Pokonać lęk cz.3
1. Prolog
Sezon 2006/07 miał być owocem ciężkiej pracy w okresie transferowym. Do klubu dołączyły ikony reprezentacji swoich krajów, takie jak Gravesen, Anelka, Denilson; jak i młode, wciąż rozwijające się perełki, na czele z Freyem, Fatym, Peersmanem, Vukcevicem i Neto Potiguarem. Poprzedni sezon wyszedł zdecydowanie na plus, teraz jednak postawiłem przed sobą nowe cele. Pierwszym z nich, pewnie niezaskakującym dla nikogo, była obrona tytułu. Drugim, iście najważniejszym – spowodować, aby Monaco było realnym zagrożeniem dla europejskich firm w Lidze Mistrzów. Postanowiłem nie zmieniać taktyki, gdyż obecna nie zawodziła, a zespół mógłby na tym ucierpieć. Zgranie jest najważniejszym elementem w piłce nożnej, ale o to postarał się już mój asystent organizując sparingi z klubami z najwyższych półek. Jak to się miało do rzeczywistości? Różnie...
2. Sezon drugi = niespełnione nadzieje
Rozpoczynając mecze ligowe wszyscy kibice Monaco, z jakże ważnym zarządem na czele, mieli nadzieję, że niespotykane w tej lidze perły wreszcie spowodują, iż do Francji zawita najważniejszy klubowy puchar Europy, bowiem sukcesy na krajowym podwórku miały w tej chwili drugorzędne znaczenie. Sebastien Frey miał bronić wszystko, co zmierzało w jego kierunku, gdyż znany jest z wybraniania strzałów nawet z odległości, która nie pozwala na ocenienie, dokąd leci piłka. Na lewej obronie ofensywny Evra, który swoimi wejściami na połowę przeciwnika mógłby sprowokować zespół do agresywniejszych ataków. W środku para Givet – Squilacci, reprezentacyjny duet obrońców Francji; wysocy i zawsze pewni siebie w swoich poczynaniach. Na prawej stronie Maicon, ogłoszony w Brazylii nowym Cafu miał udowodnić swoją wielkość i ważność dla zespołu. Głównym destruktorem został Gravesen, zawdzięczający sławę swoimi bezwzględnymi wejściami nawet w sytuacjach krytycznych. Na skrzydłach para Denilson – Esposito, obyci w reprezentacjach, magiczni dryblerzy, zdaniem wielu najlepsi na swoich pozycjach w lidze. W środku królował Serb Simon Vukcevic, dorównujący, a być może nawet przekraczający, skutecznością samego Michaela Ballacka. Jako napastnicy Javier Chevanton i Nicolas Anelka. Ten pierwszy miał dobrze dogrywać, a ten drugi – bezlitośnie wykańczać podania partnera. Patrząc na nazwiska pewnie wielu z was uważa, że cele muszą zostać osiągnięte. Niestety, jak z wieloma rzeczami i z tą bywało różnie.
3. Europejskie realia niedoścignione dla Monaco
Tak opisywały nas gazety, kiedy to w ćwierćfinale Champions League, po świetnej fazie grupowej, gdzie między innymi piłkarze z księstwa odesłali z kwitkiem samą Barcelonę, padliśmy na Manchester United. Chciało mi się powiedzieć: „Diabelskie losowanie”. Wszyscy mieli przecież w pamięci zeszły sezon, kiedy w tej samej fazie ów piłkarze Alexa Fergusona spowodowali, że Monaco musiało pożegnać się z marzeniami o czołowej ósemce.
Pierwszy mecz dawał jeszcze jakieś nadzieje. Wyjazdowy remis 2:2 stawiał zespół w lepszej sytuacji od rywala, który musiał rozegrać dobrą partię na Stade Louis II, aby myśleć o awansie. Ta sztuka udała im się... Porażka 0:1 w meczu, w którym między innymi sędzia nie zaliczył dwóch bramek, wywołała gorycz w szatni zespołu z Francji, którego bilans spotkań z Manchesterem był zdecydowanie nie do przyjęcia.
