Z perspektywy emigranta wydarzenia w Starym Kraju nabierają właściwych proporcji, przestając absorbować umysł oraz wyobraźnię przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zakaz palenia w lokalnym pubie boli bardziej niż obrzucenie Belwederu płynnym gównem przez rewolucyjnie usposobionego emeryta, a pytanie "gdzie jest czek" staje się ważniejsze niż "gdzie jest krzyż". Pijackie rajdy meleksami w wykonaniu przedstawicieli polskiej klasy próżniaczej, dla niepoznaki zwanych politykami, można kwitować uniwersalnym uniesieniem brwi lub środkowego palca, a "bul i nadziejia" kojarzą się wyłącznie z wahaniem cen piwa w Tesco. Z drugiej strony... z drugiej strony perspektywy kariery zawodowej w Anglii dla kogoś, kto przez dwadzieścia lat zarabiał na życie nauczaniem języka angielskiego bywają mniej wesołe, niż się wydawało jeszcze na Stansted, zaś po rocznym pobycie w pięknym Northampton stają się wprost ponure.
Boss lubił, by zwracać się do niego "Big Bob". W trakcie rozmowy od niechcenia podtykał pod nos mięsiste łapska pokryte tatuażami CFC i SAS, a gdy miał dobry humor, w czasie przerwy na fajkę za śmietnikiem opowiadał o swoich przygodach z Irakijczykami i "Żydami". Na moje szczęście gdy pierwszy raz dostąpiłem zaszczytu bycia obecnym przy opowieści o tym, jak Big Bob wraz z kumplami urządził wjazd na terytorium Tottenhamu, znałem go już na tyle, by trzymać język za zębami. Wiedzę o tym, że przygody bossa stanowią kompilację "Bravo Two Zero" i "Football Factory" zachowywałem zatem dla siebie, by wykorzystać ją jako doomsday device, czekające na odpalenie, gdy nie będę miał już nic do stracenia.
A chwila ta zbliżała się wielkimi krokami. "Elastyczne" godziny pracy i niskie zarobki jakoś bym jeszcze zniósł; pracę należy szanować, gdy jest i pozwala przeżyć do pierwszego bez buszowania po śmietnikach. Nie to więc było powodem mojej narastającej niechęci, lecz zabawa, jaką boss urządzał sobie co jakiś czas, nazywając ją Polack baiting. W piątkowy wieczór, gdy po Big Boba przychodzili kumple, by wyciągnąć go do bukmachera, zabierał ich czasami na zaplecze i pokazywał im my fekkin' Polish university. Idąc od zmywaka do zmywaka wskazywał paluchem pracujących przy nich rodaków, wymieniając po kolei, "katedra filozofii, katedra historii, katedra językoznawstwa", a jego kumple zataczali się ze śmiechu. Gdy mieli szczególnie dobry humor, rzucali drobne monety do śliskiej od tłuszczu i taniego detergentu wody, a podczas gdy my z zaciśniętymi kurczowo zębami wygrzebywaliśmy je, by nie dostały się do rozdrabniacza odpadków, łzy ciekły im po rumianych mordach.
Oczywiście każdy z nas na swój sposób starał się wyrwać z "Bobz Beer'n'BBQ". Antek, doktorant filozofii z UJ, pisywał mętne teksty do lokalnej gazetki brytyjskich nacjonalistów, podpierając Locke'em i Hume'em pseudointelektualny bełkot o wyższości białej rasy i mając nadzieję, że używając słów niezrozumiałych dla przeciętnego czytelnika wyrobi sobie markę ideologa ruchu i załapie się na etat. Krzychu, doktor historii starożytnej z UAM, który miał na koncie wykopaliska w Sakkarze, dorabiał na czarno na budowach jako operator łopaty i miał już prawie obiecane miejsce w brygadzie. Ale jakie perspektywy miał przed sobą polski językoznawca z alergią na nauczanie młodzieży w wieku szkolnym? Od sekretarki wymagano mniej owłosionych łydek, od nauczyciela wyższego poziomu tolerancji na głupotę, od dziennikarza lokalnej prasy dogłębnej znajomości psychiki gospodyń domowych. Fail, fail, po trzykroć fail - wyglądało na to, że byłem skazany na oglądanie gęby Big Boba do końca świata lub Unii Europejskiej.
Nie oznaczało to wszakże, że nie próbowałem, kapitulacja nie leżała bowiem w mojej naturze. Miejscowy urząd pracy oferował przeróżne szkolenia i czasami udawało mi się znaleźć dosyć czasu, by jakieś ukończyć. Zostałem więc wykwalifikowanym koronkarzem, uzyskałem papiery operatora roztrząsacza obornika, przeszedłem też kursy BHP i opieki nad nieletnimi. Niestety poza wewnętrzną satysfakcją nie zyskałem w ich trakcie niczego, co zwiększyłoby moją konkurencyjność na rynku pracy. Skoro więc perspektywy kariery zawodowej miałem nie lepsze niż polski europoseł po zakończeniu kadencji, postanowiłem zrobić coś, o czym marzyłem od małego szuszwola - wysupłałem ciężko zarobione 110 funtów na sfinansowanie kursu trenerskiego na poziomie podstawowym. Nauczyłem się na nim głównych technik szkoleniowych, udzielania pierwszej pomocy, zdałem egzamin z przepisów gry w piłkę nożną - nie było to wiele, ale dla zaokularzonego inteligencika z lekką nadwagą stanowiło spełnienie marzeń. A jak się okazało później, nie tylko to.
