O sennych marzeniach, które stały się jawą, czyli Heko Czermno by Mike Mitnick cz.2
Mijał tydzień za tygodniem, a mój głód piłki ciągle rósł. Stawałem sie powoli niewolnikiem własnego mieszkania. Przeglądałem gazety, czytałem newsy, szukałem czegoś dla siebie, jakiegoś impulsu, który mógłby mnie "zapalić". Byłem bowiem jak granat, jak bomba, jak 80kg ładunku wybuchowego do którego eksplozji potrzebna była jedna iskierka. Czułem, że już dłużej nie wytrzymam. Miałem ogromne ambicje. Chciałem udowodnić całemu światu, że jestem najlepszy. Chciałem pokazać, że przez te wszystkie lata nie zapomniałem jak sie prowadzi profesjonalny zespół piłkarski. Chciałem wrócić do "menedżerki".
Pewnego dnia zadzwonił telefon. W słuchawce słyszałem trzaski, głos był niewyraźny:
"Halo, halo. Mitnick?"
"Tak przy telefonie" - odrzekłem
"Z tej strony twój stary znajomy z Polski. Grisza Rozpierdalacz"
Uśmiechnąłem się.
"Griiiszzaaaaa witam. Co tam ciekawego słychać w krainie sexu i hazardu?" - zażartowałem
"Hehe ty jak zwykle" - śmiech - "Misza posłuchaj. Dzwonię do ciebie z zaproszeniem. Robimy w przyszłym tygodniu zjazd naszej dawnej paczki ze studiów. Wpadłbyś na stare śmiecie? Zakwateruje cię u mnie. Będą wszyscy z naszego rocznika. Zapowiada się niezła impreza"
"Hmm... zaskoczyłeś mnie teraz. W sumie to i tak nie mam tu nic lepszego do roboty...
"Misza tak czy nie?? Bo mi impulsy lecą"
"Oki postaram się być. Mieszkasz nadal w Kielcach??"
"Tak. Mam twój numer faksu, prześlę ci dokładny adres, żebyś, biedaku, trafił."
"Dzieki za zaproszenie. Do zobaczenia"
"Daswidanja"
beep .. beep ...
Grisza był Rosjaninem, którego poznałem w Polsce na studiach na AWF. Skurczybyk był niezwykle inteligentny a przy tym bardzo "rozrywkowy" Tzn. jego nazwisko pasowało do niego w 100%. Pewnego razu na imprezie podczas szarpaniny złamał gościowi dwie kończyny. Jedna dolną, a jedna górną. To było zanim zapisał sie na kurs aikido. Kozak był z niego nieprzeciętny. Sam do końca nie wiedziałem jak to sie stało, że studiuje on na AWF, ale... Fakt był faktem, że pod koniec tygodnia leciałem do kraju "przekrętu i złodziejstwa". Leciałem do Polski. Gdy wysiadłem z samolotu i wszedłem do holu prowadzącego do wyjścia czekał na mnie podstawiony samochód. "Dziwne" - pomyślałem - " Miałem jechać taksówką pod adres, który Grisza przysłał mi faxem ..." Szofer był bardzo małomówny. Powiedział tylko, że przysłał go Grisza i prosi o moje bagaże. Wszystko to wydawało mi sie ... Dziwne. Skąd ta BMW`ica ?? Skąd ten kierowca?? Czułem, że coś jest nie tak. Dojechaliśmy. W drzwiach trzypiętrowego kompleksu stał podpity Grisza z butelką "czystej".
"Witaj Misza!! - zawołał - "Kope lat!! Zapraszam do środka"
Gdy weszliśmy do środka, usiadłem w fotelu, wyciągnąłem nogi, głęboko ziewnąłem, a Grisza przyniósł "osprzęt" potrzebny do sprawnego opróżnienia zawartości litrowej butelki wódki.
"Jak ci minęła podróż?” - zaczął.
"W porządku. Grisza powiedz mi, skąd ty masz kasę na to wszystko? Pamiętam, że ledwo skończyłeś AWF.. - zażartowałem - "A tutaj widzę wille masz pierwsza klasa, jeszcze ta fura, ten szofer. Komuś to zajebał?? - zapytałem prosto z mostu.
