Ukraiński futbol cz.1
10. Czerwca 2005r.
Siedziałem w domu i odpoczywałem po treningu, była godzina 20:15. Zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę:
- Słucham - zapytałem zmęczonym głosem.
- Dobry wieczór, czy pan Michał Grzybowski? - człowiek, który o to zapytał, miał dziwny wschodni akcent.
- Tak, to ja.
- Bardzo mi miło, nazywam się Yuri Kravovski, jestem przedstawicielem klubu piłkarskiego Dynamo Kijów z Ukrainy...
- Czego pan sobie życzy? - zapytałem grzecznie, byłem pewien, że chcą kupić jakiegoś piłkarza z mojej Korony Kielce. Na razie zachowałem spokój, chociaż męczą mnie już te telefony w sprawie transferów.
- Czy interesuje pana posada managera w Dynamie?
- Jak to managera?! Nie chce pan kupić mojego zawodnika?!
- Jak bym chciał kupić kogokolwiek, to bym powiedział. Chcemy pana zatrudnić w naszym zespole, poprzedni trener został dziś zwolniony... - powiedział bardzo dobitnie.
- Jestem zszokowany, do kiedy mam podjąć decyzję?
- Do jutra wieczór. Zadzwonię do pana.
- Dobrze. Dobranoc - zakończyłem.
- Dobranoc
Byłem bardzo zdziwiony, chciałem już jakiś czas temu opuścić Polskę i pojechać na zachód, ale na wschód? To jakieś szaleństwo. Dynamo Kijów to świetna drużyna, ale czemu chcą zatrudnić, akurat mnie? 42-latka, który nie ma na swoim koncie żadnych sukcesów trenerskich. Od kilku miesięcy trenuję Koronę z różnym skutkiem, wcześniej kilka innych klubów, ale też bez rewelacji. Może się na mnie poznali i uważają, że moje umiejętności są duże? Nie wiedziałem, co ich do tego skłoniło, ale byłem przekonany, że się zgodzę. W tym momencie pomyślałem, że może to jakiś głupi żart, ale kto, po co, czemu? Nie wiedziałem, co o tym sądzić. Postanowiłem zadzwonić do znajomego ojca z Lwowa. Znalazłem numer, dzwonie...
- Dobry wieczór, z tej strony Michał Grzybowski, czy pan Janusz?
- Tak! Michał dawno się nie odzywałeś, co słychać? - pan Janusz bardzo się ucieszył, jak mnie usłyszał.
- Po staremu, ale dzwonię do pana w dość dziwnej sprawie. Dostałem dziś propozycję trenowania Dynama Kijów i nie wiem, co o tym myśleć, czy to jakiś żart, czy prawda. Nie wie pan, czy dotychczasowy trener Dynama został zwolniony?
- Hmmm... Faktycznie ciekawa sprawa. Myślę, że ta oferta jest prawdziwa, ponieważ w wiadomościach godzinę temu podano informację o zwolnieniu tego trenera i poszukiwaniach przez klub jego następcy. Chyba Ty nim będziesz. - zaśmiał się.
- Jeszcze nie wiem, ale dziękuję za informację. Dobranoc.
- Cześć.
Wiedziałem, że ta wiadomość jest prawdziwa. Byłem prawie pewien, że się zdecyduję gdyby to był jakiś inny ukraiński klub, nie byłoby mowy, ale Dynamo to prawdziwa legenda i moja życiowa szansa! Nic mnie już właściwie nie trzymało tu, w Kielcach. Dziewczyna rzuciła mnie kilka dni temu, z Koroną idzie mi przeciętnie, więc nie będzie problemów z rozwiązaniem kontraktu, który i tak dobiegał już końca. Położyłem się spać, ale oczywiście nawet nie zmrużyłem oka. Następnego dnia chciałem załatwić wszystkie sprawy związane z rozwiązaniem kontraktu...
11. Czerwca 2005r.
Już rano pojechałem do prezesa w sprawie zerwania kontraktu, nie chciałem żadnych pieniędzy, ani nic w tym rodzaju. Czekałem moment, aż prezes mnie przyjmie, w końcu wszedłem do środka:
- Dzień dobry, mam do pana sprawę.
- Słucham. Siadaj.
- Mówiąc krótko. Dostałem wczoraj propozycję trenowania Dynama Kijów i chciałem zapytać, czy jest możliwe rozwiązanie kontraktu, którym jestem jeszcze przez miesiąc związany z Koroną? Nie chcę żadnych pieniędzy. - powiedziałem bardzo spokojnie.