Spoglądając z perspektywy czasu musiałem przyznać, że wiele w tym było przypadku - Timothy, instruktor oddelegowany na kurs przez Northamptonshire FA dopiero co odkrył, że w 1940 roku jego babka, służąca jako radiotelegrafistka w bazie RAF Croughton, przeżyła burzliwy romans z polskim pilotem, którego owocem, poza zwycięstwem w Bitwie o Anglię, był jego ojciec. Nowo odnalezione polskie korzenie stanowiły dla niego źródło wielkiej konsternacji, ja zaś nawinąłem mu się pod rękę jako przedstawiciel dziadkowego narodu, a więc i źródło informacji o jego przodkach. Jako że braterstwo broni zobowiązywało, uruchomiłem swoje polskie kontakty, co zaowocowało odnalezieniem dalekich krewnych Tima, a przy okazji nawiązaniem z nim całkiem sympatycznej znajomości. Spotykaliśmy się kilka razy w miesiącu na piwie, czasami szliśmy na Sixfields pośmiać się z nieporadności zawodników The Cobblers w ów pogodny, wyrozumiały sposób charakterystyczny dla kibiców z krwi i kości, doskonale rozumiejących, że w prawdziwym futbolu wynik nie jest rzeczą najważniejszą. Tim załatwił mi nawet dwutygodniowy staż w jednej z ich drużyn juniorskich i te drobne przyjemności pozwalały mi zachować zdrowe zmysły.
Lato w "Bobz Beer'n'BBQ" oznaczało zwiększony ruch, a więc i koniec wspólnych przerw na papierosa; wymykaliśmy się z kuchni pojedynczo i tylko na parę minut, by dać odpocząć zmęczonym dłoniom. Kończyłem właśnie fajkę, gdy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer Tima, co nawet mnie nie zdziwiło - nie widziałem go od dwóch tygodni, gdyż koniec sezonu zawsze przynosił sporo pracy lokalnemu FA, i pora była najwyższa, by wyskoczyć na wspólnego browara.
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedział wesołym tonem Tim, przechodząc ad rem w typowy dla siebie, bezpośredni sposób. - Jeden z lokalnych klubów przysłał do nas ogłoszenie do zamieszczenia na www.football-jobs.com; szukają menedżera z uprawnieniami i nie są zbyt wybredni. Od razu pomyślałem o tobie, kokosów nie zarobisz, ale lepsze to niż praca na zmywaku, zwłaszcza że futbol cię kręci, no? Jeśli chcesz, załatwię ci na jutro rozmowę z prezesem, chętnych pewnie będzie sporo, ale jeśli dobrze to rozegrasz, masz szansę. To jak?
Gdybym powiedział, że bez wahania udzieliłem pozytywnej odpowiedzi, minąłbym się z prawdą; robota u Big Boba ssała w sposób wręcz niewyobrażalny, ale była pewna, stabilna i umożliwiała opłacenie rachunków. Natomiast zawód trenera kusił, lecz swoją niepewnością jutra dorównywał posadzie ministra sprawiedliwości w polskim rządzie. Mała stabilizacja czy wielka niewiadoma, oto było pytanie. Równie dobrze mogłem rzucić monetą, bo odpowiedzi z podobnym powodzeniem mogłem szukać w internetowym memie z cyklu WWJD czyli "Co zrobiłby Jezus". Na szczęście to akurat było wykonalne.
- Hej, Jesus! - zawołałem do sprzedawcy warzyw rodem z Chile, starszego faceta, który miał swój sklepik po drugiej stronie ulicy i czasami wypalał papierosa wraz z nami, ćwicząc przy okazji swój angielski. - Wolałbyś pracować na zmywaku czy trenować piłkarzy?
- Jesteś loco, Polaco? - zaśmiał się Jesus tak, że jego oczy zniknęły w powodzi kurzych łapek. - A ty wolałbyś remojar el chochayuyo z Justinem Bieberem czy Jennifer Lopez? Co za głupie pytanie.
- Rozumiem, że podjąłeś decyzję - zachichotał Tim, który doskonale słyszał tę wymianę zdań. - Zadzwonię do nich i umówię cię na rano, szczegóły prześlę SMSem. Chyba że wybierasz randkę z Bieberem, eh?
Gdy wszedłem do kuchni, Big Bob oprowadzał po swoim królestwie swoją najnowszą pannę i był właśnie w trakcie prezentacji Polack university. Niezwłocznie też wydarł się na mnie z pretensjami o marnowanie czasu i jego pieniędzy, podczas gdy klienci czekają na czystą zastawę, ale po paru słowach zamilkł, widząc, że tylko przyglądam mu się z pobłażliwym wyrazem twarzy.
- Pierdol się, Bob - powiedziałem z płynącym z głębi mego słowiańskiego jestestwa uczuciem, a gdy koledzy od zmywaka zamarli przerażeni, przetłumaczyłem na użytek bossa - Screw you, Bob, go and take a flying fuck at a rolling doughnut.
Wychodząc z "Bobz Beer'n'BBQ" w końcu rozumiałem, jak czuł się Juliusz Cezar, gdy zdecydował się na przekroczenie Rubikonu. Pozostawało mi mieć nadzieję, że moje idy marcowe nie nadejdą już następnego dnia.