4. Szczęśliwy styczniowy okres
W tym miesiącu nastąpił kadrowy przełom. Do i tak już dobrej jedenastki Monaco dołączyły kolejne gwiazdy pokroju Rothena, Mirko Vucinica, Martina Jiranka oraz Fernando Henrique, który zastąpił niestabilnego Peersmana. Kibice z jednej strony chcieli mnie zlinczować, a z drugiej, pamiętając sukcesy, bezwzględnie udzielali mi oparcia, kiedy to Liverpool złożył ofertę na Javiera Ernesto Chevantona wartą 20mln angielskich funtów, której nie odrzuciłem...
Vucinic ustrzelił jednak „dziesiątkę”, a Anelka z 19 trafieniami został królem strzelców ligi. W ten sposób znów byliśmy niedoścignieni dla słabnącej w oczach konkurencji.
5. Rachunek, proszę
Siedząc w biurze odwrócony w stronę okna rozmyślałem, czy aby właśnie tutaj jest moje miejsce. Moje najczarniejsze koszmary pokazywały mi widmo losowania przyszłorocznej LM, w której znów padam na Manchester United, a Ferguson śmieje mi się w twarz po trzeciej porażce z rzędu. Postanowiłem, że jeśli nie będę miał zbyt wiele do powiedzenia na transferowym rynku – zawieszę broń, gdyż jej kaliber nie będzie wystarczająco duży dla konkurencji. W trakcie mojego monologu ktoś wszedł do pomieszczenia. Nie ważyłem się odwrócić, bo myślałem, że to pewnie prośba kolejnego wywiadu, w którym jak zwykle obiecam, że przyszły sezon będzie jeszcze bardziej udany. Tajemnicza osoba poklepała mnie po ramieniu. „Świetny sezon. Ale przyszły będzie jeszcze lepszy, prawda?” – stwierdziła, po czym się odwróciłem. Był to Michel Pastor (prezes – przyp.red.). Ominąłem powitanie, uważając je za zbędne w tych okolicznościach, odpowiedziałem tylko „A jaką dasz mi tego gwarancję?”. „Nie okłamuj sam siebie, jesteś w stanie dokonać tego, czego chcesz. Musisz znaleźć w sobie siłę, która pozwoli ci tego dokonać.” Cóż miałem mu odpowiedzieć... Odwróciłem się z powrotem, a Michel wyszedł. Uświadomił mi tymi słowami, że zarząd jest ze mną, ale zarówno oni, jak i drużyna chcą, aby wraz z duchem czasu wyniki były coraz lepsze. Musiałem w tej sytuacji zostać. Chciałem udowodnić sobie jak i im, że potrafię. A czy faktycznie potrafię miał pokazać kolejny sezon.
6. Ty jesteś skała, tobie dam klucz do królestwa mego...
Rufete, Olivier Kapo, Vincenzo Iaquinta, Vincent Kompany – oni mieli wnieść swoje serca do gry tak, aby drużyna święciła największe sukcesy i osiągnęła najwyższy piedestał swojego potencjału. Odeszli między innymi Fernando Henrique (w jego miejsce Ron-Robert Zieler) i Nicolas Anelka. Musiałem ich sprzedać, gdyż jedynego, czego chciałem, to stopniowe wzmacnianie się zespołu, a uważałem ich za zawodników dobrych, choć nie wystarczająco na moje obecne kryteria. A jak ów kryteria brzmiały? Skuteczność, skrupulatność, precyzyjność, ot co.
Tradycją stał się fakt, że co roku trafiamy w losowaniu Champions League na kluby z największymi reputacjami. Nie mogło więc tego zabraknąć i w tym sezonie. Real Madrid nie był jednak w stanie powstrzymać rosnącej siły Monaco w fazie grupowej, a w 1/8 Bayern Monachium przekonał się, że nie obroni tytułu sprzed roku, przegrywając w dwumeczu 0:3. W ćwierćfinale wyjątkowo nie padliśmy na Manchester United, ale i tak zapowiadało się na powtórkę z rozrywki, bowiem apetyty kierowaliśmy na Królewskich, z którymi graliśmy już w eliminacjach. Ciężko, ale skutecznie i przez tą przeszkodę drużyna dała radę przebrnąć. Na Santiago Bernabeu 3:3, a na Stade Louis II 1:1, tak więc Monaco gra dalej.