- Nie jest to taka prosta sprawa. Jaką mam pewność, że nie pójdziesz do jakieś polskiej drużyny? Może chcesz iść do konkurencji? - krzyknął prezes. Ależ z niego debil, pomyślałem. Przecież, mówię, że chcę wyjechać na Ukrainę.
- Powtarzam jeszcze raz, mam propozycję z Dynama Kijów. KIJÓW! To jest Ukraina. - krzyknąłem.
- Hmmm... A co taka drużyna jak Dynamo Kijów może chcieć od takiej miernoty jak Ty?
- Może się na mnie poznali, w przeciwieństwie do pana? To jak z tym kontraktem?- byłem coraz bardziej zdenerwowany.
- Mogę go z Tobą rozwiązać, ale to będzie Cię kosztować. Będziesz mi musiał zapłacić pieniądze, które byś zarobił przez ten miesiąc.
- Jak to?!
- Przeczytaj umowę jeszcze raz, tam na dole, drobnym drukiem. - zaśmiał się szyderczo.
- Ile to będzie?
- Jakieś 20 tysięcy złotych.
- Dobrze, zapłacę.
- Przyjdź dziś popołudniu, powiedzmy o 16. Wszystkie papiery będą gotowe. Miej ze sobą pieniądze. - zakończył. Nic nie mówiąc wyszedłem z gabinetu, zdenerwował mnie, ale trudno dam mu te 20 tysięcy, w Dynamie zarobię tyle w tydzień, uśmiechnąłem się w duchu.
Trening poprowadził mój asystent. Ja pożegnałem się z zawodnikami i całym sztabem szkoleniowym, byli zaskoczeni, jak im powiedziałem, gdzie będę pracował już niedługo. Obiecali, że będę sprawdzać jak radzi sobie Dynamo w lidze ukraińskiej, wszyscy życzyli mi powodzenia. Szczerze mówiąc odchodzę stąd bez smutku, nic mi ostatnio nie wychodziło i w trenerce i w życiu prywatnym. Cieszyłem się na zmianę otoczenia. Teraz uświadomiłem sobie, że nauka rosyjskiego w szkole nie była taką głupotą, jak do tej pory myślałem.
Kiedy podpisałem już rezygnację, mogłem spokojnie szykować się do wyjazdu, zadzwoniłem jeszcze do mamy w Szczecinie, była przeciwna mojemu wyjazdowi, ale przekonałem ją, że to krok w dobrym kierunku i tylko na tym zyskam, na pewno mi nie uwierzyła, ale trudno, ja podjąłem już decyzję. W sumie spędziłem prawie cały dzień na załatwianiu różnych spraw. Dopiero wieczorem miałem trochę czasu na spakowanie się. Był już wieczór, siedziałem sobie na kanapie, rozmyślając. W pewnym momencie, zadzwonił telefon! To na pewno był Yuri! Podniosłem słuchawkę:
- Słucham, Michał Grzybowski.
- Dobry wieczór, tu Yuri, podjął pan już decyzję?
- No, nie do końca - oczywiście, że już zdecydowałem, ale nie chciałem żeby myślał, że się napaliłem. - chciałem zapytać jakie będą moje zarobki?
- Między 5, a 7 tysięcy dolarów tygodniowo. - Biorę to, pomyślałem.
- To dobra suma. Zgadzam się.
- To świetnie. Czekamy na pana jutro w Kijowie. Zadzwonię do pana jutro, na komórkę. Powie pan, o której pan będzie na miejscu, wyjdziemy po pana na lotnisko. Wiemy jak pan wygląda. - zaśmiał się.
- Dobrze. - odparłem.
- Dobranoc.
- Dobranoc
Byłem bardzo podekscytowany. Zadzwoniłem do informacji, chciałem wiedzieć, o której mam samolot do Kijowa. Najlepiej pasowało mi o 12:40 i tak właśnie zarezerwowałem. Wszystko miałem już załatwione. Mieszkaniem zajmie się mój znajomy, a do Warszawy pojadę pociągiem, z Kielc to niedaleko. Pociąg miałem o 9:05. Byłem już gotowy, położyłem się wcześnie, wiedziałem, że jutro jest bardzo ważny dzień, może najważniejszy w moim życiu.
