok ku Brazylijczykowi.
- Do tego w centrum... jest jakiś Carrefour w centrum, prawda?
- Jest jakiś preze... to znaczy jest jakiś Carrefour w centrum? Janie? Ha! Powiedziałem ‘Janie’ zamiast ‘prezesie’... a więc jeszcze dopiję resztę... – obwieścił dumny z siebie właściciel limuzyny, szofera, butelki szampana, a poniekąd i nowego menedżera.
- Jest, panie prezesie... nazwijmy to centrum...
Jan jak powiedział, tak zrobił. Zamiast do klubu limuzyna pojechała prosto do centrum. Zaparkowała na drugim piętrze parkingu, po czym wysiadł z niej Tominho. Pan prezes chciał iść za nim, jednak drobny wypadek, a mówiąc konkretniej – uderzenie głową w słupek przy wysiadaniu – skutecznie mu to uniemożliwiło.
Gangster po wejściu do centrum handlowego od razu zaczął się rozglądać. Był tu pierwszy raz, i choć dobrze wiedział gdzie musi się udać, nie wiedział jak tam trafić. Na szczęście dla niego, cel jego małej wycieczki – toaleta – była na tyle blisko niego, że zdołał zauważyć napis ‘WC’ dumnie widniejący nad drzwiami do tegoż pomieszczenia.
Zaraz po wejściu Tominho zaczął się rozglądać za kabiną dla niepełnosprawnych. Po chwili był już w środku. Schylił się czym prędzej, by sięgnąć ręką za kibel, głaszcząc jego powierzchnię w poszukiwaniu czegoś, co elementem owego kibla bynajmniej nie było. Po kilku sekundach na twarzy polskiego Brazylijczyka pojawił się uśmiech. To co wymacał musiało być naprawdę warte wspomnianego grymasu, skoro pojawił się on na jego facjacie, zważywszy na to, że jakiś kaleka zapomniał spuścić wody. Owym budzącym radość przedmiotem okazał się być niewielki kartonik, a konkretnie – numerek z przechowalni. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak udać się we wspomniane miejsce i odebrać to, co leży na półce opatrzonej numerem ‘16’.
Tajemniczym przedmiotem na tymże stanowisku była czarna skórzana walizka, którą ekspedient niezwłocznie podał gangsterowi. Ten, sprawdzając uprzednio czy nikt za nim nie stoi w kolejce do okienka, otworzył ją na miejscu, oczywiście tak, by wścibskie oczy studenciny dorabiającego w przechowalni nie miały okazji zajrzeć do środka. A tam czekała już, zanurzona w równie czarnym, co walizka aksamicie, Beretta 92FS.
Po przyjeździe do klubu Tominho pomógł panu Ptakowi wysiąść z auta. Na głowie tegoż nie dało się nie zauważyć potężnego guza, przebijającego się spod prezesowskiej czupryny. Gdy tylko zamknęły się drzwi, przez które obaj wysiedli, oślepił ich błysk flesza dziennikarskiego aparatu.
- Zajebiste zdjęcie... – mruknął pod nosem reporter, po czym podszedł się przywitać - ... dzień dobry panom...
- Coś ty za jeden? – odparł Tominho.
- Spokojnie panie Tomku... – wtrącił prezes - ... to ja powiadomiłem prasę...
- No właśnie... ja z Przeglądu Sportowego...
- Ok... tylko już żadnych zdjęć... rozumiemy się? – ostrzegł dziennikarzynę nowy menedżer Pogoni.
- Znakomicie pan mówi po polsku jak na Brazylijczyka... – stwierdził owy dziennikarzyna.
- Ale panowie kochani... – napomknął pan Ptak - ... nie będziemy tak chyba rozmawiać na parkingu? Zapraszam do mojego gabinetu... dam panom coś do picia... sobie oczywiście też...
