2.07.2011
Pierwszą rozmowę w cztery oczy z Señorem Sęp Mi Na Imię odbyłem zupełnie niespodziewanie. Była krótka, rzeczowa i rozczarowująca. Doskonale zatem pasowała do osobowości mojego pryncypała.
Wezwanie do gabinetu Señor Carlosa Sancheza przyszło przed południem w trakcie omawiania z nowymi trenerami szczegółów planowanych przeze mnie reżimów treningowych. Zaskoczenie było tak wielkie, że wstałem i bez słowa udałem się na trzecie piętro zostawiając moich podopiecznych całkowicie zdezorientowanych. W trakcie mojej dwuletniej pracy w Jaén widywałem prezesa oczywiście wielokrotnie, ale nigdy do naszych spotkań nie dochodziło w ten sposób. Zawsze były to zwykłe, cotygodniowe zebrania Zarządu klubu, albo też nadzwyczajne, ale zwoływane z dużym wyprzedzeniem posiedzenia. Nie zdarzyło mi się nigdy, ani widzieć prezesa w jakichkolwiek innych okolicznościach, ani spotkać go na korytarzu, o boisku nie wspominając. Doszedłem nawet do wniosku, że albo mieszkał w swoim gabinecie, albo jest jedynie bytem astralnym materializującym się wyłącznie w celu odbywania narad. Nie przeszkadzało mi to zresztą zupełnie. Ani do szczęścia, ani do pracy potrzebny mi nie był, a jego nieliczne interwencje i decyzje, które do mnie docierały, miały wyłącznie charakter informacyjny. Nie miałem na nie ani żadnego wpływu, ani tym bardziej ochoty z nimi polemizować.
- Proszę się rozgościć – powiedział prezes wskazując mi fotel, kiedy pojawiłem się w jego gabinecie.
Rozgościłem się.
- Nie zajmę Panu dużo czasu – obwieścił.
Byłem mu niezmiernie wdzięczny, ale uprzejmość nakazywała zachowanie konwenansów.
- Proszę się nie spieszyć. Mamy tak rzadko okazję do rozmowy, że gotów jestem natychmiast odłożyć inne zajęcia.
Sarkazm po hiszpańsku w polskiej panierce. Uśmiechnął się.
- Proszę przyjąć moje najszczersze gratulacje – rzekł. - Pański hiszpański jest bez zarzutu.
Spodziewałem się gratulacji co najmniej z pięćdziesięciu trzech powodów, ale jakość mojego hiszpańskiego musiała być chyba pięćdziesiątym czwartym.
- Dziękuję. Pochodzę z kraju, gdzie najbardziej obcym jest język ojczysty, więc siłą rzeczy języki obce nie są mi aż tak obce.
Zmarszczył brwi. Przesadziłem chyba z panierką.
- Jak Pan zapewne wie – chrząknął – wraz z awansem do drugiej ligi zmieni się w sposób znaczący struktura naszego finansowania.
Teraz to ja zmarszczyłem brwi. Zauważył moje zmartwienie.
- Do tej pory głównym źródłem naszych przychodów była sprzedaż zawodników. Wpływy z reklam, sponsoringu, sprzedaży biletów oraz transmisji telewizyjnych stanowiły razem mniej niż 30% ogólnego obrotu. Pozostałe źródła pomijam, bo pozostają one bez wpływu na ogólną strukturę finansowania bieżącej działalności klubu.
Spojrzał na mnie.
- Czy jak na razie wyrażam się jasno?
- Nadążam.
- Doskonale.
Przysunął do siebie jakiś dokument i przebiegłszy po nim wzrokiem, ponownie zwrócił się w moją stronę.
- W nadchodzącym roku spodziewamy się, że same przychody z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych będą stanowiły niemal 40% obrotów. Zwiększy się także udział przychodów z reklam i sponsoringu. Te dwa źródła powinny nam zapewnić połowę naszego finansowania.