12. Czerwca 2005r.
Jazda pociągiem oraz przelot samolotem przebiegł bez niespodzianek. Nawet obsłudze lotniska udało się nie zgubić moich bagaży. Było parę minut po 13. Stałem na lotnisku, kiedy podszedł do mnie ubrany na czarno facet. Powiedział:
- Pan Michał Grzybowski?
- Tak. - odparłem.
- Bardzo mi miło, jestem Yuri Kravovski, rozmawialiśmy przez telefon.
- Oczywiście, miło mi.
- Zapraszam do samochodu, pojedziemy do prezesa klubu.
- Dobrze. - odparłem i ruszyliśmy.
Facet nie wyglądał na typowego przedstawiciela klubu piłkarskiego. Był wysoki, szeroki w barach, miał czarną skórzaną kurtkę. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, ale pomyślałem, że może na Ukrainie tak właśnie wyglądają przedstawiciele klubów piłkarskich. Doszliśmy razem do mercedesa w ciemnymi szybami, wsiadłem razem z nim. W środku siedziały jeszcze dwie osoby, kierowca oraz pasażer z przodu, wszyscy wyglądali jak ten, co mnie prowadził, z tą tylko różnicą, że tamten miał włosy, a Ci w samochodzie byli łysi. Wyglądali, nietypowo. Usiedliśmy z tyłu. Kierowca nic nie mówiąc ruszył. Uważnie przyglądałem się tym ludziom, dziwiło mnie, że mogą mieć coś wspólnego z klubem piłkarskim, ale może na Ukrainie to standard.
Podróż trwała już dobre 30 minut, widziałem, że wyjeżdżamy z miasta. Postanowiłem zapytać, co jest grane.
- Czemu wyjeżdżamy z miasta? - zapytałem.
- Jedziemy do klubu, spokojnie.
- Jak to do klubu?! Miał być w Kijowie! - wrzasnąłem. Ten, co siedział ze mną z tyłu, popatrzył na mnie i powiedział.
- Wszystko jest dobrze. Nie ma co się denerwować.
- Jak mam być spokojny? Coś mi tu śmierdzi! - krzyknąłem.
Yuri nic nie odpowiedział, odchylił tylko kurtkę i pokazał mi fragment pistoletu. Mało nie narobiłem w gacie. Nic już nie mówiłem, bałem się cholernie. Nie wiedziałem, czego oni ode mnie chcą i o co właściwie chodzi.
Jechaliśmy już z godzinę, cały czas milcząc. W pewnym momencie samochód zatrzymał się, Yuri wyciągnął mnie z wozu. Byliśmy na jakiejś stacji benzynowej, obok Merca, stał Wolksvagen Transporter. Jeden z „goryli” otworzył tylną klapę i kazał mi wejść do środka. Nie miałem pojęcia, co jest grane, ale bałem się pisnąć. Wsiadłem na „pakę”, za mną wszedł jeden z nich, zawiązał mi ręce i nogi. Później założył opaskę na oczy i usta. Jednym słowem nie mogłem się ruszać, mówić i patrzeć – jak w filmie sensacyjnym, ale mi nie było do śmiechu. Klapa zamknęła się. Nie wiedziałem, co się dzieje, co ja tu w ogóle robię i przede wszystkim: jakie oni mają zamiary wobec mnie? Myślałem o rzeczach najgorszych, że chcą mnie zabić, albo będą żądać za mnie okupu. Nie miałem pojęcia, co jest grane...
