UWAGA! NA KOŃCU TEKSTU KONKURS DLA CZYTELNIKÓW!
Czy ktokolwiek z Was wybrał się kiedykolwiek w podróż w nieznane wbrew własnej woli? Zdarza się, że na pierwszą myśl o jakimś kierunku, pomyśle, a nawet konkretnym miejscu, zbiera nam się na mdłości. Albo co najwyżej wykrzywiamy twarz w niechętnym grymasie. A przynajmniej ziewamy przeciągle. Jednak zdarza się również i tak, że nagle coś zupełnie irracjonalnego, nieprzewidywalnego i silniejszego od nas, zaczyna nas ciągnąć swoją magnetyczną siłą w kierunku drzwi. Czy kiedyś doświadczyliście podobnego uczucia?
Kiedy w moim londyńskim mieszkaniu o świcie zadzwonił telefon, wiedziałem, że to Marcel. Może dlatego, że miał on barbarzyński zwyczaj sięgania po słuchawkę o pierwszym brzasku. Choć raczej pewnie z tej przyczyny, że tylko on znał mój domowy numer. Wszyscy inni dzwonili na komórkę. Francuska skłonność do oszczędności.
Dzwonił w tej samej sprawie co wczoraj. I przedwczoraj. I w zeszłym tygodniu. W tej sprawie, w której wydzwaniał do mnie od przeszło pół roku, to znaczy od wtedy, kiedy dowiedział się, że noszę się z zamiarem dłuższego odpoczynku od futbolu. Przez kilka pierwszych dni słyszałem o niepowetowanych stratach dla piłkarskiej społeczności, kibiców, a przynajmniej dla kilku wspólnych przyjaciół. Potem nastąpiło odwoływanie się do mojego sumienia, które jednak pozostało niewzruszone. Wreszcie rozpoczął całkiem ciekawą w fabule improwizację na temat kogo to właśnie nie spotkał, z kim to właśnie nie rozmawiał i czego to ciekawego na mój temat ostatnio nie usłyszał. Widząc jednak, że prócz atrakcyjnych materiałów do kpin, nie dostarcza mi w ten sposób zbyt silnych bodźców intelektualnych, porzucił dotychczasową strategię i zamilkł na jakiś czas. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wkrótce zaczęło mi brakować naszych rozmów. Któż bowiem nie lubi, kiedy się zabiega o jego względy i podnosi niezasłużoną wartość rynkową w obliczu utrwalającego się bezrobocia?
Fakt faktem, pracy nie miałem. Rzecz jednak w tym, że moje wyciągi bankowe niezmiennie informowały mnie o sześciocyfrowej kwocie na rachunku, a wspomnienie czterech ostatnich lat pracy odstręczało skutecznie od choćby próby kupienia biletu na jakikolwiek mecz. Zauważyłem, że nawet rubryki sportowe w gazetach, które nadal miałem zwyczaj śledzić, dostarczają mi już tylko powodów do niewielkiej skądinąd satysfakcji, gdy sam do siebie w myślach mówiłem: wiedziałem, że tak będzie. Literatura fachowa nazywała to syndromem wypalenia zawodowego. Ja na to mówiłem: urlop.
Tak czy owak, milczenie Marcela trwało nie dłużej niż parę dni. Zadzwonił któregoś dnia ni stąd ni zowąd i z prawdziwą radością zakomunikował mi, że skoro sam nie zamierzam nic zrobić z moją wspaniale zapowiadającą się karierą, on przejmuje sprawy w swoje ręce. Zostaje moim agentem i od zaraz rusza na poszukiwanie intratnych propozycji, od których oczekuje dziesięciu procent prowizji. Zaproponowałem mu dwadzieścia i zadowolony, że pozbywam się go w ten sposób na dłuższy czas, wróciłem do śniadania. Najwięcej ważące błędy popełniamy zwykle podczas najmniej ważnych czynności.
Od tamtej pory minęło raptem dwa tygodnie, a dałbym sobie uciąć co nieco, że co najmniej cztery. Marcel dzwonił raz dziennie. Raniutko. Prócz tego wysyłał kilka maili, jakiś faks, a wkrótce także zacząłem odbierać esemesy. Kiedy w zeszłym tygodniu zapukał kurier z przesyłką z Paryża, wiedziałem już, że przeholowałem z tą prowizją.
Kiedy tracisz pracę, to choćbyś nie wiem jakim był fachowcem, choćbyś osiągał wyjątkowe sukcesy i choćbyś miał niezłą reputację w branży, będziesz gorącym towarem ledwie przez miesiąc. Może dwa. W trzecim twoje perspektywy zaczną być interesujące, w czwartym ciekawe, a w piątym zaczniesz się pojawiać wyłącznie w przypisach do aktualnych wydarzeń. Ja nie miałem zajęcia od jedenastu.
Spodziewałem się, że Marcel może co najwyżej narobić trochę hałasu. Przypomnieć tu i ówdzie moje nazwisko. W dalszej perspektywie mogłoby to nawet coś przynieść, a o bliższą póki co się nie martwiłem. Mój francuski przyjaciel rozpoczął jednak metodyczne sondowanie metodą wędkarską. Na szczęście nie przyniosła ona żadnej konkretnej oferty, za to spowodowała, że co najmniej raz dziennie musiałem się ustosunkowywać do kolejnych pomysłów Marcela. A te były coraz głupsze.
tak sobie myślę, że to chyba jest Real Jaén :P
Czy to aby nie krok, a nawet dwa w tył?
Dziwne, oliwki rosną w Boliwii ?
Byłem przekonany że Grecja ;]
Dziwne, oliwki rosną w Boliwii ?
Byłem przekonany że Grecja ;]
Real Jaen to nie Boliwia tylko Hiszpania :)
Wydaje mi się, że Piotr nie przepada za prowadzeniem klubów typu MCity lub Liverpool. A mnie nurtuje inne pytanie - jak żeście tak szybko wpadli na Jaen? Byliście tam czy co?