Spojrzał w moją stronę. Poczułem się wywołany do odpowiedzi, choć nie padło żadne pytanie.
- Brzmi dobrze – rzekłem niepewnie.
- Tak – potaknął. - Rzecz w tym, że chcielibyśmy, aby w ślad za inwestycjami w infrastrukturę oraz wzrostem poziomu sportowego, poszły także zmiany w zarządzaniu posiadanymi zasobami. Nowoczesny klub to nowoczesne finanse.
Przekręciłem się nerwowo w fotelu. Wkroczyłem do ciemnego lasu z zawiązanymi oczami, a moja niezawodna w takich przypadkach intuicja zaczynała mi podpowiadać, że lada chwila każą mi jeszcze w tych warunkach strzelać z łuku do jabłka.
Tymczasem Señor Sęp Mi Na Imię kontynuował niezrażony.
- Innymi słowy, chcielibyśmy, aby udział dochodów ze sprzedaży zawodników w ogólnej strukturze nie przekraczał dwudziestu procent całego budżetu. Podobnie jak wpływy z transmisji.
Nie rozumiałem. Widział to.
- Jeżeli tylko 40% naszych wpływów będzie pochodziło od stacji telewizyjnych i innych klubów, nasza sytuacja finansowa w dużej mierze uniezależni się od wyników sportowych. Jeden czy dwa słabsze sezony nie będą miały znacznego wpływu na kondycję klubu. Taka struktura finansów zapewni nam stabilną i bezpieczną sytuację. I to długoterminowo. Uniezależnimy się od pieniędzy z telewizji i nie będziemy musieli sprzedawać naszych najlepszych zawodników w przypadku słabego sezonu. Wzrośnie nasza rentowność, a więc i zwiększymy wartość całego klubu.
Patrzyłem na niego tymi swoimi polskimi oczami i zaczynałem powoli rozumieć co Señor Sęp Mi Na Imię chciał mi przekazać, ale nie zamierzałem go wyręczać.
- Jeżeli od telewizji i za zawodników mamy dostać ledwie 40% potrzebnych pieniędzy – zapytałem - to skąd weźmiemy pozostałe 60?
Spojrzał na mnie uważnie.
- Dziesięć procent pewnie uda się z czasem uzyskać z kontraktów sponsorskich i reklam. Maksymalnie pięć otrzymamy z pozostałych źródeł. Odsetki bankowe, dotacje, jakieś nagrody czy zbiórki funduszy.
- Wciąż brakuje 45 procent – zauważyłem.
- Wpływy meczowe – powiedział szybko. - Bilety, karnety, sprzedaż gadżetów, catering i wszystko to co się udaje sprzedawać w dniu meczu.
- Świetnie – odparłem. - Czyli nareszcie będziemy zapełniać stadion? Mówię o tym już od roku.
Jeżeli dotąd patrzył na mnie uważnie, to teraz spojrzał przenikliwie.
- To Pana zadanie – rzekł.
- Moje?
- Pańskie.
Nie zrozumiałem. Mam biegać po mieście z ulotkami, czy może z megafonem?
- Uruchomimy całą marketingową i medialną machinę potrzebną do tego, ale bez Pańskiej pomocy cały nasz wysiłek na nic się zda.
- Mojej pomocy? Nie bardzo rozumiem.
Westchnął. Liczył chyba, że sam na to wpadnę. Nie wpadałem. Nabrał solidnie powietrza w płuca i wypalił:
- Koniec z defensywną taktyką.
Nie uwierzyłem w to co słyszę. Owszem, czasami miałem problemy ze słuchem, albo wolałem mieć, ale tym razem nie była to kwestia dobrej czy złej woli, a raczej braku wiary w zdarzenia, których byłem świadkiem.
- Słucham? - upewniłem się.