Wywiad za zamkniętymi drzwiami trwał niecałą godzinkę. Dziennikarz, częstowany przedniej jakości alkoholem przez prezesa, wychodząc z gabinetu miał jeszcze lepszy humor niż do niego wchodząc, co było oczywiście wynikiem rozweselającej działalności bliżej nieznanego trunku. Schodząc po schodach minął się ze Zbysławem, udającym się w przeciwnym kierunku.
- ... najlepszy sposób na dziennikarzy... dasz im się napić, a oni dadzą ci żyć... – powiedział pan Ptak, nie kryjąc zadowolenia - ... jedna wielka banda skur... – ciągnął dalej prezes, ale pukanie do drzwi przerwało jego błyskotliwy monolog - ... a to burak... jeszcze mu mało? Wejść!
- To ja panie prezesie... – zza drzwi wychyliła się nieogolona facjata.
- A... to ty Zbysław... wejdź.... – zaprosił ciecia parkingowego do środka pan Ptak, obcinając cygaro - ... poznaj naszego nowego menedżera...
- O... miło mi... – rzekł właściciel zarośniętej gęby.
- Mnie również... – skłamał Tominho.
- Poprawiłem już linie panie prezesie... – zwrócił się do prezesa Zbysław - ... i wszystko na pierwszy trening także jest już gotowe... sprzęt czeka już w magazynie...
Słowo ‘magazyn’ wyraźnie zainteresowało gangstera. Wstał więc z kanapy, dopijając przy tym drinka.
To ja pójdę z panem Zbysławem do magazynu... zobaczę czy wszystko mamy... – rzekł Tominho.
- Ależ panie Tomku... – odpowiedział pan Ptak - ... oczywiście że wszystko mamy...
- No tak... ale ja mam nietypowe metody treningowe... takie brazylijskie... jakby czegoś nie było to jeszcze dziś to trzeba załatwić...
- A... to co innego... Zbysław – prowadź pana...
- Robi się panie prezesie... – odparł cieć parkingowy -...do widzenia panu...
Gdy Tominho zamknął drzwi od gabinetu z drugiej strony, natychmiast przyśpieszył kroku. Zbysław nie mógł za bardzo nadążyć za nowym menedżerem, toteż ucieszył się, gdy już obaj znaleźli się przy magazynie, gdyż mógł wreszcie chwilę odpocząć, siadając na murku nieopodal. Gangsterowi takie ociąganie się nowego znajomego nie spodobało się zbytnio, czego dowodem był wyraz twarzy mówiący ‘rusz no cztery litery i otwórz mi te drzwi’. Zbysław najwyraźniej przypomniał sobie zdarzenie sprzed kilku godzin, kiedy to pan Ptak niewyszukaną metodą pogonił go do roboty, gdyż teraz w ułamku sekundy zerwał się z betonowego posłania i czym prędzej wpuścił Tominho do środka. Ten, nie tracąc ani chwili, zaczął się rozglądać za torbami z tak ważną dla życia jego i Esperanzy zawartością. Niestety – własności ich szefa nigdzie nie było widać...
- Przepraszam... – zagadał znienacka Zbysław - ... czego pan tak szuka, panie trenerze? Może pomóc?
- Takie trzy sportowe torby... – odpowiedział nieco podenerwowany Tominho - ... zostawiłem je wam w Brazylii...
- Hm... z takim zielonym listkiem z boku, nie?
- Gdzie je dałeś? Gadaj!
- Ale ja nie wiedziałem że to pańskie torby... – mówiąc to cieć schował się za drzwiami - ... i już je zużyłem...
- Że co kurwa?
- No bo to jednak trochę dziwne przywozić to z Brazylii jak w Polsce tego od chuja i trochę, nie?
- Hę?... – zdziwił się Tominho, rozglądając się raz jeszcze po magazynie – ... No wiem, że trochę tu tego macie... ale to po na cholerę mi zabrałeś moje torby jak wam tu tak super?
- No ale szef kazał... – odrzekł Zbysław, przymykając jeszcze bardziej drzwi.