Jechaliśmy już bardzo długo, przez ten stres straciłem rachubę czasu. Od dobrych kilku minut poruszaliśmy się bardzo wolno, często skręcając. Chyba byliśmy w jakimś mieście, może na miejscu? Ale gdzie do cholery? Po pary chwilach, samochód zatrzymał się, otworzyła się tylna klapa, zostałem wyciągnięty na zewnątrz. Położyli mnie na ziemi, zdjęli sznurek z nóg, postawili, chwycili za oba ramiona i gdzieś zaprowadzili. Na pewno byliśmy w pomieszczeniu, ale gdzie? Nie miałem pojęcia, co się dzieje i gdzie jestem. Posadzili mnie na krześle, widziałem tylko ciemność. Słyszałem kroki wokół mnie, ale nikt się nie odzywał, próbowałem wydać z siebie jakiś głos, ale jedyne, co osiągnąłem, to jakiś nieokreślony jęk, co tylko doprowadziło do śmiechu ludzi w pomieszczeniu. Ale przynajmniej wiedziałem, że jest ich tam czterech. Takie siedzenie i słuchanie stąpania nieznanych mi ludzi trwało jeszcze, dobre pół godziny. W końcu otworzyły się drzwi, dwie osoby przeszły obok mnie i usiadły przede mną, domyślałem się, że przy biurku. Za chwile nastała cisza, aż w końcu postać przed mną powiedziała „Zdejmijcie mu to”. Ucieszyłem się, miałem nadzieję, że sprawa się wyjaśni i nie będą chcieli strzelić mi w łeb. Zdjęto mi opaski z oczu i ust, nadal miałem związane ręce. Przez kilka chwil nic nie widziałem, powoli jednak obraz robił się wyraźny. Siedziałem na krześle przed dużym dębowym biurkiem, naprzeciwko mnie, siedział starszy facet, wyglądał bardzo groźnie, miał wzrok skierowany w jakieś papiery, obok niego siedziała bardzo ładna dziewczyna. Pomieszczenie było dość duże, ale bardzo ciemne, jedyne światło dawała lampka na biurku. Na ścianach były obrazy i jakieś szafki, wyglądały na drogie. Nie patrzyłem się za siebie, ale byłem pewien, że stoi tam jeszcze kilka osób. Nic nie mówiłem, nie wiem – czemu bałem się, że mnie zabiją jak będę gadał, więc siedziałem cicho. Ta ładna młoda dziewczyna przyglądała mi się. W pewnym momencie starszy człowiek oderwał wzrok od papierów, popatrzył na mnie, ja na niego. Wyglądał na typowego „ojca chrzestnego”, miał pomarszczoną twarz i nadęte policzki. Patrzył na mnie jeszcze chwilę i powiedział:
- Dobry wieczór, Michał. Pewnie zastanawiasz się co się tutaj dzieje? - mówił powoli, ale od razu poczułem przed nim respekt. Ciągnął dalej. - Wyjaśnię Ci to. Zacznę od początku... Oferta z Dynama Kijów to nieprawda, wszystko było ukartowane. Zastanawiasz się pewnie - czemu? - przestał mówić, a ja na twarzy miałem strach, nie wiedziałem czego on ode mnie oczekuje, ale nic nie mówiłem, czekałem, aż sam dokończy. Zaczął dalej. - Jesteś w mieście Odessa, masz zostać trenerem drużyny Czornomoriec, musisz utrzymać zespół w pierwszej lidze, może nawet powalczyć o puchary, ja mam w tym swój interes. Poprzedni trener.... Jak Ci to powiedzieć? Jest już na tamtym świecie, chciał współpracować z policją, długa historia. Przechodząc jednak do rzeczy, chcieliśmy człowieka z poza Ukrainy, żeby nie wyglądało to podejrzanie. Czy chcesz zostać managerem drużyny?- skończył. Nic nie rozumiałem! Ale wreszcie przemówiłem:
- Czemu ja? I czemu nie mógł pan tego załatwić w cywilizowany sposób?! - krzyknąłem.
- Cywilizowany mówisz? Wyobraź sobie, że dzwonię do Ciebie i proponuje pracę w drużynie Czornomoriec Odessa. Powiedz szczerze, zdecydowałbyś się?
- Nie. - odparłem.
- No widzisz. A pytasz, czemu Ty? Ponieważ jesteś zdolnym trenerem, który nie jest znany i nikt nie przejmuje się Twoim losem, byłeś idealnym kandydatem.
- A jeśli porozumiem się z policją? - chciałem trochę się bronić.
- Nie radzę. Są powody, dla których nie jest to sprawa opłacalna dla Ciebie. Znam bardzo dobrze szefa policji w Odessie, a Twój poprzednik, też próbował współpracy z policją i nie wyszedł na tym dobrze... Rozumiesz, co mam na myśli?
- Czyli nie mam wyjścia? - zapytałem zrozpaczony.
- Możesz powiedzieć, że się nie zgadzasz, ale wyjdziesz z tego pomieszczenia nogami do przodu - uśmiechnął się. Ale ja byłem przerażony...
- No cóż, zostanę tym managerem. - byłem w sytuacji bez wyjścia.