Wsparł się na ramionach i powiedział znacząco:
- Wie Pan dlaczego na Camp Nou przychodzi tyle ludzi?
- Bo Barcelona ma więcej mieszkańców? - zagaiłem.
- Nie - walnął palcem wskazującym o biurko. - Bo grają ładny, ofensywny futbol, który ludzie uwielbiają oglądać. Strzelają bramki, atakują. Dają ludziom igrzyska, a nie tylko zwycięstwa. Pokazują piękno. A zresztą...
Machnął lekceważąco ręką.
- Rzecz w tym, że sam awans do Adelante nie wystarczy, żeby przyciągnąć wystarczająco wielu kibiców. Spodziewamy się oczywiście wzrostu zainteresowania, ale potrzebna jest rewolucyjna zmiana. Jakościowa.
Samo moje spojrzenie powinno mu wystarczyć za odpowiedź.
- Jeżeli gralibyśmy nieco mniej zachowawczo... Gdyby padało więcej bramek, byłoby więcej emocji, a wtedy łatwiej przyciągnąć publikę. Rozumie Pan?
Rozumiałem.
- Nie chcę, żeby odebrał Pan to jako ingerencję w sprawy prowadzenia drużyny, a raczej jako... hmm, sugestię.
Ładna sugestia.
- Proszę jedynie, aby starannie Pan to rozważył.
Ton jego głosu oznaczał, że zbliżyliśmy się do końca spotkania. Wstałem. Wyciągnął rękę i spojrzawszy na mnie jeszcze raz wyczekująco zapytał:
- Mogę liczyć na Pańskie zrozumienie w tej kwestii?
W sumie wiedziałem co chcę odpowiedzieć, ale nie bardzo wiedziałem czy on chciałby to usłyszeć. Nabrałem powietrza.
- Zrozumienie? Oczywiście. Zrozumienie.
Uśmiechnął się z tak wyraźną ulgą, że postanowiłem nie trzymać go dalej w niepewności.
- Rozumiem co mi Pan zasugerował.
Uścisnąłem mu dłoń i przytrzymując ją zdecydowanie powiedziałem:
- Zapewne wie Pan dlaczego opuszczałem Chateauroux. Zna Pan też pewnie okoliczności w jakich odszedłem z Charltonu. Doskonale rozumiem Pańską sugestię i proszę mi wierzyć: dopóki ja będę menedżerem tej drużyny, dopóty nikt, z Panem włącznie, nie będzie decydował o tym jak gramy.
Spochmurniał. Zastygł. Zaniemówił.
- Jeżeli więc chciałby Pan, abym poważnie rozważył Pańską sugestię, proszę poszukać sobie nowego menedżera.
Reakcja prezesa mnie mimo wszystko zaskoczyła.
- Proszę mi wierzyć, że gdybym chciał mieć wpływ na to jak zawodnicy mają grać, nie zatrudniłbym Pana. Źle Pan odbiera moje intencje.
Uspokoiłem się nieco. Nie umknęło to jego uwadze.
- Pomimo tego, że nasza kasa nie świeci pustkami, do ustabilizowanej sytuacji finansowej nam jeszcze daleko. Jeżeli dba Pan o efekty swojej pracy, a takie odnoszę wrażenie, proszę mieć na uwadze także stronę finansową funkcjonowania drużyny. Pierwsi mogą być ostatnimi.
Zaakcentował ostatnie zdanie.
- Jedyne o co proszę, to rozważenie stylu gry naszego zespołu. Łatwiej nam będzie osiągnąć cel, o którym mówiłem.
Wstał. To był jednoznaczny sygnał końca rozmowy. Pożegnałem się. W drzwiach dopadły mnie jeszcze jego słowa:
- I proszę nie zapominać, że w Hiszpanii naszym językiem ojczystym jest piłka nożna, a tym nie włada Pan jeszcze tak biegle jak mu się wydaje.
Wyszedłem.