Półfinał to bajka, której pisarzem była Chelsea. Mecz wyjazdowy, przegrany 1:2, zapowiadał pożegnanie się z marzeniami o tytule już po raz trzeci z rzędu. Wtedy moi podopieczni zaskoczyli wszystkich determinacją, z jaką podeszli do tego meczu. Rewanż, jakże emocjonujący, zakończył się wynikiem 4:2 dla AS Monaco, w głównej mierze dzięki Iaquincie, który pokazał Terry’emu i spółce, że nie są w stanie go powstrzymać, ośmieszając linię defensywną Chelsea zdobyciem efektownego hat-tricka. Wtem wybuchła radość, stadion Monaco ryczał z radości, a autorzy tego zwycięstwa padli sobie w ramiona, wychwalając się wzajemnie pod niebiosa.
Co się odwlecze, to nie uciecze. Koszmar stał się bowiem jawą, gdyż w finale elitarnych rozgrywek przyszło spotkać się nam z diabelską siłą Manchesteru United. Wtedy kompletnie się załamałem. Płacząc siedziałem nad rozwiązaniami taktycznymi na ten mecz z myślą, że cokolwiek bym nie wymyślił i tak poniosę klęskę. Monaco po raz drugi przegra w finale CL, a ja zostanę ogłoszony największym piłkarskim pechowcem. Wtedy znów do gabinetu wszedł Michel, początkowo wypytując się mnie, co planuję. „Iść do przodu i nie patrzeć za siebie” – odpowiedziałem. „Brawo. Ale pamiętaj, że jakikolwiek padnie wynik w tym meczu – jesteś ojcem lepszej epoki w tym klubie. Kibice zapamiętają cię jako tego, który uczynił, że słowo ‘sukces’ nie straciło sensu przychodzenia na stadion. Życzę szczęścia.”
7. Morale podnieś, do walki stań
Dwa tygodnie przed meczem o wszystko Monaco grało o Puchar Ligi. Lyon pokazał się w nim z jak najgorszej strony przegrywając 0:5, dzięki czemu zespół nabrał wiary we własne umiejętności i uwierzył, że z każdym można wygrać, tylko trzeba mieć do tego odpowiednie podejście.
Niewiarygodne było, jak zawodnicy wzajemnie się wspierali przed psychicznym paraliżem na Santiago Bernabeu. Po treningach w grupkach rozchodzili się do domu któregoś z przyjaciół, aby tam w miłej i radosnej atmosferze spędzać ostatnie godziny spokoju przed najważniejszą w ich karierze walką. Nie dawali poznać po sobie, że boją się. Okazali się twardzi i niezłomni. To samo mieli pokazać Manchesterowi. To, że nikogo się nie boją oraz to, że los uśmiecha się do lepszych.
8. Take me home, United road...
Tak przed meczem skandowali kibice diabłów, siedzący już na trybunach. Doping ten ucichł, kiedy wynik otworzył przepięknym lobem Mirko Vucinic. Zaczęło się obiecująco, ale najgorszym atrybutem jest pewność siebie. Chodząc od linii do linii (wyznaczającej obręb poruszania się managera) raz to pokrzykiwałem, żeby następnym chwalić za zagrania piłkarzy. Przypominałem im o powrocie na własną połowę, nawoływałem do agresywniejszych ataków, a wszystko po to, żeby zapisać siebie i ich do annałów historii piłki nożnej. W 26 minucie po zbytnim zapędzeniu się na połowę rywala błyskotliwą kontrą popisał się Van Nistelrooy. Zapowiadało się na spektakl bramek, w którym autorami będą napastnicy. Tak więc nie mogły więc zawieźć umiejętności Iaquinty. 33 minuta – 2:1. Euforia trwała 3 minuty, wtedy bowiem rzut karny podyktował pan Carlos Megia Davila, po faulu Gravesena na Cristiano Ronaldo. Jedenastkę bez większych problemów wykorzystał Pablo Orbaiz. Wynik znów stał się sprawą otwartą...