"Widzisz Misza, ja skończyłem jeszcze coś takiego, jak "public relations" w Rosji. Teraz pracuje w Polsce, ale mniejsza z tym. Opowiadaj, co u ciebie..."
"Nic ciekawego. Pomagam ojcu w biznesie, a na dzień dzisiejszy szukam pracy"
„A tak, tak Misza, pamiętam. Kiedy ja wyjechałem do Rosji, ty w tym czasie karierę zrobiłeś" -ciągnął podchmielonym głosem Grisza -"Stałeś się sławny, nawet u nas w gazetach pisali o Mitnicku".
Wspominaliśmy tak dawne lata. Do pokoju zaczęli schodzić się pozostali goście. Nie widzieliśmy się ładny kawałek czasu. Poznałem wszystkich od razu. Usiedliśmy przy stoliku, a Grisza przyniósł skrzynkę "wody ognistej"
"Panowie czeka nas długa noc"- powiedział otwierając butelkę.
Zaczął się prawdziwy maraton. Każdy z nas miał bowiem naprawdę mocną głowę. Na studiach niejednokrotnie dawaliśmy popisy swoich umiejętności w pochłanianiu "czystej" Wypity alkohol zrobił jednak swoje i szybko usnęliśmy w fotelach.
Rano pojechaliśmy do "pracy" Griszy. Pojechaliśmy tzn. pojechałem ja i Grisza, bo reszta towarzystwa leżała skacowana. Jak się okazało, ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, Rozpierdalacz był współwłaścicielem pewnego klubiku polskiej drugiej ligi.
"Widzisz Misza" - mówił gdy wchodziliśmy do siedziby klubu -"To mój świat. To moje królestwo. To tutaj mam zamiar zainwestować w tym roku trochę pieniędzy."
"Mam nadzieje, że nie wtopisz" - uśmiechnąłem się i przecierałem swoje przepite oczy ze zdziwienia
"Misza nawet nie wiesz jak bardzo jak dużo tutaj już zdziałałem. Ten klubik z zaścianka ma szanse awansować dzisiaj do ekstraklasy. Zajęliśmy 3 miejsce w lidze. Daje to nam baraże o 1 ligę. Dzisiaj gramy rewanżowy mecz z Pogonią Szczecin. Wystarczy nam remis i za rok będziemy mieli tu cala polska piłkarską elitę w najlepszym wydaniu"
Zatkało mnie. Bardzo byłem ciekaw widoku tych jego piłkarzyków, którzy to niby walczą o ekstraklasę. Musze dodać, że moje zaskoczenie takim obrotem sprawy było tym większe, że znajdowaliśmy się bardzo małej miejscowości gdzie, co prawda dało się dojechać samochodem, ale dużo bardziej prawdopodobne było spotkanie na ulicy gościa z koniem wywożącego obornik, niż piłkarskiego stadionu na miarę pierwszej ligi.
"Chyba żartujesz.- nie traktowałem jego słów poważnie - W tej dziurze za rok miałaby grac Legia, Wisła i Groclin ??
"Ojj Misza Misza chodźmy dalej ... "
W bramie wejściowej zauważyłem kamery. "Pełen monitoring" - pomyślałem. Usiedliśmy w loży na głównej trybunie. Stadion był nawet spory. Ilość miejsc to około 10tys, murawa boiska naprawdę świetna.
"Widzę, że sporo kasy już władowałeś w ten klub" - krzyknąłem mu do ucha
Nie usłyszał, bo nagle na trybunach rozpoczęła się ogromna wrzawa. Na boisko wybiegli zawodnicy. Rozpoczął się mecz, który nie był jakimś wspaniałym widowiskiem. Gracze Griszy wygrali 1:0 po bramce z rzutu karnego. Gra tych jego grajków była nudna jak flaki z olejem. Ot taka prosta kopanina nastawiona na to, kto kogo mocniej skopie. Jednak to, co stało się po końcowym gwizdku sprawiło, że poczułem gęsią skórkę na plecach. Posypały się race, petardy i serpentyny. Kibice zostali wprawieni w ekstazę. Wbiegli na murawę. Nie wiem, czym było to spowodowane (może brakiem markowych ciuchów), ale szybko zdarli z piłkarzy stroje. Później długo, długo po skończonych zawodach słychać było ich śpiewy i okrzyki radości.