Że co mi się niby wydaje? Ano jedna rzecz z całą pewnością. Señor Sęp Mi Na Imię bezpowrotnie ustąpił miejsca Señorowi Drobna Sugestia.
3.07.2011
Sprawdziłem. Jeżeli w trzeciej lidze otrzymaliśmy z tytułu transmisji telewizyjnych niecałe sto pięćdziesiąt tysięcy euro, w Liga Adelante mogliśmy się spodziewać grubo powyżej dwóch milionów! Nie zmieniało to jednak istoty sprawy. Nie zamierzałem przestawiać teraz nagle drużyny na jakieś ofensywne warianty tylko z powodu „struktury finansowej”. Pachniało mi to samobójstwem. Samobójstwem wyników. Poza tym w Madrycie także nie narzekają na frekwencję, a mi zdecydowanie bliżej do stylu Królewskich, niż Blaugrany.
Tymczasem z aplikacji na stanowisko nowego skauta wyłowiłem podanie Alberto Pellegrino. Będzie odpowiadał za rozpracowywanie rywali. Medinę przesuwam na południe Europy.
4.07.2011
Kolejna aplikacja, kolejna umowa. Dobry następca dla zwolnionego Fresno.
6.07.2011
Palazuelos przystał na nasze warunki kontraktu.
Jego siła (14) oraz umiejętności ustawiania się (12) i koncentracji (12) spełniają moje oczekiwania. Natomiast gra głową (14) i umiejętność stawiania sobie ambitnych celów dają nadzieję na świetne uzupełnienie linii pomocy. Rezygnuję ze stawiania go w roli defensywnego pomocnika. Lepiej będzie się spisywał w środku pola.
Jeżeli nikt mi nie zrobi brzydkiego psikusa, okno transferowe uznam za zamknięte. Nie potrzebuję żadnych wzmocnień. Co nie znaczy, że będę głuchy i ślepy na zdarzające się okazje.
10.07.2011
Pierwsze przewidywania dotyczące naszych szans w nadchodzącym sezonie nie zaskakują.
Jutro zaczynamy przygotowania do sezonu. 16 lipca wylatujemy na tournee po Turcji i Grecji. Zagramy osiem sparingów. Wracamy niemal po miesiącu. Ostatnie dwa tygodnie przed inauguracją sezonu spędzimy już na miejscu. Zagramy jeszcze z Jerez i amatorami z Pulpileno, a 27 sierpnia otworzymy sezon wyjazdowym meczem z Xerez, zeszłorocznym spadkowiczem z Primera División.
Kiedy ściągniesz Rubena Rochinę?
Przydałoby się ściągnąć go w styczniu jeżeli odchodzi Toledo.
Jest szansa na sprowadzenie jakiegoś Polaka?
Nurtuje mnie jedna rzecz. Miałeś wypożyczać Adriana, a jednak cały czas u Ciebie gra i to dobrze, czyżby nie było na niego chętnych?
zdradź jakim ustawieniem grasz
Opowiadanie jak zawsze świetne! Mam pytanie odnośnie twoich skrzydłowych, jak ich ustawiasz?
brak mi słów:)
O ile się nie mylę to... ja gram bez skrzydłowych. :-DZa pochwałę dziękuję, ale w wolnej chwili sobie mimo wszystko to przeczytaj. Zyskasz na wiarygodności. :-P
w pierwszym sezonie w Jaen i wówczas grałeś skrzydłami: Alex Garcia jako AML i Javi Moyano jako AMR. W takim razie stawiam pytanie w czasie przeszłym, jak ich ustawiałeś
A jak tam Antonio którego ściągnąłeś w 5 części?
Mógłbyś dać screena, albo wspomnieć o nim w następnej częsci, co?
Nie moglem rozkminic wlaściwych polecen indywidualnych aż przypomnialem sobie o Twojej Szkole Taktyki jeszcze na bazie FM 09. Efekt ?