- Bardzo mądra decyzja. Nie myśl, że będziesz tu źle traktowany. Będziesz zarabiał dwa tysiące funtów tygodniowo, masz do dyspozycji budżet transferowy na nowych zawodników w wysokości jednego miliona... funtów, oczywiście. Będziesz miał tu jak u siebie w domu, wystarczy, że drużyna będzie grać dobrze, a nic Ci nie grozi. O właśnie, zapomniałem się przedstawić, nazywam się Kovcevic.
- Panie... Kovcevic, jaką mam gwarancję, że będę żył?
- Sprawa jest jasna. Jak drużyna będzie grała dobrze, Ty będziesz żył, wszystko w Twoich rękach. Tylko nie myśl, że będzie jakaś możliwość ucieczki. Będziesz miał swoich, jak to się mówi w wielkim świecie... Bodyguardów. Ivan i Igor, stoją za tobą, to bardzo mili panowie, na pewno ich polubisz. Każda próba ucieczki, może się dla Ciebie źle skończyć. Pamiętaj o tym. Rozumiemy się? - skinąłem głową na tak, ale byłem przerażony. I ciągle powtarzało się pytanie: dlaczego akurat ja? Niestety, nie znałem na nie odpowiedzi.
„Ojciec chrzestny” popatrzył na mnie jeszcze chwilę i powiedział do goryli za mną, żeby mnie zabrali do pokoju hotelowego.
- Tam znajdziesz wszystko, czego Ci potrzeba. Jest sporo alkoholu, myślę, że będziesz chciał z niego skorzystać. Pamiętaj, mam Cię za człowieka inteligentnego, wiem, że nie zrobisz nic głupiego. Do zobaczenia jutro. - zakończył rozmowę.
Ja już nic nie mówiłem, jedna z osób za mną odwiązała mi ręce i zaprosiła do samochodu, tym razem było to dość stare BMW. Posadzili mnie z przodu na miejscu pasażera, kierowcą był jeden z moich „bodyguardów”, drugi siedział na tylnej kanapie. Nic się nie odzywałem, oni też milczeli, zresztą o czym mogłem gadać z takimi półgłówkami. Spojrzałem na zegarek, była 23:46, nawet nie myślałem, że jest aż tak późno. Dojechaliśmy do hotelu dość szybko. I muszę przyznać, że był on bardzo elegancki. Wyszliśmy z samochodu, w recepcji miła pani dała mi klucz do pokoju 144, był na czwartym piętrze. Moi goryle szli cały czas krok za mną, trochę mi to przeszkadzało. Chyba byłem już pogodzony z sytuacją, niedługo poproszę o większą swobodę, przecież nie mogłem łazić nawet do kibla z tymi idiotami!
Byliśmy już w windzie. Nacisnąłem przycisk „4”. Nawet winda w tym hotelu wyglądała ekskluzywnie. Miałem przeczucie, że jego właścicielem jest Kovcevic. Zapytam jednego z goryli.
- Ivan, do kogo należy ten hotel? - zapytałem Ivana, przynajmniej będę wiedział, który jest który.
- Yyyy... Ten hotel należeć do szefa. Tego no... Kovcevica. - odparł. Po tym jednym zdaniu można było wywnioskować, że jego IQ jest porównywalne z numerem buta. W sumie, było mi to obojętne. Nic więcej nie mówiłem.
Winda zatrzymała się, ruszyłem korytarzem i zaraz zobaczyłem drzwi do mojego pokoju. Otworzyłem je, ochrona została na zewnątrz. Zanim zamknąłem drzwi, jeden rzucił do mnie: „Nie zamykać na klucz!”, zrobiłem jak kazał. Byłem pod wielkim wrażeniem mojego pokoju, a raczej apartamentu. Był chyba większy niż całe moje mieszkanie w Kielcach. Umeblowany bardzo nowocześnie, w sypialni było wielkie łóżko. W łazience jaccuzi i inne gadżety. Byłem pod wielkim wrażeniem, ale ciągle krążyła mi po głowie myśl, że to nie jest mój pokój, tylko więzienie. Jedyne wyjście, jakie miałem to zalać smutki, zajrzałem do barku koło sofy w salonie, były tam same wykwintne trunki – „Johnny Walker” i inne, których nazwy widziałem pierwszy raz w życiu. Wziąłem „Johnny’ego”, siadłem na kanapie, włączyłem telewizor. Leciał jakiś ukraiński film, zacząłem pociągać z butelki, zanim się zorientowałem. opróżniłem prawie całą. Nie miałem siły się ruszyć, więc zasnąłem...