"Mamy 1 ligę Misza !! - krzyczał Grisza - Rozumiesz?? Moje kopiejki sie zwrócą !!
Wieczorem w siedzibie klubu odbyła się impreza. Alkohol lal się strumieniami. Siedziałem przy stoliku z moim przyjacielem i jakimś starszym mężczyzną pod wąsem, który wydawał mi się bardzo znajomy.
"Widzę, że nieźle sobie tutaj radzisz Grisza. Odwaliłeś kawał dobrej roboty. Stadion jest naprawdę świetny. Jak nazywa sie ten klubik??" – zapytałem.
"Heko. Heko Czermno. - odpowiedział mężczyzna w garniturze
"Achhh zapomniałem .. Przepraszam - dodał Grisza - Oto pan Henryk Konieczny. Prezes Heko"
Wymieniliśmy przyjacielskie uściski dłoni.
"W tym roku dokonaliśmy rzeczy niemożliwej - ciągnął dalej - z takiego zadupia dokopaliśmy się do ekstraklasy. Włożyłem w ten klub trochę kasy, ale wiedziałem ze to pewna inwestycja. Pan Henryk miał jasny cel. Budowa od podstaw drużyny piłkarskiej, budowa wspaniałego stadionu."
"Owszem. Ale moje ambicje nie kończą sie na grze w najwyższej klasie rozgrywkowej" - dodał nowo poznany prezes
"Rozumiem, ale chyba pan nie powie, że widzi pan tu np. europejskie puchary" - powiedziałem z ironia
"Ja ich tu nie widzę - ja wiem ze one tutaj będą" - odrzekł spokojnie pan Henryk
"Misza napij się" - zażartował Grisza
Opróżniliśmy kilka butelek "czystej" i rozmowa stała sie luźniejsza. Warto dodać, że pan Henryk Konieczny głowę do picia miął naprawdę mocna. Ja zaprawiłem sie w boju jeszcze na studiach, kiedy to z Grisza "walczyliśmy" praktycznie noc w noc.
"Przejdźmy do sedna sprawy - rzekł pan Henryk - Jestem człowiekiem ze wsi. Nie wstydzę sie tego. Mam duże ambicje i stawiam na sport. Mam zamiar stworzyć z tego klubu spółkę notowana na giełdzie, chce sprawić, że każde dziecko w Polsce będzie znało jego nazwę. Chce stworzyć taki klub, o którym za 50 lat ludzie powiedzą: a pamiętasz jak Heko świetnie grało??
"Podoba mi sie ta idea. Prowadząc Wisłę miałem podobne marzenia, jednak skończyło sie na niczym.." - posmutniałem
"Miał pan do czynienia z nieodpowiednimi ludźmi, którzy widzieli tylko swoje potrzeby i cele, których pan miał być narzędziem. Powiem prościej: chcieli za pomocą pana osoby zrobić swój biznes. Dla mnie jednak liczy się przede wszystkim wynik sportowy..."
"Heh z tego co widzę na razie wszystko idzie w dobrym kierunki..."
Rozmowa trwała w najlepsze. Jednak i tym razem okazało sie, że mam słabą głowę. Około godziny 3 nad ranem wysiadłem. Po prostu urwał mi się film jak za najlepszych lat. Usnąłem na stole.
Rano obudził mnie Grisza.