- Co Ci k***a kazał? Robi w tym interesie?
- Nie robi... linie przecież ja poprawiam...
- Że co k***a? – powtórzył się Tominho, sięgając do walizki – Podejdź tu, Zbysław...
- Ale co pan... – wysapał przestraszony parkingowy - ... ja nie wiedziałem...
- To się do k***y nędzy zaraz dowiesz!
Wypowiadając te słowa gangster w mgnieniu oka wyciągnął pistolet i wycelował w przerażonego ciecia. Ten upadł na kolana, zasłaniając twarz rękoma. Tominho jednak zwlekał, co nigdy dotąd mu się to nie zdarzyło. Zawsze strzelał bez chwili wahania, mając w pamięci wszystkie te filmy, gdzie protagoniści zwyciężali w finałowych scenach antagonistów, którzy zamiast pociągnąć za spust, tracili czas bądź to na zbędne monologi, bądź to na równie zbędne przemyślenia. Tym razem jednak zdrowy rozsądek zwyciężył. Brazylijczyk opuścił broń, chowając ją po chwili z powrotem do walizki. Niepewnym krokiem udał się w kierunku wyjścia, mijając po drodze Zbysława, który sekundę wcześniej postanowił sobie zemdleć.
Tominho wsiadł do swojego służbowego Audi, ale jakby bez zamiaru ruszenia z miejsca. Po raz pierwszy od dawna nie wiedział, co robić. Jego obojętne oczy sprawiały, że z wyrazu twarzy przypominał ślepca, nie potrafiącego wykonać następnego kroku wskutek swej ułomności. Wiedział, że nie może już wrócić do Brazylii. Wiedział, że praca menedżera nie będzie jedynie przykrywką, a stanie się sposobem na przetrwanie. Wiedział też, że niewątpliwy niedorozwój umysłowy Zbysława może kosztować jego i Esperanzę najwyższą cenę...
Po wejściu do wynajmowanego przez klub apartamentu gangster usiadł na krawędzi łóżka, spoglądając kątem oka na telefon. Nie było sensu dłużej zwlekać – trzeba było powiadomić kolegę po fachu o rozwoju sytuacji. Jednak gdy perspektywa śmierci jest tak realna, że widzisz w jej oczach odbicie własnego życia, trudno jest skupić się na tak przyziemnych sprawach, jak rozmowa...
- Tak?
- ...
- Halo?
- ...
- Słuchaj cholero nie wiem kim...
- Przepadło...
- Co? Kto mówi?
- Towar przepadł... nie mogę wrócić...
- Tominho? Co ty odwalasz?
- Nic nie odwalam... przepadło, rozumiesz? Połowa brazylijskiego PKB poszła w las!
- ...
- Zanim przyjechałem już było po wszystkim... zniszczyli cały transport...
- Jak?
- Co ‘jak’? Zniszczyli... ma to jakieś znaczenie ‘jak’?
- ...
- Esperanza?
- Myślę...
- I co?
- Nie wiem... muszę stąd uciekać...
- Wiem... a ja nie mogę wracać...
- ...
- Jesteś?
- Jestem... Szukałem czegoś.
- Czego?
- Kartki...
- Hę?
- Zostajesz tam, więc będziesz tym menedżerem nie?
- No...
- Znalazłeś broń?
- Była na miejscu...
- Gościu, co ją tam dla Ciebie schował... On mieszka w tym twoim mieście... To Brazylijczyk, zna się na piłce... Pomoże ci...
- Że co?
- Dam ci jego nazwisko i adres. Zostajesz tam jako menedżer, więc przyda ci się ktoś stamtąd. Zna się na polskiej piłce. Podpowie ci, kogo sprowadzić. Kiedy grasz pierwszy mecz?
- Za dwa dni. Z Deportivo.
- No to super. Do tego czasu nikogo nie kupisz, ale prześlę Ci nazwiska faksem. Podaj numer...