Do połowy więcej bramek nie padło, a w szatni mimo faktu, że język plątał mi się jak tylko mógł, starałem się wyperswadować zawodnikom, że zwycięstwo mają na wyciągnięcie ręki, a dzięki swojej heroicznej postawie zaskakują przeciwnika, który ewidentnie gubi się w swoich poczynaniach. Wzięli te słowa do siebie. Druga połowa to już całkowita rewia moich graczy. Znów strzelił Vincenzo, który pokazał światu, że żadna obrona nie jest w stanie przyćmić jego arcystrzeleckiego blasku, a ja dobrze zrobiłem, że mu zaufałem. Nie obyło się bez problemów, ponieważ w 74 minucie z boiska musiał zejść Esposito, który doznał kontuzji wskutek brutalnego wejścia Orbaiza. Hiszpan dostał zaledwie żółtą kartkę, za co kibice wygwizdali zawodnika jak i jego „adwokata”. To jednak wzmogło pożądanie zwycięstwa u moich graczy, a konkretnie u duetu, który w tym spotkaniu został pokrzepiony ambrozją – Vucinica i Iaquinty. Najpierw ten pierwszy popisał się nienagannym wykończeniem akcji z 18 metrów, a później Iaquinta dzięki Denilsonowi wyszedł sam na sam, a takich okazji nie zwykł marnować. 360 sekund później sędzia odgwizdał koniec spotkania. AS Monaco – Manchester United 5:2! Rewanż dokonany.
9. Nie jestem ciebie godzien
Tak mówiłem o Monaco, kiedy to znów popisali się najwyższą klasą śmietanką piłkarską, ogrywając w sposób niewyobrażalny Lens w finale Pucharu Francji. Poczwórna korona stała się faktem, bowiem pięć kolejek wcześniej drużyna zapewniła sobie zwycięstwo w lidze.
10. Tyś mą muzą, twój brak jest śmiercią
Dziesięć dni później, wskutek niewykrytego wcześniej raka serca, zmarł Michel Pastor, wielki mentor, nazywany przez wielu „ojcem stworzycielem”. Wróciłem po tym zdarzeniu do domu. Na stole znalazłem list, w którym napisane było: „Nie odchodź... Piłka cię potrzebuje. Nie rezygnuj ze swojej miłości przeze mnie, bo w przeciwnym razie będę cię mieć na sumieniu. Ona cię kocha, tylko wystawia na próbę twoją odporność, ale jak pokażesz, że umiesz wygrywać, zostanie ci to wynagrodzone.” Zaczęło mnie ściskać w dołku, bo zdałem sobie sprawę, że po raz drugi odeszła ode mnie osoba, której potrzebowałem...
Spełniłem jego wolę. Nie odszedłem z futbolu. Nie potrafiłem jednak zostać w klubie. Każdy przedmiot, każda osoba przypominały mi Pastora i jego filozoficzne wywody, które miały dla mnie wartość większą niż złoto. To on przecież pokazał mi drogę, którą miałem się kierować na szczyt. To on podnosił mnie, kiedy upadłem. To on mnie poił, kiedy byłem spragniony... Ogłosiłem ten fakt najpierw na nadzwyczajnym posiedzeniu rady prezesów, a później na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Jednego, czego żałowałem, to że zostawiam klub w zwycięstwie, które spowodowało rozpacz. Oby nowy prezes znalazł kogoś lepszego ode mnie, a ja sam poszukam swojego drugiego domu, który choć w jednej cząsteczce okaże mi tyle miłości, co Monaco.
„Albowiem w tobie pokładam nadzieję do życia w wiecznej chwale.”
Koniec.