"Widzę, że doszedłeś do porozumienia z Heńkiem - zawołał ucieszony - "Cieszę się ze od jutra zaczynamy razem" - mówił podnieconym głosem Rosjanin
"Kur.. o co chodzi?? Co ty pierd....?? - zdziwiłem się - Jaka prace do chu ... ??" - nie przebierałem w słownictwie
"Jak to jaka?? Podobno zgodziłeś się poprowadzić Heko w nadchodzącym sezonie. Heniek kazał ci się stawić w jego biurze jak tylko wytrzeźwiejesz"
"Jasne - pomyślałem - Od tego chlania poprzestawiało mu się we łbie"
Pozbierałem swoje ciało ze stołu i chwiejnym krokiem poszedłem do toalety. Doprowadziłem się mniej więcej do porządku. Poprawiłem fryz, wypłukałem gardło jakimś płynem, którego smaku wole nie opisywać ( jak się później dowiedziałem był to jakiś środek do podlewania kwiatków) , jednym słowem powoli przypominałem człowieka. Wchodząc do biura prezesa uśmiechnąłem się i zachowując pozycje "pionu" starałem się podać panu Henrykowi rękę.
"Widzę, że jeszcze cię trzyma Misza" - powiedział prezes witając mnie śmiechem
"Troszkę mi jeszcze szumi ale ... Dam rade - znowu się uśmiechnąłem - Prezesie, o co chodzi?? Grisza obudził mnie i stwierdził, że .. Ma pan do mnie jakąś sprawę..."
"Tak owszem. Posłuchaj. Po pierwsze chcę, abyś poprowadził moje Heko w przyszłym sezonie. Wiem wiem .. Wydaje ci się to dziwne, potrzebujesz czasu do namysłu itd., ale ja chce żebyś decyzje podjął teraz. W tym momencie. Masz doświadczenie, którego potrzebuje na tym szczeblu rozgrywek, umiesz się odnaleźć w tym całym piłkarskim świecie, a co najważniejsze masz głód piłki, masz ambicje, które pozwolą jak mi się wydaje wiele nam razem osiągnąć...Nasz obecny manager to świetny facet, ale za dużo pije, a przy tym nie ma odpowiednich papierów do prowadzenia klubu w 1 lidze. Hmm ... W sumie papiery dało by się jakoś tam załatwić, ale pozostaje kwestia umiejętności. Jestem mu wdzięczny za to, co zrobił, ale teraz potrzebujemy kogoś naprawdę dobrego na ławce trenerskiej. Potrzebujemy ciebie." - wyrecytował prezes
"Panie Heniu jestem bardzo milo zaskoczony taka propozycja. To prawda ze ostatnio jestem bez zajęcia, ale wszystko poszło niesamowicie do przodu. Ostatnim klubem, jaki prowadziłem była krakowska Wisła w 2000roku. Skończyłem kilka kursów w Anglii, ale i tak wydaje mi sie, że w sprawach taktyki, czy nowoczesnego treningu jestem rok, może dwa w tył." - rzekłem pełen obaw, a może to ta wczorajsza libacja tak mi siedziała jeszcze w głowie.
"Misza nie gadaj głupot - pan Henryk złapał mnie za rękę - Od nowego sezonu chce cię widzieć w klubowym dresie. Zaczynasz zajęcia z zespołem. Powiem chłopakom, żeby sie przygotowali." - pewnym głosem powiedział prezes - "A po drugie chce skończyć z tym "pan" Jestem Heniek."
Szczerość słów, brak jakichkolwiek oporów w rozmowie ze strony mojego rozmówcy, oraz co tu kryć, moja "wczorajsza" głowa sprawiły, że uległem. Zostałem managerem Heko Czermno. Klubu o którym nie wiedziałem praktycznie nic. Szumiało mi we łbie, ale chwiejna ręką złożyłem podpis na dwuletnim kontrakcie. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Do gabinetu weszła sprzątaczka
"Dzień dobry, pani Heleno. Co się stało??" - zapytał Henryk
"Dobry Heniu. - swojsko odpowiedziała kobieta z mopem w ręce - Przyszłam zapytać, czy aby przypadkiem nie zostawiłam tu u ciebie w gabinecie butelki "CHWASTOXA" do kwiatków. Jedna butelkę miałam w łazience w holu, ale ktoś chyba ja wylał do zlewu..."
W tym momencie poczułem w gardle dziwne swędzenie...